Wstaliśmy zgodnie z planem ok 4.30, samochód był gotowy i zapakowany. Wystarczyło zebrać ostatnie rzeczy z pokoju hotelowego, dobudzić dzieciaki i przetransportować je półśpiące do samochodu i wyruszyć w stronę Polski. Przed nami prawie 1000 kilometrów i 12 godzin, nie licząc postojów.

Na zewnątrz lekki mróz, nasz diesel powinien dać radę, choć strach zawsze jest. Przez głowę przebiega mi myśl, że mogłem odpalić go wczoraj i sprawdzić czy wszystko ok. Dzieciaki już na miejscu, przykryte kurtkami, wkładam kluczyk do stacyjki, przekręcam, czekam aż świeca żarowa nagrzeje się, przekręcam… Werble…. Odpalił. Po jednej nutce! Jestem zadowolony – nasz prawie ośmioletni francuz, pomimo ponad 200 tys kilometrów na liczniku, nie miał jeszcze ani jednej poważnej awarii.

Nasza radość trwa jednak dość krótko – po chwili pojawia się komunikat “ENGINE TEMPERATURE FAULT”. Najpierw zwalam to na mróz, jednak przypominam sobie, że nie na takim mrozie jeździł. Po dwóch kolejnych próbach otwieram maskę i sprawdzam baniak na płyn chłodniczy. Pusto. Zerkam pod samochód – żadnego wycieku nie widać.

Jesteśmy we Włoszech, stacje benzynowe będą nieczynne jeszcze przez co najmniej dwie godziny. Wsiadam znowu do samochodu – odpalam, tym razem wszystko w porządku. Decydujemy się ruszyć, ale bacznie obserwować temperaturę silnika.

Samochód zjeżdża z gór, więc silnik nie ma zbyt dużo do roboty, ale mija 20 minut, a ogrzewanie niezbyt grzeje. Jestem już pewny, że coś jest nie tak z układem chłodzenia. Jedziemy więc powoli obserwując temperaturę.

Około godziny 7.00 dojeżdżamy do otwartej stacji. Kupuję płyn chłodniczy (15 Euro za litr!), wypijamy po kawie czekając aż silnik się ochłodzi i dolewamy płyn. Niestety to nie pomaga – po kilku kolejnych kilometrach widzimy, że wskazówka temperatury dziwnie się zachowuje, kolejne dolanie płynu nie pomaga.

O tu dolewajcie. Nie do spryskiwaczy :D

Po wjechaniu na autostradę wskazówka niebezpiecznie idzie na prawo, a komunikat każe wyłączyć silnik. Jesteśmy unieruchomieni kilkaset kilometrów od domu, z trójką dzieciaków na pokładzie i samochodem wyładowanym nartami, deską i bagażami.

***

Teraz musimy cofnąć się w czasie do 2009 roku, kiedy to podobna sytuacja spotkała nas na niemieckiej autostradzie. Wtedy to padła nam sprężarka klimatyzacji, co zaskutkowało strzeleniem paska i unieruchomieniem pojazdu. Na pokładzie szczeniak i żona w 8 miesiącu ciąży. I oczywiście niedziela.

Do tamtej pory nie zwracałem zbytnio uwagi na assistance który kupowałem. Okazało się, że pakiet działa tylko w Polsce, a więc za holowanie do najbliższego warsztatu, hotel i wypożyczenie samochodu do Polski musieliśmy zapłacić sami. Trochę bolało.

Szczerze – od tamtej pory biorę najwyższy pakiet assistance. Zawsze sprawdzam limity kilometrów, zresztą i te maksymalne, i minimalne. Czasem bowiem jest zapis, że holowania nie ma, jeśli awaria zdarzy się zbyt blisko miejsca zamieszkania.

***

Na wszelki wypadek zerkam na obecną polisę (zapisałem PDF w telefonie przed podróżą). Holowanie do 1500 km. Koszty do 10 tys zł. Przez ten czas pojawia się za nami służba autostradowa (naprawdę szybko!) i zamawia lawetę.

O tak to wygląda

Po 20 minutach jedziemy już na lawecie (niezła przygoda dla dzieciaków) w kierunku Bolzano. Ja zgłaszam wszystko na linii alarmowej, warto ten numer zapisać sobie w telefonie, na serio później nie masz chęci go szukać.

