10 minut(y) czytania

Czuję się trochę ambiwalentnie. Z jednej strony rozpiera mnie, żeby podzielić cię z Wami tym co czuję, z drugiej wiem dobrze, że wszelkie tematy związane z sensem życia kojarzą się od razu z jakąś pseudokołczingową gadką, albo papką serwowaną nam przez różne Beaty Pawlikowskie. Trochę tak jest, bo rzeczywiście porobiło się ostatnio grubo w tym zakresie wokół nas, z drugiej strony sami jesteśmy temu winni, bo mam wrażenie, że dziś odrzucamy tematy głębokie. W sieci triumf święcą dwie rzeczy – ładne ciała i rozrywka.

Dawno temu u zarania social mediów powstała książka “Social Media is a cocktail party” i to trochę tak jest – wejście z głębszym tematem w niektóre miejsca sieci jest jak czytanie poezji na imprezie. Wiecie, takiej z browarem i sprośnymi żartami. Ale cóż, będzie dziś głębiej i dość osobiście. W końcu od tego są blogi.

Kryzys

Kryzys wieku średniego uderzył mnie podwójnie. I nie chodzi tylko o samo starzenie się, choć tak, zauważanie kolejnych zmarszczek, czy siwych włosów na wło… brodzie nie jest czymś fascynującym. Ale jest w nim coś znacznie poważniejszego – powracające ciągle pytanie PO CO? Zadawałem sobie je często, coraz częściej im bardziej zbliżałem się do 40-tki. Bo to ten moment kiedy zazwyczaj kończysz wszelkie misje związane z wykształceniem, tracisz pierwszy zapał zdobywania kolejnych poziomów w karierze zawodowej, a i rodzinnie się stabilizujesz. Tak właśnie było u mnie. Więc było to nieco jak skończenie większości misji w grze i konieczność odkrywania gry bez konkretnych questów.

Po co?

Nie odpowiedziałem sobie na to pytanie. Nie wiem czy istnieje na nie odpowiedź. Bo nie wiem czy istnieje rzeczywiście jakiś większy cel naszej bytności. Oprócz przetrwania rzecz jasna, bo to nadrzędny cel każdego gatunku. Ale im bardziej uświadamiałem sobie, że nie znajdę odpowiedzi na to pytanie, tym bardziej próbowałem odpowiedzieć na inne – co w takim razie robić, aby czerpać z tego przyjemność? Ale nie chwilowe zadowolenie. Aby być szczęśliwym?

Mój mózg jest nieco inny

Pisałem Wam jakiś czas temu o moim ADHD. To długa lektura i nie wszyscy mają siłę, by się z nią zmierzyć, powiem tu tylko tyle, że mało ma ono wspólnego z popularnym przekonaniem, że to “choroba rozbieganych dzieci”. Budowa mojego mózgu jest nieco inna niż budowa mózgu osoby neurotypowej. Mam problemy z organizacją i okiełznaniem chaosu przez inną budową płata czołowego, ale mam też duże problemy z gospodarką dopaminową i kontrolą emocji. Co to oznacza? Ano to, że trudniej osiągnąć mi satysfakcję z tego co robię, ale odczuwam wszystko sto razy mocniej niż inni. Zarówno radość jak i depresję, czy załamanie. I uwierzcie mi, to nie jest łatwe. Bo to jak podróż przez życie bez pasów bezpieczeństwa. Jest więcej emocji, ale i więcej siniaków.

Rywalizacja? Nie, dziękuję.

Co więc mnie nakręca? Znam wiele osób, które kręci rywalizacja z innymi. To nigdy nie byłem ja. Do tego stopnia, że nie interesowałem się nigdy sportem w telewizji, czy sam nie uprawiałem sportów grupowych nastawionych na wynik. Po prostu kompletnie mnie to nie kręci. Nie kręciły mnie też nigdy osiągnięcia w których jestem częścią tabeli, czy rankingu. Może to obawa przed porażką, może po prostu szeroko rozumiane wywalenie na te kwestie. Gdy kiedyś brałem udział w festiwalu muzycznym razem z zespołem w którym grałem, kręciło mnie wszystko oprócz wyników. Nie mam na nie zupełnie parcia.

Bolesna ucieczka od chaosu

Gdy jakieś trzy lata temu powoli zacząłem wycofywać się z codziennej pracy w firmie, którą współtworzyłem (czyli Koszulkowo), w mojej głowie pojawiła się myśl, że potrzebuję  odpoczynku. To był moment, w którym radziłem sobie coraz mniej z natłokiem procesów, spotkań, czy innych zadań. Miałem ich porozpoczynane – jak każda osoba z ADHD – miliony. Nie umiemy planować – oceniać czasu, mierzyć sił na zamiary, czy budować skomplikowanych strategii. Jaramy się wizją tego co mamy zrobić, rzucamy się, tylko po to by szybko się czymś znudzić.

