Płakałem. Płakałem prawie pół godziny i czułem jak wszystko ze mnie uchodzi. Złość, żal do siebie, strach przed tym, że nie jestem do końca normalny, niepokój. Płakałem, choć miałem już prawie 30 lat i byłem w sumie dość dorosłym facetem. Płakałem, a moje łzy – zamiast na koszulę – padały na strony wywiadu z Joanną Szczepkowską, która pisała o swoim ADHD. Czytałem poszczególne akapity nie mogąc do końca uwierzyć, bo w tych wszystkich akapitach byłem zaklęty ja. Moje problemy, moje lęki, moje niedoskonałości i rzeczy z którymi nie mogłem sobie przez tyle lat życia poradzić.

Moje poczucie winy.

A potem usiadłem, zamknąłem oczy i zacząłem sobie wszystko przypominać. Bo choć z zewnątrz wszystko mogło wydawać się wspaniałe, rzeczywistość wcale nie była tak kolorowa. Gotowi? Zapraszam Was na podróż do wnętrza mojej głowy. W podróż w którą nie zabierałem jeszcze prawie nikogo.

Hello world!

W pewną piękną majową sobotę, dwudziestokilkuletnia dziewczyna, która właśnie przyjechała do swojego domu w Otwocku, poczuła, że dziecko w jej brzuchu wierci się chyba zbyt mocno jak na ósmy miesiąc. Miała rację. Tym dzieckiem oczywiście byłem ja – postanowiłem przyjść na świat półtora miesiąca za wcześnie. Mama została szybko przetransportowana z powrotem do Warszawy, a tam pojawiłem się ja. Nie bez komplikacji – to właśnie one często są zapalnikiem kwestii o których będę dziś pisał. Choć na skali Apgar nie wypadłem zbyt dobrze, okazało się, że praktycznie wszystko jest w porządku, a EEG lekko odbiegające od normy nie jest niczym niepokojącym. Tym bardziej, że wszystko rzeczywiście wydawało się OK – byłem dzieckiem spokojnym, choć bystrym i inteligentnym. W wieku trzech i pół roku nauczyłem się czytać, niedługo później pochłaniałem już całe książki i komiksy. Rodzice mimo wszystko nie zdecydowali się posyłać mnie wcześniej do szkoły, ale gdy już tam poszedłem, głównie się nudziłem.

Mijały lata, a moje oceny z zachowania stopniowo się obniżały. Nie byłem klasycznym rozrabiaką, nie byłem nadpobudliwy. Po prostu niesamowicie się nudziłem, więc gadałem na lekcjach i coraz częściej pozwalałem sobie na niewybredne komentarze w stosunku do nauczycieli. Ocena z zachowania z wzorowej spadła na wyróżniającą, później na poprawną, by w końcu w czwartej klasie mieć widmo niedostatecznej.

Znudzenie i niecierpliwość to jedno, rodzice zrzucali to na karb mojej ponadprzeciętnej inteligencji. W klasie mieliśmy ponad trzydziestkę dzieciaków, a program nigdy nie przewidywał indywidualnego podejścia. Tym bardziej, że nie byłem kujonem. Nie byłem też nygusem bijącym innych, czy tłukącym szyby z procy. Po prostu czułem się zupełnie niedopasowany do sztywnego systemu szkolnego, który coraz bardziej mnie uwierał. Chociaż “miałem możliwości, których nie wykorzystywałem”. Gdybym za każdym razem gdy to słyszałem dostawał złotówkę, byłbym milionerem.

Rodzice dość szybko zorientowali się, że nie mam szans w klasycznym, sztywnym systemie i choć nie mieli pojęcia co mi dolega, trochę mnie rozumieli – Tata zawsze był niespokojnym duchem pełnym kreatywnych pomysłów i chyba nigdy nie pracował przy biurku w klasycznym wydaniu. Pewnie nie usiedziałby tam kilka godzin.

