Od dwóch lat, gdzieś na przełomie lata i jesieni (w tym roku wcześniej bo i jesień chyba chce przyjść wcześniej :P) sprawdzam, czy to już nie pora na przeskoczenie na Androida. Moja decyzja o kroczeniu ścieżką Apple była podejmowana dość świadomie, zresztą pisałem o tym na blogu kilka ładnych lat temu (6!!!). Pisałem też niedawno, że Apple coraz bardziej mnie denerwuje, stoi nieco w miejscu po śmierci Steve’a i wprowadza innowacje, które nie są mi do niczego potrzebne. Android natomiast rozwija się dość prężnie.

Moje pierwsze podejście do Androida było zupełnie nieudane, później postanowiłem korzystać tylko z topowych telefonów z najnowszym systemem. Dwa lata temu z trójki HTC, Samsung S5 i Sony Xperia do gustu najbardziej przypadł mi HTC, rok temu Samsung Galaxy S6 i ówczesny Android w dużej mierze mnie do siebie przekonały. Jak było tym razem?

Zanim napiszę więcej, kilka założeń. Po pierwsze wszystko jest subiektywne i nawet nie staram się, by takie nie było. To niemożliwe – ja wiem, czego oczekuję. Po drugie postaram się napisać osobno o samym systemie i telefonach, ale to często mocno ze sobą powiązane. Po trzecie wreszcie tym razem bardzo staram się, by nie patrzeć przez pryzmat przyzwyczajeń, ale to nie jest do końca możliwe.

Pierwsze wrażenie

Na pierwszy rzut oka telefon spodobał mi się tak jak jego poprzednik. Nie przywiązuję wielkiej wagi do wyglądu samego telefonu, bardziej do ergonomii o której za chwilkę. Ekran jest piękny, wszystko ostre i wyraźne. Nie przepadam jednak za błyszczącym i śliskim tyłem – nie dość, że zostają ślady paluchów (wystarczą już te na ekranie), to jeszcze łatwo o wyślizgnięcie. Pierwsze kroki są bardzo przyjemne, ale tak jest już chyba w większości androidów. Specjalna przejściówka pomaga przekopiować dane z iPhone, po kablu. Wybrałem swojego ulubionego Nova Launcher, poinstalowałem najpotrzebniejsze apki i w drogę.

Wodoodporny?

Jedną z rzeczy, na którą czekam w Iphone jest wodoodporność. Iphone wpadł mi już niestety trzy razy do wody – tak, korzystam z telefonu dużo i często, to było nieuniknione. Raz ześlizgnął się do wanny, raz do basenu ogrodowego, raz wbiegłem z nim do jeziora. Ten ostatni raz był niestety dla telefonu śmiertelny. Samsung S7 chwali się wodoodpornością. Postanowiłem więc to od razu przetestować.

I tu smutna niespodzianka. Po wrzuceniu do ogrodowego basenu (głębokość 50 cm) telefon co prawda nadal działał, ale… na kilka godzin zepsuł mu się głośnik. Wydawał ciche pobzyki zamiast pełnego dźwięku. Następnego dnia wszystko się unormowało, ale niesmak pozostał.

Warto nadmienić, że wodoodporność traktuję jedynie jako czynnik zapobiegający przykrym wypadkom. Przecież mokrym palcem i tak nie da się nic zrobić, nie mówiąc już o korzystaniu pod wodą.

Czułe krawędzie

Choć nie testowałem wersji Edge, to miałem okazję poznać czym są aktywne krawędzie. Niestety nie w taki sposób jak sobei tego życzyłem. To dziwna sprawa – nie wiem, czy to kwestia tego jak trzymam telefon, kwestia budowy telefonu czy samego Androida – bardzo czesto uruchamiałem różne funkcje niechcący, krawędzią dłoni. Nie mam specjalnie tłustych łap, wręcz przeciwnie, natomiast ta część dłoni, która znajduje się pod kciukiem regularnie włączała jakąś funkcję, co było dość upierdliwe.

