Jestem. Żyję. Czuję się w porządku. Ale przede wszystkim udało się – mój plan, aby 45 dni nie jeść mięsa (* z wyjątkiem ryb i owoców morza) udał się. Bywało ciężko, ale o tym za chwilkę. Jedno jest pewne – wegetarianinem nie zostanę. Nawet takim rybnym :) Ale po kolei.

Po pierwsze jeszcze raz – dlaczego to zrobiłem? Przede wszystkim chciałem rzucić sobie wyzwanie. Uwielbiam mięso i pochłaniam normalnie go całkiem dużo, a że ostatnio postanowiłem popracować nad sobą, zechciałem dokonać pewnego rodzaju ascezy. Asceza wzmacnia siłę ducha i przede wszystkim pomaga sobie coś udowodnić – a ja musiałem sobie udowodnić, że wmawianie sobie, że nie mam silnej woli to tylko tłumaczenie się przed sobą. A więc po kilku innych ćwiczeniach po prostu rzuciłem się na głęboką wodę :)

Przy okazji chciałem też nieco schudnąć (a raczej sprawdzić, czy to tak działa) oraz sprawdzić czy ta dieta może mieć wpływ na moje zatoki (są takie teorie). Oraz rozszerzyć sobie horyzonty kulinarne.

Jak było?

Czasem ciężko. Na początku trochę mnie to bawiło. O, wyzwanie, ciekawość, tego nie mogę, haha. Żeby było jasne – to nie jest tak, że nagle zmieniła się moja ideologia (o tym za chwilę), czy powoli do czegoś dojrzałem. Nie, po prostu tak postanowiłem, równie dobrze mógłbym zrezygnować z Facebooka, seksu, czy innej przyjemności. Postawiłem akurat na mięso.

Dlatego też trochę się męczyłem – i męczyć się miałem. Nie ma ascezy bez wyrzeczeń – po co miałbym mówić sobie „nie będę jadł brukselki przez pół roku”, skoro i tak jej nie cierpię? :)

Nie było to więc tak, że nagle zapragnąłem pokazać się światu jako ultra fit super duper eko wege koleś. Niestety tak często odbieram wiele dzisiejszych działań ludzi, ale to inny temat i inna sprawa – robimy coś, bo chcemy zbudować swój wizerunek wśród innych, a nie po to by robić to dla siebie. Ja mam wizerunek mięsarianina, bo jem mięso i nie mam zamiaru niczego kreować. Ale tak czy inaczej nie miałem na początku problemów – kupowałem sporo ryb, poznałem soczewicę i ciecierzycę (wcześniej ich nie jadłem), zacząłem jeść o wiele więcej warzyw i owoców. Biedra uruchomiła akurat miesiąc portugalski więc tonami jadłem krewetki, małże, czy ryby. Pycha.

Problemy oczywiście pojawiały się wtedy, gdy byłem gdzieś z innymi. I nie chodziło wcale o podśmiechujki kumpli czy machanie mi stekiem przed nosem na imprezie – na to akurat jestem odporny :) Chodziło choćby o to, że podczas Intel Extreme Masters, natrafiłem na odbywający się obok zjazd foodtrucków z pysznym jedzonkiem i burgerami. A na całej imprezie wszędzie, ale to wszędzie ustawione były malutkie budki z KFC – a KFC uwielbiam, kocham i koniec.

Ostatnie dwa tygodnie to wakacje w hotelu All Inclusive (o tym też napiszę jeszcze pod koniec notki) i możliwość swobodnego wyboru jedzenia. Sporo ryb (choć mało owoców morza niestety – to tylko hotel ***), choć momentami mięsko kusiło. I o dziwo – wcale nie wołowina, czy wieprzowina, a drób – okazało się, że nie mógłbym żyć bez skrzydełek :)

Wpływ na moją ideologię

Tu oczywiście nic się nie zmieniło. Nadal nie mam problemu z tym, że jem mięso. Jestem mięsożercą, jem mięso tak jak inne mięsożerne ssaki. Nie wiem dlaczego miałbym na stałe stawiać linię między mięssem ssaków i ptaków, a mięsem ryb. Albo między mięsem kręgowców, a innym. To nie jest tak, że na świecie żyją istoty myślące i bezmyślne. Myśli też w jakiś tam sposób krewetka, a czy krewetka to mięso? A czy ostryga to mięso? Ten glut też jest tam gdzieś na spektrum istot żywych, ale czy nazwałbym to mięsem? Nie wiem, nie rozmyślam w ten sposób. Chcę, by zwierzęta były chowane i ubijane tak humanitarnie jak się da, ale nie będę sobie rujnował sobie z tego powodu życia. Bo jeśli tak, to dlaczego mam zabijać muchy i komary? Albo mrówki, które weszły do mnie do domu? Nie, szanuję czyjeś poglądy, ale na pewno nie są to moje poglądy.