A potem było coraz gorzej. Liceum – choć z autorskim programem i małymi klasami – stawało się coraz większą mordęgą. W wybranych obszarach brylowałem, mówiłem już w czterech językach, porozumiewałem się jako tako w piątym. Jednak wszędzie gdzie potrzebna była systematyczna nauka i praca – odpadałem. Robiłem “czeskie błędy”, zapominałem o milionie spraw, gubiłem przedmioty. Maturę udało się zdać tylko dlatego, że wybrałem finalnie język, a z języka nie da się nie zdać przez pomyłkę  – egzamin jest zbyt przekrojowy. A potem przyszły studia i to pozamiatało mnie totalnie.

Nie miałem jeszcze prawa wiedzieć o mojej odmiennej konstrukcji mózgu. O tym, że mój płat czołowy, odpowiadający za planowanie, podejmowanie przemyślanych decyzji, czy powtarzanie rutynowych czynności nie jest rozwinięty tak jak u innych. O tym, ze moja wewnętrzna gospodarka dopaminą jest zaburzona, przez co mogę czuć niemalże fizyczną barierę przed systematyczną pracą. Bo to dopamina steruje ośrodkiem nagrody w takich chwilach.

Chwila. Tak, żyłem chwilą. Zostałem w tym mistrzem – podejmowałem decyzje zupełnie impulsywnie i właśnie w tym, oraz improwizacji byłem mistrzem. Ale ani to, ani mój ekstrawertyzm i chęć popisywania się przed innymi (maskująca coraz większe kompleksy) nie pomagały. Szczególnie na Politechnice na którą poszedłem przyciągnięty rozwijającym się internetem i naukami komputerowymi.

Wiesz jak to jest, gdy wydaje ci się, że po drugiej stronie płotu trawa jest bardziej zielona? Pomnóż to razy sto. Mój mózg widzi totalne chaszcze i suszę po mojej stronie, piękną sawannę poprzecinaną sadami pełnymi tropikalnych owoców po drugiej stronie. Wtedy myślałem, że “po prostu tak mam”.

Politechnika zmieniła się więc w PJWSTK, by po chwili zmienić się w studia zaoczne, by w końcu z nadmiaru zaległości uciec do jeszcze jednej uczelni informatyczne, by po semestrze ( i nie przyjściu na ŻADEN wykład) podjąć decyzję o życiowej zmianie i ukończeniu Turystyki i Rekreacji. Udało się. To co dla większości inteligentnych osób nie byłoby dużym wysiłkiem, dla mnie stanowiło Mount Everest. Obroniłem licencjata. Kiedy kilka lat później postanowiłem uzupełnić wykształcenie o tytuł magistra na SGH, nie byłem totalnie w stanie odnaleźć się w systemie.

Chaos

Chaos pochłaniał mnie coraz bardziej. Moje życie polegało na podejmowaniu szybkich i impulsywnych decyzji. Na kolejnej improwizacji, gdy plan nie zadziałał. Jaki plan, w większości wypadków nie było żadnego planu.

Chaos wdzierał się do każdej dziedziny mojego życia. Imałem się różnych zajęć zarobkowych i byłem w nich całkiem niezły – dopóki mi się nie nudziły. Wtedy nie było siły, która mogła mnie przy nich utrzymać – o ile wcześniej nie zostałem zwolniony. Byłem tego świadomy, próbowałem się ogarnąć, uporządkować. Nic to nie dawało, a poczucie winy i przeświadczenie, że coś jest ze mną nie w porządku narastało z dnia na dzień.

Byłem fajerwerkiem, a potrzebowałem być żarówką. Fajerwerkiem nie oświetlisz domu, przy fajerwerku nie ugotujesz obiadu. Byłem jak bohater piosenki Starego Dobrego Małżeństwa. Włóczęga, niespokojny duch. Ze mną można było pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko.

Szukałem wrażeń. Harcerstwo skutecznie trzymało mnie od wszelakich używek i dawało mnóstwo adrenaliny, czy możliwości improwizacji, rozwijania się w niestandardowych kierunkach. Choć i tu podejmowałem się tysięcy projektów, których nigdy nie kończyłem. “Słomiany zapał”. “Zdolny, ale leń”. Te same teksty chłostały mnie w twarz każdego dnia. I choć myślałem, że jestem na nie odporny, moje poczucie winy rosło z dnia na dzień.