Wydajność

Trudno mi porównać ten telefon do innych maszyn z Androidem (dopiero będę testował Moto X Force), ale wiem, że to jeden z najszybszych, jak nie najszybszy sprzęt. I to czuć. Nie ustępuje on pod tym względem iPhone’owi na krok, jest ultra szybki, nigdy nie zauważyłem jakichś problemów z czasem reakcji. A to dla mnie bardzo ważne, czasem małe opóźnienie w jakiejś funkcji może być straszliwie denerwujące. Wszystko działa dobrze, chyba, że… włączymy tryb oszczędzania baterii. Ale to chyba dość logiczne. Telefon zachowuje się wtedy jak uboższy krewny :) A po co włączać w ogóle ten tryb?

Bateria

No właśnie. I tu nadal nic się nie poprawiło. Nie jestem w stanie korzystać z tego telefonu z jednego, ważnego powodu. Baterii. Myślałem prawde mówiąc, że 3000 mAh to dużo. Problem polega jednak na tym jak bardzo ta bateria jest drenowana.

Nie odczujesz tego jeśli korzystasz z telefonu okazjonalnie. Albo gdy wydaje ci się, że więcej korzystasz. Uwierz mi, ja korzystam dużo. Chociaż z drugiej strony…

60% baterii starczało mi na dwugodzinny spacer z telefonem. Aktywny telefonicznie – zrobiłem w tym czasie kilkanaście zdjęć, byłem kilkanaście razy na fejsie, wszedłem dwa razy na Snapa, czy Instagram. Podczas aktywnego korzystania musiałem raz na jakiś czas kłaść telefon na podstawce łądującej. To dla mnie zdecydowanie niewystarczające.

Nie robiłem prób laboratoryjnych, ale jestem przekonany, że przy takim samym korzystaniu iPhone 6 wytrzymuje dłużej, nie mówić już o iPhonie 6 plus, który ma znaczeni przedłużony czas działania w stosunku do mniejszego brata. Czy to kwestia telefonu, czy systemu? Zobaczę na następnym aparacie. Turbo ładowanie jest fajne, ale jeśli musisz to robić często – po prostu się to nudzi. A wszelkie „2 dni na baterii“ jak mówią niektórzy są dla mnie jak „5 minut do centrum“ na plakatach developerów mieszkaniowych. Pewnie, wytrzyma i tydzień. Gdy się z niego nie korzysta.

A może to łączność z Gear Fit 2 tak bardzo zżera energię? Może. To teraz kilka słów o nim.

Gear Fit 2

Jestem właśnie po testowaniu dwóch opasek (Moov Go i Fitbit HR), z chęcią więc założyłem na rękę coś bardziej zaawansowanego. Jak już pisałem przy okazji Moov, ze strony sportowej oceniam to pod dwoma kątami – mierzenia dziennej aktywności i motywowania do ruszania tyłka, oraz pomocy w treningach. Tu dochodzi jeszcze trzeci smartwatchowy element – wszystkie sprawy związane z powiadomieniami.

Jeśli chodzi o mierzenie dziennych aktywności to zegare sprawdza się bardzo fajnie. Czytelnie pokazane kroki motywowały do ruchu, w dużej mierze dzięki temu ruszaliśmy się codziennie po kilkanaście tys kroków, co pomogło w utrzymaniu wagi (pomimo diety mocno grillowej). Fajne są też powiadomienia o konieczności ruszenia tyłka, czy też komunikat o tym, że idę dobrym tempem (keep up the good work!). Aż mi się nie chciało zatrzymywać!

Niestety w porównaniu do Moov, opcje treningów wyglądają biednie. Może to kwestia samego softwaru, czy konieczności doinstalowania odpowiednich aplikacji, ale skoro Samsung wprowadza własne oprogramowanie(Samsung Health, o którym za chwilkę), to spodziewałbym się jednak czegoś więcej. Po prostu „zaczynam biegać“, albo „zaczynam trekking“ to trochę mało. Głupi Moov za $50 daje mi na start treningi interwałowe w chodzeniu, kilka treningów do biegania i inne.
Kwestie powiadomień natomiast wyglądają dośćd dobrze. Bałem się tego, wyłączyłem więc powiadomienia z Fejsa (mam je wyłączone nawet na telefonie), na szybko patrzyłem czy mail jest ważny czy nie i kontynuowałem wywczas. Niestety nie wszystkie powiadomienia wyświetlają zawartość, na przykład by zobaczyć komentarz na fanpage, muszę odpalić go na telefonie. Ale nie to jest największym problemem.

