Pamiętam dobrze swój pierwszy wyjazd za granicę. Szykowałem się do niego mentalnie od długiego czasu – był rok 1986, ja miałem 9 lat, a świat poza Polską znałem tylko z seriali. Wyobrażałem sobie jak to wszystko może wyglądać, by w końcu po przekroczeniu granicy… trochę się rozczarować. Bo gdy nasz samochód z przyczepą kempingową mknął przez Czechosłowację, oczy moje ujrzały takie same pola i drzewa, jak w Polsce. Dopiero dzień później, w Jugosławii, oczom moim ukazały się wypełnione kolorowymi towarami półki w supermarkecie. Ale ludzie… ludzie okazali się zadziwiająco podobni do nas.

Za granicę wyjeżdżałem potem jeszcze kilka razy, ale dopiero w liceum miałem prawdziwą okazję poznać nie tyle obcy kraj, co właśnie ludzi w nim mieszkających. Najpierw trzytygodniowy wyjazd językowy do Wielkiej Brytanii, później tydzień w Niemczech. Tydzień z ludźmi w moim wieku dały mi więcej jeśli chodzi o naukę języka niż kilka lat wkuwania z książek w Polsce, ale o wiele wartościowsza była lekcja życia podczas której zrozumiałem, że choć od dziecka mówiliśmy w innych językach, choć czasem jemy nieco inne potrawy, choć mamy czas inne tradycje, to nasze nastoletnie problemy są dokładnie takie same, a i marzenia dość zbieżne i podobne.

Przychodzi mi to często na myśl właśnie dziś, kiedy obserwuję nasilającą się wojnę z rzeczami wymyślonymi, powiększonymi i stworzonymi w wyobraźni. Wojnę na którą wyruszają obie strony spory politycznego. Bo to dość smutne, że w czasach internetu, w czasach w których wiedza powinna ze świstem przelatujących gigabajtów danych rozprzestrzeniać się po świecie, nadal miliony ludzi walczą z wrogiem wyobrażonym. Miliony ostrzą kopie na wiatraki, jawiące się im jako złe potwory.

Szarża z prawej

Zdradzę Wam pewien sekret. To nie jest tak, że przeciętny Niemiec budzi się rano z uporczywą myślą o tym, jakby dopiec Polakom. Zabrać im część ziemi, czy uszczknąć nieco dumy. Nie mam na to żadnych badań, ale z całym prawdopodobieństwem mogę założyć, że zdecydowana większość z nich zupełnie o Polsce nie myśli. Ani rano, ani w południe, ani wieczorem.

Dziesięcioletni Niemiec, podobnie jak Francuz, Hiszpan, czy Szwed, marzy o tym by wreszcie być dorosłym i nie musieć słuchać rodziców. Osiemnastoletni po chwili orientuje się, że te 18 lat to trochę przereklamowane, bo zbyt dużo się nie wydarzyło, a dwudziestokilkuletni o tym, że egzaminów na studiach jest za dużo. Trzydziestokilkuletni myśli o tym, by mieć dobrą pracę, ale nie poświęcać na nią całego życia, czterdziestoletni walczy z kryzysem wieku średniego, a siedemdziesięcioletni zastanawia się, czy wszystko w życiu poszło tak jak chciał.

Tymczasem z wpisów tak wielu osób przypisujących się do szeroko rozumianych kręgów prawicy, nadal wyziera myślenie plemiennie, pełne zagrożeń rodem z wieków ubiegłych. Osób budujących w swej głowie widok straszliwych potworów z sąsiedniego plemienia – by być w ciągłej gotowości, by odeprzeć ich atak. I to jest naprawdę śmiesznostraszne.

Śmiesznostraszne dlatego, że to trochę szarża pijanych zająców atakujących zupełnie nie tam gdzie trzeba. Bo myślenie o wrogach w kategoriach narodowych, w kategoriach obywateli innych krajów jest trochę jak machanie ręką na taksówkę w 2020 roku. Nie, jest jak zamawianie dyliżansu.

Wyimaginowanych potworów jest więcej – straszliwie groźni jawią się homoseksualiści, którzy rzekomo chcą zalać świat ideologią LGBT. Problem polega na tym, że nawet ci szarżujący kawalerzyści nie są w stanie określić podstawowych założeń tej “ideologii”. Albo uchodźcy i innowiercy – wydawałoby się, że i tu strachy te powinny zostać w minionych stuleciach, jednak nie – te potwory, których wizja podsycana jest przez polityków i media – rosną do niewiarygodnych rozmiarów i straszą po nocach. Bo jak tu żyć spokojnie, skoro z jednej strony atakują Niemcy, z drugiej LGBT, a z trzeciej muzułmańscy uchodźcy?

Cały problem polega na tym, że prawdziwi wrogowie rzeczywiście istnieją, ale są zupełnie gdzie indziej. Często tu, wśród nas samych. Bo problemem nie jest Bogu ducha winny Niemiec, czy kobieta, która czuje pociąg do innej kobiety, ani gość modlący się do Boga (zresztą tego samego do którego modlą się Polacy) w nieco inny sposób. Problemem jest wykorzystujący pracodawca, oszukujący pracownik, niesprawiedliwe przepisy, oszuści podatkowi, dziurawe drogi, kiepska edukacja, bardzo kiepska służba zdrowia, przerośnięta biurokracja, trujące piece w których palony jest słaby węgiel i śmieci, i wiele innych.  Ale wściekłą szarża uderza obok, zupełnie obok, w wyimaginowanych gigantów, w zagrożenia istniejące tylko w wyobraźni.

