Piecze. Piecze mnie w klatce piersiowej w sposób jaki nigdy do tej pory nie piekło. Powoli dociera do mnie, że to strach. Uczucie, którego w sumie nie znam, którego już od dawna nie czułem. Bo boję się i nie mam zamiaru ukrywać tego ani przed sobą, ani przed innymi.

Boję się chyba najbardziej tego, że kompletnie nie wiem co się stanie. A przecież powiedzieć, że nie należę do osób przesadnie zorganizowanych to spory eufemizm. Zmienne warunki i improwizacja to moje drugie imię. Jednak tym razem nawet ja, mistrz rzucania się w nieznane, jestem pełen obaw. Bo trudno nie być, jeśli to nieznane nie zapowiada się kolorowo.

Boimy się pewnie wszyscy. Nawet ci, którzy przykrywają to maską śmieszkowania, nawet ci którzy nadal bagatelizują całą sytuację. Nikogo nie winię, trudno mówić o winie przy czymś co jest dla nas tak zupełnie nowe. Nie oceniam. Nikogo. Co to zmieni?

Boję się zmian. Ja – który zmiany do tej pory kochał. Bo przecież zmiany, które mogę sobie wyobrazić mogą być niewyobrażalne. Boję się, że wszystko zmieni się tak bardzo, że będzie można mówić o Starej Epoce i tej Nowej. Czymkolwiek ona będzie. Nagle doceniam ten spokój, tę rutynę, która czasem doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Przepraszam cię nudo, przepraszam cię rutyno. Nie doceniałem was.

Boję się, że wszystkie decyzje dnia codziennego – o tym co jemy, kto zawozi dzieci, jaki serial dziś włączymy, jakie spodnie założyć, nagle przestaną być zupełnie ważne. Tego, że będziemy tęsknić za tym czasem kiedy naszymi problemami były kłótnie w social media i to, która partia polityczna ma rację.

Boję się miażdżącej i bezwzględnej ekonomii, która może wszystkim zatrząść. Niewydolnej służby zdrowia i straty bliskich. Boję się o moje trzy małe pisklaki, dla których zrobiłbym wszystko co w mojej mocy. Boję się, że oni będą się bać. Boję się o rodziców.

I jestem w sumie zły. Zły na to, że u progu drugiej dekady XXI wieku uderza w nas wirus. Że wkraczamy w rzeczywistość rodem z Camusa. Rodem z filmów katastroficznych. Że potrafimy jako ludzkość milion nieprzydatnych rzeczy, a nie jesteśmy w stanie powstrzymać pieprzonego wirusa.

Przestaję wypierać i łudzić się, że nic się nie dzieje.

Nie panikuję. Wiem, że to złe.

Ale nie chcę wypierać tego, co czuję.

I mam w sumie jedno życzenie. Żeby ten tekst już niedługo – może za kilka miesięcy, a najlepiej tygodni – bo o dniach nie marzę – stał się pieśnią przeszłości, ostrzeżeniem, błahostką. A koronawirus pozostał na memach, w żartach przy piwie, czy kartach historii.

Bardzo.