A tak się jedzie na lawecie…

Gdy dojeżdżamy do lokalnego warsztatu wiem już, że przyjedzie po nas laweta z Polski, a także samochód z kierowcą. To może być jakaś mała usterka układu, może też być uszczelka pod głowicą – cholera wie. Wiem natomiast, że jest sobota, Włosi tłumaczą mi , że dziś “sabato” więc już nic nie zrobią, jutro “domenico”, więc też nic i dopiero
“lunedi”. Czyli “Montag” dodaje pan mówiący także po niemiecku.

Prawdę mówiąc czekanie do poniedziałku nam się nie opłaca, tym bardziej, że to awaria, a nie wypadek, więc ubezpieczenie nie pokrywa kosztów naprawy. Te na pewno będą niższe w Polsce. Wyszukujemy więc pobliski hotel (możemy wybrać dowolny do 3 gwiazdek włącznie), prosimy o dolanie wody (aby dojechać te 2 kilometry do hotelu), płacimy 150 Euro za holowanie i żegnamy się z panami z warsztatu.

Hotel

Hotel okazuje się być całkiem schludny, choć siwy pan na recepcji mówi tylko po włosku i nawet nie zwalnia kiedy po raz kolejny mówię, że “no comprendo”. To znaczy comprendo całkiem sporo, pomaga mi znajomość hiszpańskiego i francuskiego, ale nie wszystko. Muszę się wreszcie nauczyć włoskiego, uwielbiam jego brzmienie.

Dostajemy dwa pokoje dwuosobowe, dzieciaki oczywiście jarają się straszliwie faktem, że mają swój pokój. Kierowca dzwoni do nas i mówi, że przyjedzie w niedzielę z samego rana, o 9 powinniśmy wyruszyć do Polski. Tak więc spokojnie zjadamy pizzę w hotelowej restauracji, popijamy ją lokalnym winem i odsypiamy pobudkę o 4 rano.

Uwielbiam, gdy na pizzy quattro staggioni składniki rozłożone są na różnych ćwiartkach. Tak powinno być!

Wieczorem postanawiamy podjechać autobusem kilka przystanków do Bolzano, gdzie kręcimy się po starówce i znajdujemy lodziarnię gdzie można samemu komponować lody. Dla dzieciaków ten dodatkowy dzień staje się przygodą.

Całkiem fajny pomysł, są takie w Polsce?

Do hotelu wracamy pociągiem z kolejną małą przygodą – pani konduktor mówi, że mamy bilety autobusowe, a nie na pociąg. Trochę to dziwne, bo kupiliśmy je w kasie na dworcu kolejowym, pani wyraźnie mówiła nawet z którego peronu odjeżdża ten pociąg. Konduktorka nie robi problemów, uśmiecha się i pozwala nam wysiąść.

Podróż do domu

Kierowca poznaje mnie od razu (jak widać nawet niebieska broda nie ukryje mojej polskiej fizjonomii :D), wita się i daje papiery do podpisania. Samochód wraca na lawecie, my pakujemy się do busika – Opla Vivaro. Właśnie, w trakcie rozmowy poprzedniego dnia wyraźnie zaznaczyliśmy, że potrzebujemy co najmniej jeden isofix, bo jeden z naszych fotelików nie montuje się inaczej.

Montujemy foteliki, przerzucamy potrzebne nam bagaże i ruszamy w stronę Polski. Prawdę mówiąc byłem przekonany, że dostaniemy po prostu samochód zastępczy, tymczasem dostaliśmy samochód z kierowcą, całą podróż mogliśmy więc spędzić na telefonach, śpiąc, albo rozmawiając z kierowcą, który okazał się całkiem fajnym gościem. Po drodze nastąpiła jeszcze zmiana kierowców.

I tak bez większych przygód, ok 22.00 dotarliśmy do Warszawy. Zostało nam tylko przetransportowanie śpiących dzieciaków do łóżek, wypakowanie bagaży i cieszenie się tym, że dotarliśmy do domu.