Jądra w mózgu i zarodek w brzuchu sarny

Obszar pamięci podręcznej w moim mózgu praktycznie nie istnieje. Gdy nie wysilę się, by zapamiętać jakąś informację, wyleci ona od razu. W ciągu kilku minut jestem w stanie otworzyć szufladę z koszem na śmieci, choć wiem, że wyjąłem z niego worek. Wiem, pewnie też Ci się to zdarzyło. Ja zrobię to kilkanaście razy z rzędu, raz za razem. Zaburzenie takiego prostego mechanizmu uczenia się i czynności rutynowych związane są z kolei z zaburzeniami w budowie jąder podstawnych, czyli tej części mózgu, która między innymi właśnie za to odpowiada.

Pamiętam za to doskonale rzeczy, które utkwiły mi w pamięci. Śmieję się z czasem, że w miejscu tych niedorozwiniętych obszarów mózgu istnieją inne, które robią ze mnie w wielu obszarach superczłowieka. Choć w sumie to trochę prawda.

Pamiętam – zupełnie nie wiem dlaczego – pewną lekcję biologii z 5 klasy. Pani tłumaczyła nam, że wody płodowe istnieją po to, by na przykład zarodek u biegnącej sarny nie latał jak oszalały we wszystkie strony, tylko powoli w nich pływał. Któregoś dnia mój mózg – potrafiący w każdej sekundzie wychwytywać tysiące zależności i podobieństw – przypomniał sobie o tej lekcji i zupełnie niespodziewanie przyrównał ten zarodek do moich emocji. Bo tak właśnie działają.

W moim okresie nastoletnim czułem się emocjonalnie właśnie jak ten zarodek. Lub jak pasażer nieprzypięty pasami podczas dachowania. Każdy bodziec emocjonalny odbierałem po tysiąckroć silniej, a emocje – czy to pozytywne, czy negatywne przeżywałem i okazywałem silniej. Pozwalało mi to co prawda zakochiwać się tysiąc razy mocniej niż osoba neurotypowa, ale też mocniej cierpieć gdy związek się kończył. Chyba, ze kończyłem go ja, bo na horyzoncie pojawiał się ktoś, kto powodował, że hormony uderzały we mnie jeszcze mocniej. Brak odpowiednich dawek dopaminy u większości osób generowanej każdego dnia, powodował, że potrzebowałem więcej, bardziej, mocniej i więcej. Potrzeba przeżywania życia na maksa była u mnie silniejsza niż u kogokolwiek kogo znałem. Wtedy myślałem, że to tylko ja. Że jestem inny. Że jestem dziwakiem. Że muszą z tym żyć.

Kotwica

Mary była moim wybawieniem. Oprócz totalnej fascynacji fizycznej, wyczułem podświadomie jej zorganizowanie i spokój, wyczułem że jest w stanie wyciągnąć mnie z chaosu i wprowadzić nieco porządku do mojego życia. I tak też się stało. Hamowała co głupsze pomysły, kierowała moją energię na prawidłowe tory, robiła te rzeczy, których ja nie byłem w stanie robić. Owszem, nasze odmienne charaktery nie raz prowadziły i prowadzą do spięć, ale mój życiowy dryf się zakończył. Ślub, wspólne mieszkanie, dzieci. Jedno, drugie, trzecie. Praca. To ona przekonała mnie, żebym poszedł do branży reklamowej – w wieku trzydziestu lat byłem już tak zakompleksiony i miałem tak niskie poczucie własnej wartości, że sam nigdy nie wpadłbym na pomysł takiej pracy. A reklama okazała się strzałem w dziesiątkę – każdy projekt trwał kilka, może kilkanaście dni. Improwizacja, projekty robione na ostatnią chwilę, mnóstwo impulsywnych decyzji, nieszablonowe myślenie, czy też brylowanie przed klientem – to był mój świat. Moje życie wypełniło się ludźmi, konferencjami i bankietami. I choć w środku ciągle czaiła się myśl, że to wszystko ściema, że jestem Dyzmą który załapał się na wszystko fartem, mocno ją odrzucałem.