Drobne kroczki w każdym z projektów, czy procesów zaczęły mnie coraz bardziej przytłaczać. Jedyną wizją była ucieczka. Więc zacząłem sukcesywnie uciekać.

Przed samą czterdziestką i w okolicy urodzin, wiodłem już dość spokojne życie, będące wymarzonym życiem wielu zapracowanych osób. Udawało mi się ciągle utrzymywać z twórczości internetowej. Nie były to pieniądze, które zarabiałem jeszcze niedawno – wtedy gdy pobierałem pensję i jeszcze dorzucałem hajs z blogów. Nie były to już czasy, w których mogłem wyjąć z kieszeni kilka tysięcy na improwizowany wyjazd do Wenecji. Ale były to czasy znacznie spokojniejsze. Wydawałoby się – sielankowe. Nic bardziej mylnego. Bo pojawiła się pustka.

Nadmiar wolnego czasu był jak nadmiar słodyczy, które po prostu mogą się znudzić. Siedziałem w domu, czasem napisałem tekst, czasem nakręciłem film na Youtube. To nie było dużo pracy. Nie widziałem zbytnio sensu w tym co robię, brzydziłem się momentami walką o zasięgi, czy lajeczki. W sumie brzydzę się nadal. Przy tworzeniu trzymały mnie – i nadal w sumie trzymają – wiadomości, które czasem otrzymywały, mówiące “twój tekst / film zmienił moje życie / moje postrzeganie życia / moje cokolwiek”. To miłe. Ale to nie wystarczało, żebym był szczęśliwy i powoli zsuwałem się w bezlitosne szczęki depresji.

Depresja ma wesołą twarz

Depresja nie wygląda tak jak na filmach i pewnie o tym wiecie. Można być wesołkiem, można być klaunem, można być Jokerem. I mimo wszystko na nią cierpieć. Depresja u osób z ADHD jest o tyle bardziej zdradliwa, że zewnętrzna (wcale nie udawana) powłoka jest przecież pełna radości, śmiechu i gwałtownych emocji. One są szczere. Ale często chwilowe. Bo po chwili, niczym z wahnięciem huśtawki, przychodzą te złe myśli.

Teraz już wiem, że bardziej niż inne osoby potrzebuję widocznych, szybkich efektów. Wszyscy ich potrzebujemy mniej lub bardziej, ale gdy masz zaburzoną gospodarkę dopaminową, potrzebujesz tych zastrzyków mocniej niż inni. Tu i teraz. Potrzebujesz zastrzyku motywacji.

Leonardo

Diagnoza dała mi dużo. Przede wszystkim świadomość i zmycie winy. Zacząłem inaczej postrzegać wiele swoich cech. Nie jako wady. Niekoniecznie jako zalety. Raczej jako cechy.

Zawsze byłem człowiekiem renesansu. ADHD-owcy często nimi są. Jest teoria – niemożliwa rzecz jasna do potwierdzenia – że Da Vinci miał zaburzenia z kręgu ADHD, co w sumie by się zgadzało. By wszyscy trochę jesteśmy takimi Leonardami. Choć niekoniecznie aż tak genialnymi :) Ale on też rozpoczynał setki projektów i wielu nie kończył. I interesował się właściwie wszystkim.

I tak zawsze było ze mną. Wiem, że pewnie miałeś wiele zajawek czy zainteresowań. Ale uwierz mi, jeśli powstałaby liga, to byłbym w jej topie. Nie byłbym w stanie ich zliczyć. I rzecz jasna w żadnej nie doszedłem do mistrzostwa. Bo pojawiała się kolejna. I kolejna. Mój mózg nudzi się szybciej, bo gdy pierwsza faza przestaje atakować dopaminową ekscytacją i wkracza żmudna faza rzemieślnicza, na horyzoncie pojawia się coś nowego. Coś tak kuszącego jak świeża kość dla wygłodzonego psa. A ja strasznie z tego powodu cierpiałem.

Bo społeczeństwo mówiło:

Jesteś leniem.

Jesteś niesolidny.

Nie jesteś sumienny.

Dokończ coś wreszcie.

Wyspecjalizuj się.

Rób jedną rzecz, ale dobrze.

Pamiętaj o detalach.

Skup się.

Dlaczego znowu “po łebkach”?

DOŚĆ.

I wtedy odkryłem drugą stronę medalu. Życie jest za krótkie, żebym specjalizował się w jednej rzeczy. Nie wiem ile mi jeszcze go zostało. Mój najlepszy przyjaciel został zmieciony w niecałe dziewięć miesięcy przez glejaka. Nie zdążyliśmy zrobić tylu rzeczy. Koronawirus obudził w głowie najgorsze scenariusze, zburzył tak wiele biznesów i innych domków z kart. Nie mam chęci skupiać się na jednej rzeczy. Tym bardziej, że po prostu nie potrafię.