Samochód zastępczy

Ale to jeszcze nie koniec. W pakiecie mamy jeszcze samochód zastępczy do 10 dni, chyba że naprawa potrwa krócej. Tu też nie było żadnego problemu – zgłosiłem potrzebę w poniedziałek rano, samochód został podstawiony o 13.00. Jedyny haczyk na który trzeba uważać to “wkład własny”, chociaż też muszę przyznać, że zostałem tu wyraźnie poinformowany. Domyślnie w razie wypadku z mojej winy (lub nieznanego sprawcy) dopłacam do naprawy samochodu zastępczego do kwoty 1200 zł. Chyba, że zapłacę dodatkowo 20 zł dziennie. Trochę to denerwujące, ale cóż.

Dostaliśmy Fiata Tipo – to trochę mało jak na nasze potrzeby, ale taka właśnie klasa samochodu przysługuje. Zresztą nie przewidujemy większych wypraw całą rodziną ;)

Obym musiał używać go jak najkrócej

Podsumowanie

Tu chciałbym wyraźnie zaznaczyć jedną sprawę – to wszystko wydarzyło się naprawdę i nie zostało w żaden sposób ukartowane. Nigdy nie oszukam Was w ramach akcji reklamowej, no chyba że później dostanę za to tyle kasy, by kupić cały archipelag wysp na Pacyfiku, gdzie się przeprowadzimy wszyscy razem :D

Natomiast już po całej szczęśliwej akcji zgłosiła się do mnie Polska Izba Ubezpieczeń, z propozycją opisania naszego przypadku w ramach ich akcji #trochęstraszno. Zgodziłem się, bo rzeczywiście jestem zadowolony z przebiegu całej akcji, a starsi stażem czytelnicy pamiętają, że moje przygody z innymi typami ubezpieczeń kończyły się różnie :D

Pisałem też, że chciałbym aby kiedyś moje potencjalne korzystanie z ubezpieczenia kończyło się tak pięknie jak to w Genewie gdy okradziono nam dom, a kilka dni później kasa była już na naszym koncie. Muszę przyznać, że jestem naprawdę zadowolony z przebiegu całości i nie mam się do czego przyczepić.

Nasza polisa nie była żadną tymczasową polisą podróżną – to po prostu roczne Auto Casco + Assistance w najlepszym wariancie. Zapłaciliśmy za to ok 2000 zł, ale to oczywiście zależy od wartości samochodu i innych czynników. Za samo holowanie pewnie zapłacilibyśmy dychę nie licząc innych kosztów.

Poza tym jako ojciec trójki dzieci mam nieco inną perspektywę. Dużo podróżujemy, byliśmy z dzieciakami na dwóch Eurotripach, na spontanicznym wyjeździe do Wenecji, regularnie jeździmy do Włoch na narty i deskę. Składka ubezpieczenia zawsze boli, bo to konkretna kasa (u nas złożyło się tak, że płacimy to w czerwcu, przed wakacjami, aaaargh!), ale teraz cieszę się, że nie strzeliło mi do łba zrezygnować z tego “bo może się nie zepsuje”.

Do szczęścia brakuje mi tylko pokrywania kosztów awarii, ale tego chyba nikt nie robi :) Zobaczymy jak pogorszy mi się humor, gdy warsztat wyśle wycenę. Dobrze jednak, że to nasz warsztat, a nie włoscy specjaliści. Za naprawę Mazdy w Niemczech, w 2009 zapłaciliśmy kilka tysięcy złotych.

A więc:

  1. Ubezpieczajcie się, bo wypadki chodzą po ludziach
  2. Sprawdzajcie dokładnie co obejmuje ubezpieczenie – kwota, limit kilometrów, minimalna odległość od domu, hotel, czy samochód zastępczy
  3. Przed wyjazdem wydrukujcie sobie polisę, albo chociaż zapiszcie jej numer i telefon do assistance, żeby tego potem nie szukać.
  4. A jeśli nic się nie wydarzy, to trudno. Pokryjecie koszty takiej przygody komuś innemu ;)

Jak już pisałem – tekst powstał we współpracy z Polską Izbą Ubezpieczeń (post factum wszelkich wydarzeń :D) a jeśli chcecie więcej treści o ubezpieczeniach, w dodatku autorów którzy w przeciwieństwie do mnie są ekspertami w tej dziedzinie, to zapraszam na bloga Nawypadekgdy.pl :)