Szarża z lewej

Z drugiej strony wcale nie jest lepiej. I choć to nie do końca lewo (o tym dlaczego dziś podział na lewicę i prawicę nie ma sensu pisałem gdzie indziej), to wyobrażenia też są całkiem potężne. To podobno ta mądrzejsza i bardziej inteligentna grupa – przynajmniej w swoim mniemaniu. Niestety nie pomaga to w zauważeniu, że po drugiej stronie nie ma wcale zwartego szeregu głupich i tępych “moherowych beretów” na przemian z “Dżesikami i Sebami”. Tak właśnie rzeczywistość wyobraża sobie mnóstwo wyborców opozycji, co ochoczo kreowane jest w różnych fejsowych grupkach – fabrykach memów.

Tak więc jeśli prawicowy wojownik rusza z szarżą kierując kopię w potwora Gender, tak liberalny, wielkomiejski rycerz kieruje kopie w Dżesikę – matkę piątki dzieci, która mieszka w bloku i przepija 500+, które to oczywiście idzie bezpośrednio z portfela wspomnianego wojownika. Całe osiedla blokowisk, szczególnie w małych miasteczkach, wypełnione są Dżesikami, Sebami i Brajankami, urządzonymi jak paniska z tego niebotycznie wysokiego zasiłku. Oczywiście nikt z nich nie pracuje i tego nasz wielkomiejski wojownik jest pewien. Widział to prawie na własne oczy, albo jego znajomy zna takie osoby OSOBIŚCIE, albo przynajmniej tak trzeba napisać, żeby inni uwierzyli w to na fejsbuku. Poza tym to musi być prawda, bo przecież tak było napisane na zrzucie ekranu, na którym ktoś pisał, że nie wie skąd idą pieniądze na 500+! I nieważne, że te zrzuty pojawiają się od kilku lat w bardzo podobnej formie, i nieważne że często mają logo serwisów, które żyją z rozpuszczania takich treści. I nieważne, że czasem nawet wyziera z nich rosyjska składnia, z czego łatwo wywnioskować, że są fabrykowane przez fabryki putinowskich trolli. TO MUSI BYĆ PRAWDA, BO ZGADZA SIĘ Z NASZĄ NARRACJĄ.

Nasz wielkomiejski wojownik, przy całej swojej rzekomej inteligencji, przespał ostatnie 20 lat w trakcie których neoliberalne mrzonki zostały w większości cywilizowanego świata zepchnięte na margines niebytu. Atakuje jakąkolwiek redystrybucję nazywając ją rozdawnictwem i nie zauważa, że istnieje ona w takiej czy innej formie w Europie Zachodniej do której tak często przecież jeździ. Ma się równocześnie za specjalistę od makroekonomii, zupełnie bez obliczeń wiedząc, że naszego kraju na to zupełnie nie stać! I przy całym swoim wielkomiejskim obyciu nadal nie jest w stanie zrozumieć dlaczego znowu przegrał wybory winiąc ciągle “tych tępaków przepijających pięćset plus”.

Kto rozgrywa tę partię?

Stoimy więc na dwóch stronach szachownicy, grając w te dziwne szachy, a raczej będąc rozgrywanym. Jedna strona atakuje wyimaginowanych żydowsko-niemieckich gejów muzułmanów, którzy chcą zbałamucić im dzieci, druga – całe miliony bezrobotnych utrzymujących się przy życiu za pomocą butelki wódki i wody święconej.

Sytuacja jest o tyle tragiczna, że gracze siedzący przy stole – a jest ich nieco więcej niż dwóch – to siły, z którymi trudno sobie poradzić. Politycy pragnący niczego innego jak władzy, będą tworzyć coraz to nosze zagrożenia i wizje spolaryzowanego społeczeństwa. Tak było od zarania dziejów i tak jest niestety nawet dziś, w erze społeczeństwa informacyjnego. A może dezinformacyjnego?

Ale coraz większy wkład mają w to media. I nie mówię tylko o tak bardzo zeszmaconych mediach jak obecna TVP, będąca niczym innym jak działem PR partii. Mówię o tak zwanych wolnych mediach, które jednak zupełnie wolne nie są – są zależne od klików, bo tylko te przynoszą zyski. A zyski muszą rosnąć. Nie ma więc prawdy, są chwytliwe nagłówki, nie ma już jasnego podziału na zwykłe media i brukowce. W erze tl;dr liczy się każdy nagłówek, liczy się każde kliknięcie. Nieważna jest prawda, ważne jest to, czy tekst zgadza się z naszą ideologią, czy możemy go wkleić na fejsie. Czy możemy jeszcze bardziej nakręcić się w naszej nienawiści. Do drugiej, wyimaginowanej strony.

Co gorsza, kompletnie nie widzę jakby to miało się zmienić.