Sprzęt, rozdrobnienie, czy co?

Największym problemem jest to, że… Maciek Budzich powiedział kiedyś o Androidzie jedną rzecz. Że on nigdy do końca nie jest pewien, czy coś działa. Czy to rzeczywiście się nagrywa, czy ta funkcja jest ok. Ja wiem, że teraz multum Androfanów mnie zmasakruje, ale ja nadal uważam to za problem. I nie wiem czy to kwestia samych sprzętów, systemu, czy tego, że Samsung wszędzie wciska własne wersje programów. Weźmy pod lupę choćby ten przykład z zegarkiem.

Po pierwsze gubię się już w samych apkach. Prawdę mówiąc nigdy do końca nie wiedziałem, czy komunikat (choćby z wypełnieniem dziennego targetu) wyskoczył mi z ustawień w zegarku, z aplikacji Samsung Health, czy Google Fit. Zresztą ta ostatnia codziennie (serio) pytała mnie czy ma śledzić moje ruchy, a następnie o tym zapominała. I nie, „dziwne, u mnie działa“ mnie nie obchodzi. Nawet nie wiedziałem w której apce to wszystko ustawić.
Ale to jeszcze nic, najgorsze jest to, że każda pokazywała mi inną ilość dziennych kroków. Inaczej zegarek, inaczej Samsung Health, inaczej Google Fit. Zegarek dwukrotnie się zwiesił i odmówił mierzenia kroków, dwa razy musiałem go resetować, bo nie chciał połączyć się z telefonem.

Obiecuję, że po przetestowaniu kolejnego telefonu z Andkiem porównam te kwestie i odniosę się wtedy do ogólnej stabilności systemu. Ale z ręką na sercu, nie widziałem tylu komunikatów o tym, że jakaś apka „has stopped“ przez kilka miesięcy na iPhone. Co by mu nie zarzucać, stabilność systemu jest nadal o wiele lepsza.

Aparat

Na koniec o aparacie. Na koniec, bo żadnej rewolucji tu nie ma. Aparaty w topowych modelach są porównywalne i tyle – nie ma tu efektu WOW, który wywołała pierwsza Lumia robiąc zdjęcia prawie w nocy. Na plus zasługuje możliwość robienia zdjęć makro, iPhone daje strasznie ciała w tej kwestii i regularnie odmawia łapania ostrości na bliskie obiekty. Interfejs aparatu też jest już całkiem przyjemny, jedynie włączanie go czasem się zacina, a to słabe, bo często mam kilka sekund na uchwycenie dobrego momentu. Kolory, ostrość, rozpiętość tonalna – jak mówię, nie będę robił zdjęć porównawczych, bo zacząłem uważać, że to bez sensu, ale nie ma się czego wstydzić.

Podsumowanie

O ogólnych wrażeniach z Androida i aplikacjach napiszę w osobnej notce, choć i tu nie udało się rzecz jasna uciec od tego tematu. Podsumuję więc sam telefon. Gdyby nie bateria, która jest dla mnie zdecydowanie za słaba, rozważałbym wybór jego w przypadku przeskakiwania na Androida. Wodoodporność nie zadziałała tak jak trzeba, ale mógł to być wypadek przy pracy, poza tym jest to raczej objęte gwarancją. Telefon jest szybki, ekran pokazuje wszystko ostro jak brzytwa. Szybkie ładowanie i ładowanie indukcyjne to na pewno sprawy, które cieszą. Nakładka Samsunga nie jest wcale taka zła, wiem, że puryści ich nie lubią, ta jednak wydaje się całkiem przyjemna.

A Android… o tym kiedy indziej. Teraz przełączam się na Moto X Force. Zobaczymy jak jej bateria. Upadków testować na razie nie będę ;)

Dziękuję firmie Samsung Polska za użyczenie mi telefonu do testów.

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: