Odkładałem dość długo obejrzenie tego filmu, głównie dlatego, że trudno było mi wyasygnować wieczorne trzy godziny. Wiedziałem, że film jest długi, wiedziałem, że dla niektórych bywa nudny, miałem mimo wszystko ambicję obejrzeć go na raz. Nie dałem jednak rady.

Zanim jednak go obejrzałem, postanowiłem przypomnieć sobie Chłopców z Ferajny, czyli Goodfellas. Akurat była chęć obejrzenia go w ramach naszych Filmowych Poniedziałków, które urządzamy sobie z kumplami od pewnego czasu.

To dobrze, że właśnie ten klasyk został mi w pamięci gdy sięgałem po Irlandczyka, a nie chociażby Wilk z Wolf Street, który strasznie mi się dłużył i który podobał mi się znacznie mniej niż większości osób.

Hołd

Nie da się chyba oglądać tego filmu bez myślenia o nim w kategorii hołdu dla gatunku, czy też hołdu dla aktorów, którzy się ew nim pojawiają. To zmiękcza – przynajmniej u mnie – odbiór takiego filmu. Ot coś jak Expendables kina gangsterskiego. Sam fakt pojawiania się tylu wspaniałych aktorów jest dla mnie ekstazą, nawet jeśli są komputerowo zmasakr… zmienieni, ale o tym za chwilę.

Ci aktorzy są już naprawdę staruszkami, co widać pod koniec filmu i niezależnie od tego w którą stronę był aktualnie zmieniany ich wiek, dochodziła do mnie ta myśl, że dla części z nich może to być jeden z ostatnich filmów.

Czas

Dwoma najbardziej dyskutowanymi tematami jeśli chodzi o Irlandczyka są czas i deep fake, czyli odmładzanie aktorów. Zacznę od czasu.

Jak już wspomniałem, nie dałem rady obejrzeć całości na raz. Ale głównie dlatego, że wbrew Waszym radom nie siadałem do niego odpowiednio wcześnie, odpowiednio wyspany. Raczej bo całodziennym zasuwaniu przy remoncie strychu. A to film długi i możnaby nawet rzecz pozbawiony akcji. W takim stanie pewnie nie wciągnąłbym nawet całego Tańczącego z Wilkami, którego wielbię.

Ale oglądanie tego filmu to powolne smakowanie gatunku i dialogów, zupełnie jak przeżuwanie chleba przez De Niro i Pesci w scenach w restauracji, czy więzieniu. I choć na początku rzeczywiście byłem zdziwiony ilością detali, długością scen, czy przedłużaniem się dialogów, z czasem przyzwyczaiłem się do tej formuły.

Momentami Irlandczyk wydaje się filmem Quentina Tarantino, zresztą nie bez powodu Quentin umieścił go na liście swoich ulubionych filmów 2019 roku. Niektóre dialogi w swojej szczegółowości, czy też pozornej bezsensowności mogłyby spokojnie pojawić się w Pulp Fiction – choćby rozmowa o rybie na tylnym siedzeniu.

Czy to mógł być mini serial? Pewnie tak. Spokojnie można było go rozbić na trzy odcinki, choć z różnych względów nie zdecydowano się na ten krok – może seriale nadal są gatunkiem niższym od pełnometrażowego filmu?

Finalnie jednak nie mogłem narzekać na długość i zacząłem doceniać długie sceny i dialogi.

Efekty

Jedną z wizytówek tego dzieła są efekty specjalne, a konkretnie odmłodzenie bohaterów. Całość dzieje się w kilku epokach – retrospekcje sięgają różnych czasów, a bohaterowie grani są przez tych samych aktorów. I jest to posunięcie dość pionierskie na taką skalę i dość ciekawe, ale… trochę niedociągnięte. Niestety o ile aplikacja Netflixa bije na głowę tę HBO, o tyle ich produkcje nie są w stanie dorównać rozmachem budżetowym takim gigantom jak Gra o Tron.

Ale czy tym razem chodziło tylko o budżet? Dobra, wyjaśniam o co chodzi.

Po pierwsze zmienione są twarze i tylko twarze. Niestety 80 letniemu aktorowi grającemu 30 latka ciężko jest ruszać się tak samo żwawo i w niektórych scenach to bardzo widać. Kiedy tytułowy Irlandczyk grany przez de Niro kopie sklepikarza, wygląda to jak zemsta dziadka na koledze. To po prostu widać, zresztą nie tylko w tej scenie – ciężko jest oszukać biologię. To wymagałoby albo poprawienia komputerowo ruchu postaci, albo dublerów.

Po drugie mimo wszystko komputerowe twarze wywoływały lekki cringe. Nie jakoś bardzo – w końcu oglądamy dziś filmy z zupełnie renderowanymi postaciami, oglądaliśmy księżniczkę Leję w scenach “nakręconych” po śmierci grającej jej Carrie Fisher. Było jednak w tym sporo sztuczności, trochę jak w drugiej części Powrotu do Przyszłości gdzie widzieliśmy mocno postarzonych (charakteryzacją) aktorów.

Ja sam do końca nie wiedziałem o co chodzi, aż nie trafiłem na ten film. Usta, właśnie usta. Spieprzyli usta. Zobaczcie jak poprawił te efekty pewien youtuber, w …7 dni, za pomocą darmowego programu (trochę mnie to przeraża swoją drogą w kontekście deep fake).

Przyjrzyjcie się Robertowi, a szczególnie jego ustom. Przecież on tak właśnie wyglądał! To samo z oczami. Prawdę mówiąc mnie te postacie po zmianach bardziej przekonują.

Gra aktorska i story

Nie powiedziałem jeszcze nic o w sumie najważniejszej rzeczy, czyli o tym czy podobała mi się historia i gra. Całość bazuje na prawdziwej historii amerykańskiego przywódcy związkowego i jest całkiem wciągająca. To znaczy nie ma tu wielkich twistów akcji, nie ma tu zaskoczeń, w ogóle akcji jako takiej jest mało. Ale jak już mówiłem – to dla mnie takie smakowanie gatunku.

Co do gry aktorskiej – ja od wielu lat mam taką dość niepopularną opinię o Robercie de Niro i Al Pacino – mianowicie lubię ich bardzo, ale uważam, że prawie zawsze grają siebie. Grymas twarzy de Niro, zresztą używany zawsze przez aktorów go imitujących, czy sposób mówienia Pacino – to powtarza się od lat, choć w sumie tu bardzo pasuje.

Drażnił mnie nieco fakt, że nie grają Włochów (choć przecież de Niro w Goodfellas też grał Irlandczyka), bo są oni dla mnie nowojorskimi bandziorami z krwi i kości, ale cóż.

Ocena

Całości daję piątkę. Nie jest to film wybitny, ale jest to dla mnie film bardzo dobry. UCzta dla tych, którzy lubią gatunek, hołd dla aktorów weteranów i takie quentinowe męczenie pewnych detali, które jako fan Tarantino bardzo lubię.