Moje przygody z Wi-Fi trwają właściwie od ponownego wprowadzenia się do domu w którym mieszkamy. Kiedy mieszkaliśmy w nim ponad dekadę temu, korzystaliśmy głównie z połączeń kablowych, obecnie to oczywiście Wi-Fi jest tym, przez co łączymy się większością urządzeń. A tych urządzeń znacznie przybyło – same telefony i tablety nasze i dzieciaków, laptopy, czy nawet telewizor. Problem polegał zawsze na tym, że to dom piętrowy z dość grubymi, żelbetowymi ścianami, więc z jakością sygnału było różnie. Telewizor akurat stoi w takim miejscu, w którym nie ma podciągniętego kabla ethernet, a wiadomo że dziś wykorzystywany jest właściwie tylko do Netflixa i HBO. I różnie z tą stabilnością bywało.

Drugim krytycznym punktem jest toaleta, która zbudowana jest za starą ścianą zewnętrzną domu (dobudowane pomieszczenie), a więc za kolejną grubą przeszkodą. Wiecie – w dzisiejszych czasach Wi-Fi w toalecie jest tak ważne jak ciepła woda w kranie! :D

I w końcu moje plany realizowane w tym roku spowodowały, że zacząłem potrzebować naprawdę porządnej infrastruktury Wi-Fi – retro gralnia i studio YouTube na strychu, warsztat Super Mario w piwnicy (pokazuję obie rzeczy regularnie na InstaStory, jak będą gotowe to pokażę na blogu i YouTube). Dodatkowo zaczynam budować system inteligentnego domu, w tym system podlewania ogródka, a więc i w ogródku przyda się mocne WiFi.

Dwie różne sieci Wi-Fi

Postawiłem więc na dwie różne sieci. Jakiś czas temu dokupiłem drugi router, połączyłem oba kablem (stoją całe szczęście przy gniazdkach) i odpaliłem sieć górną i dolną. I to działało… No prawie. Problem polega na tym, że przy takim rozwiązaniu musisz czasami przełączać się ręcznie między sieciami. Gdy schodzisz z piętra na parter, a jesteś połączony z siecią Góra, to możesz być ciągle z nią połączony, choć ma ona słaby sygnał. Ściągałem apki które same ogarniają przełączanie w zależności od siły sygnału, ale działało to różnie. Krótko mówiąc strasznie mnie to denerwowało.

Internet przez prąd

Jakiś czas temu (rany to już 5 lat!) opisywałem Wam system niemieckiej firmy Fritz! , czyli Powerline, pozwalający łączyć dwa punkty Wi-Fi za pomocą gniazdek prądu. I to działa… ale nie u mnie :( Mam najwyraźniej schrzanioną w domu instalację elektryczną (fazy itp) i choć na początku wszystko było ok, całość nie była stabilna. Po roku zacząłem mieć tego dość, sprzedałem te urządzenia znajomym (u których to świetnie działa) i wróciłem do systemu dwóch routerów.

A gdyby wzmocnić sygnał?

Rok temu spróbowałem jeszcze jednej metody – kupiłem wzmacniacze sygnału TP-Link. Ale nie wiem czy to mój brak umiejętności konfiguracji, czy co – to po prostu nie hulało. Było mało stabilne, często Wi-Fi w ogóle traciło sygnał, nie miałem do tego cierpliwości i po prostu to odłączyłem.

Aż w końcu z podobnym pomysłem zgłosił się do mnie znów producent urządzeń Fritz!, proponując nowy router do mojej Neostrady, a także dwa wzmacniacze sygnału. Całość miała stworzyć sieć “mesh”, w skrócie mówiąc taką, w której podpina się kolejne urządzenia bez specjalnie skomplikowanej konfiguracji, a ona rozszerza swój zasięg. Bez dodatkowych nazw sieci, przełączania się itp. Wszystko odbywa się automatycznie i w tle. I tego właśnie chciałem, bo sieć w domu to jedna z tych rzeczy którą chcesz po prostu postawić i o niej zapomnieć.

Jak to wygląda?

Sercem systemu jest u mnie router FRITZ!6890 LTE, który obsługuje zarówno moją Neostradę jak i karty sim. Nie mam potrzeby póki co korzystania z netu z karty sim (Neostrada wyjątkowo dobrze działa w ostatnim roku), ale gdyby zdarzył się jej pad, mogę spokojnie wsadzić wolną kartę sim (mam kilka wolnych, bo mam pakiet grupowy) i korzystać z netu w ten sposób bez konieczności podłączania telefonu.

Jednostka centralna systemu

Pamiętałem z poprzednich urządzeń, że Fritz nie jest może najtańszym urządzeniem, ale bardzo stabilnym i z naprawdę dobrym interfejsem. Ale serio, to jeden z lepszych interfejsów jakie spotkałem. Apki mobilne, przejrzysty interfejs, sporo opcji fajnie podanych, myślał nad tym jakiś UX-owiec. Niestety podpięcie Neostrady nie było dziecinnie proste – jest tam nieco parametrów, które trzeba wyszukać w sieci. Jednak po jakichś 40 minutach całość hulała.

Interfejs jest naprawdę bardzo przyjemny i czytelny

Tu widzimy graficznie jak wygląda sieć. Wszystko jest o niebo czytelniejsze niż w domyślnym sofcie od Orange :)

Natomiast podłączanie wzmacniaczy było już bajecznie proste. To dwie sztuki FRITZ!Repeater 2400. Są one dość duże, ale mają postać prostopadłościanów, bez żadnych wystających antenek. Ta powierzchnia zapewnia mocny sygnał, prawdę mówiąc dwa wzmacniacze to aż za dużo na mój dom mający po 90 metrów na każdym piętrze. Może jeden z nich przestawię tak, by puszczał sygnał mocniej do ogródka.

Repeater widoczny przy schodach

Tak wygląda z bliska. Zielone kreski pokazują siłę sygnału. Można to wyłączyć, na przykład w drugim, na który mam widok z łóżka, wyłączyłem diody żeby mi w nocy nie świeciły.

Ale z ręką na sercu – problemy z sygnałem się skończyły. No może nie od razu, ale winnym okazał się stary router (który zostawiłem przy PS4, by miało podłączenie kablowe), ale nie wyłączyłem w nim Wi-Fi. Kłóciło się ono z tym “fritzowym”.

Nie będę wypisywał wszystkich funkcji, ale oczywiście urządzenie ma to co tylko może mieć, całość znajdziecie w specyfikacji. Dla mnie ważne jest jedno – ALBERCIK, TO DZIAŁA! :)

I to tyle

Jak już wspominałem, infrastruktura sieci, w przeciwieństwie do konsoli czy PC, jest rzeczą o której najlepiej zapomnieć. Ona ma działać. I tak jest w tym wypadku. Jeden problem mniej, kilka wkurzeń dziennie mniej :)