Wpływ na moją wagę

Na początku waga zaczęła rzeczywiście lecieć w dół. Na początku eksperymentu, w okolicy 18 lutego, ważyłem 75 kg. Do 11 marca, w mniej niż miesiąc, schudłem prawie 5 kg, do 70,2 kg. Czy tylko przez niejedzenie mięsa? Nie, nie tylko. Po pierwsze zacząłem też trochę więcej i regularniej chodzić na siłownię, a tam konkretniej ćwiczyć (w tym aeroby). Po drugie po drodze przeszedłem lekkie zapalenie płuc, a podczas takiej choroby się chudnie. Po trzecie wreszcie po prostu wszedłem na dietę MŻ (mniej żreć). Bo nie podżerałem. Podżeram zazwyczaj kiełbę, czy bekon, a tak zacząłem podżerać nerkowce, czy inne orzeszki. Ale to nie jest zasługa odstawienia mięsa sensu stricte.

Dlaczego tak uważam? Ano dlatego, że przez kolejne 2 tygodnie… przytyłem 3,5 kg. Dlaczego? Dlatego, że pojechałem na urlop :) Mało się ruszałem, a choć nadal nie jadłem mięsa (oprócz ryb) to żarłem sporo frytek i pizzy. A to oczywiście musiało poskutkować większym brzuchem. Prawdę mówiąc nawet specjalnie się nie ograniczałem, żeby pokazać Wam, że to wcale nie jest kwestia odstawienia mięsa. Tak, tak, przy każdej kolejnej porcji frytek mówiłem sobie w duchu: ROBISZ TO DLA DOBRA SWOICH CZYTELNIKÓW! Ogarniacie takie poświęcenie?! :D

Teraz oczywiście mam zamiar zbić wagę niżej – nawet poniżej 70 kg, coby ją potem nabić z powrotem, ale mięśniami :) A do tych, którzy mówią mi, że to przecież i tak bardzo mało – ja nie jestem za duży, mam 173 cm wzrostu. Więc 75 kg, to taka góra BMI dla mnie.

Wpływ na moje zdrowie

Jeśli chodzi o zatoki to zero reakcji. Pierwszego dnia urlopu zacząłem mieć je zatkane i tak przez cały urlop, a to już dobry miesiąc po odstawieniu mięsa.

Jeśli chodzi o samopoczucie – nic się nie zmieniło. No może oprócz wkur…u, gdy chciałem zjeść mięso, a nie mogłem :)

Jeśli chodzi o zmęczenie itp – tu bardziej pomogło mi to, że nie podpijam sobie alko w tygodniu.

Jeśli chodzi o legendarne poprawienie się energii seksualnej – Mary błagała mnie, żebym zaczął znowu jeść mięso! No dobra, żartuję, nie kojarzę, aby coś się zmieniło w którąkolwiek ze stron.

Tak naprawdę zmieniła się na plus jedna dość błaha, ale upierdliwa rzecz – prawie nic nie wchodziło mi w zęby :)) Nitka dentystyczna miała naprawdę mało roboty.

Aha jeszcze jedno – na samym początku nagle zacząłem mieć chcicę na słodycze! Ale trwała dość krótko i wróciło to do normy. Ja cukru nie jem prawie wcale.

Podsumowanie

Tak naprawdę jedynym realnym zyskiem było to, że udowodniłem sobie, iż nie jestem wcale na końcu skali, jeśli chodzi o siłę woli. Sporo pisaliście mi, że super, że wy wytrzymaliście tylko tydzień, dwa, czy trzy. I ci, którzy z przekonań nie jedzą nie liczą się – wiadomo, że chodzi o pewnego rodzaju walkę :) Tak, jestem gotowy do cięższych wyzwań.

Pewnie da się tak żyć, przy mądrze dobieranym jedzeniu można suplementować różne składniki, ale ja po prostu nie chcę. Uwielbiam mięso i nie wiem, dlaczego miałbym je sobie odmawiać. To jak z zimną wodą – pewnie dałoby się żyć bez ciepłej wody i byłoby to bardziej eko, ale chyba nie chcę.

Jednocześnie poznałem żenadę z drugiej strony – zazwyczaj denerwowało mnie wywyższanie się niektórych wege – jacy są zajebiści, nie są mordercami, itp. Teraz też trochę śmieszyło mnie podejście niektórych w stylu „prawdziwy facet wpierdala bekon tonami!” „dziś wege, jutro homo!” itp. Jak zwykle Złoty Środek (szykuje się olbrzymia notka o nim). Warto nie skupiać się tylko na mięchu, warto jeść dużo warzyw, ryb, czy jak ktoś lubi innych owoców morza. Natomiast można zjeść raz na jakiś czas pysznego, chudego stejka i będzie on lepszy od opychania się frytami, wegetariańską pizzą, czy makaronem. O, tak właśnie!

Kim jestem? Jestem zwycięzcą!

Smak mięsa i takie tam

Kocham. Uwielbiam. Skrzydełka kurczaka po meksykańsku. Stek z grilla. Kotlety schabowe. Nic się nie zmieniło. A zapowiadane sensacje żołądkowe? Nic z tych rzeczy. U mnie w żołądku stała już delegacja, dzieci, kwiaty i transparenty WRESZCIE!