Potrafię za to coś zupełnie innego. Potrafię bardzo szybko odnajdywać się w nowym projekcie. Momentalnie wchodzić z etapu nowicjusza na etap średni i nieco wyżej niż średni. Osiągać wyniki lepsze niż większość ludzi. Ale to tyle – dalsze szlifowanie umiejętności i droga mistrzostwa wymaga żmudnego skupienia i konsekwencji. I już wiem, że jeśli nie chcę, nie muszę nią kroczyć.

Nauka!

I to odkrycie, którego dokonałem całkiem niedawno, zupełnie zrewolucjonizowało moje myślenie o sobie i świecie. Będę się uczył. Wszystkiego. Wszystkiego czego zapragnę. Będę skakał z kwiatka na kwiatek, będę odkrywał nowe obszary i jak tygrysek z Kubusia Puchatka wbrykiwał do kolejnych obszarów życia, bo po jakimś czasie je opuścić.

Nie chcę udawać eksperta – choć czasem to kusi. Chcę się uczyć. Tak szeroko jak się da. I tak, biorąc pod uwagę moją drogę edukacji może wydawać się to dziwne. Choć… nie do końca.

Patrzę na wydruki moich ocen ze studiów. To długie dziesięć lat, które ledwo zakończyło się licencjatem. Patrzę na wydruki przedmiotów z Politechniki Warszawskiej, czy PJWSTK. Ze Wyższej Szkoły Turystyki i Rekreacji, którą w końcu skończyłem. I wiem dobrze, że nie liczy się ilość dyplomów, które zdobyłem. Liczy się to, czego się nauczyłem. A nauczyłem się sporo.

Logiki płytek scalonych, podstaw matematyki wyższej, statystyki, teorii obwodów, organizacji projektów, baz danych, programowania w C++, podstaw japońskiego, turbopascala, czy dziesiątek innych rzeczy. Geografii Europy, czy świata, zasad organizacji imprez masowych, mechanizmów rządzących turystyką, podstaw zarządzania organizacją, czy marketingu. Później wskoczyłem w e-commerce, budowanie marki, real time marketing. Social media, reklamę, zacząłem pisać teksty, choć z polskiego byłem taki sobie (głównie dlatego, że nie chciałem czytać co nudniejszych lektur). Żeglarstwo – patent żeglarza, zorganizowałem kilka obozów żeglarskich, nie mówiąc o całej przygodzie w harcerstwie i wszystkim co z tym związane. Materiały, techniki nadruków. Gra na gitarze i harmonijce – na tyle by móc bez wstydu (przynajmniej zbyt dużego) występować na scenie. Grillowanie i gotowanie. Ostatnio ciasta – wypieki pizzy, czy chleba. Ogrodnictwo, które wymaga  co prawda dużo cierpliwości, ale nie stawiam sobie zbyt dużych wymagań. Majsterkowanie i remonty – pochłaniam kanały na ten temat, by odróżniać gips szpachlowy od budowlanego i gładź polimerową od gipsowej. Video! Przez ostatnie dwa lata nauczyłem się mnóstwo w zakresie oświetlenia, kręcenia filmów, dźwięku, kadrów, postprodukcji, gradingu i innych kwestii. Naprawiam, lutuję i kalibruję moją drukarkę 3D. Przede mną ciągle zakup tokarki i dłubanie w żywicach epoksydowych. W ciągu 4 lat nauczyłem się całkiem nieźle jeździć na snowboardzie. Zbudowałem dzieciom domek na drzewie – myślę, że całkiem fajny.

Tak,

będę to wszystko robił. Nie będę oceniał się przez pryzmat przydatności społeczeństwu, bo nie jestem trybem w cholernej maszynie. Wiem już, że największą przyjemność w życiu daje mi rozwój. Ale nie długotrwałe szlifowanie jednej umiejętności. Rzucanie się na nowe zajawki, na nowe pola, na puchowy śnieg. Bo mogę. Bo to mnie kręci. Bo jest tyle rzeczy, których mogę się nauczyć.

Szanuję i podziwiam specjalistów. Wybitnych specjalistów. Osoby, które przez całe swoje życie skupiają się na jednym projekcie. To dzięki Wam świat w dużej mierze idzie naprzód. Przybijam koleżeńską piątką z osobami lubiącymi współzawodnictwo i rywalizację. Widocznie tego potrzebujecie.

Ja wreszcie uwolniłem się od oczekiwań i poczucia winy. To naprawdę doskonałe uczucie.