Ale ja i ADHD?

To właśnie mniej więcej wtedy natknąłem się na tekst Szczepkowskiej. I odnalazłem w nim tak bardzo siebie. Bo choć do tej pory słyszałem o ADHD, nie sądziłem, że może to mnie dotyczyć. Dziś wiem, że tak reaguje mnóstwo ludzi.

Po pierwsze wiedziałem przecież – jak większość z nas – czym jest ADHD. Tak mi się przynajmniej wydawało. “To choroba rozbieganych dzieci.” Zazwyczaj chłopców. A ja, choć definitywnie byłem chłopcem, nigdy nie byłem ani rozbiegany, ani nadpobudliwy. Wręcz przeciwnie, bywałem nieśmiały, spędzałem czas przy komputerze, przy książkach, albo w swoim wewnętrznym świecie. Poza tym byłem już dorosłym, a może próbującym być dorosłym facetem, a nie dzieckiem. A z tego się wyrasta, prawda? Nie wiedziałem jeszcze jak bardzo się mylę. Na wielu poziomach.

Podjąłem więc decyzję, że coś z tym zrobię… a potem minęło 13 lat.

TRZYNAŚCIE.

13 lat podczas których – pomimo obietnicy, że muszę się zdiagnozować – nie zrobiłem zupełnie nic. Bałem się tego, że to mnie zmieni, myślałem, że sam sobie z tym poradzę, odkładałem pójście gdzieś z tym na później. Dopiero posuwająca się naprzód depresja i próba samobójcza znajomego oraz jego diagnoza ADHD spowodowała, że sam postanowiłem pójść na diagnozę.

I ją dostałem. W wieku czterdziestu dwóch lat.

I znów płakałem. Tym razem z ulgi.

ADHD to nie mit

Wiem o czym możesz myśleć. ADHD nie istnieje. Przecież słyszałeś to miliony razy z różnych źródeł. No może nie miliony, ale na pewno ktoś o tym mówił. Nawet ten psycholog co je odkrył powiedział na łożu śmierci, że ono nie istn…

MY ISTNIEJEMY.

Ja istnieję. To pewnie wiesz. Istnieją też inne osoby mające dokładnie, lub prawie dokładnie te same problemy co ja.  Są nas miliony. Setki milionów. To fakt. Problemy tak wspólne, że gdy pierwszy raz spotykamy się z opisem tego przez co przechodzi druga osoba z ADHD, ryczymy i śmiejemy się na przemian. Bo nagle okazuje się, że nie jesteśmy z tym wszystkim sami. Nagle dowiadujemy się, że to nie nasza wina.

Że te wszystkie “jesteś leniwy”, czy “musisz bardziej się starać” mają tyle sensu co mówienie “po prostu wytęż wzrok” do osoby z wadą minus pięć dioptrii. Dioptrie to zresztą dobry przykład. Ale o nich za chwilę. To nie my. To nasz mózg. ADHD naprawdę jest obecnie jedną z lepiej zdiagnozowanych przypadłości psychicznych. Możemy dyskutować czym jest ADHD, co je powoduje, czy jest bardziej deficytem, czy chorobą, czy darem, czy pozostałością genetyczną. Ale proszę, nie mów mi, że przez 40 lat życia coś sobie wymyśliłem. Nie musisz nazywać tego ADHD. Nie przepadam za tą nazwą. Możesz nazywać to Różowym Słoniem. Fakt, że istniejemy, a nasze mózgi zbudowane są inaczej, to właśnie naukowy fakt. Mam nadzieję, że trafiają tu inteligentni czytelnicy, tacy którzy nie wierzą, że Ziemia jest płaska, szczepionki powodują autyzm, a planeta się nie ociepla. Więc tak, to nie jest wymysł rodziców. A gdy tak mówisz przyczyniasz się do tego, że kolejna osoba pomyśli, że jest po prostu dziwadłem. Albo, że wszystko sobie wymyśliła. Tak, ja też tak myślałem – wiele razy. Zastanawiałem się, czy to wszystko nie jest wytworem mojego mózgu, zupełnie jak w “Pięknym umyśle”. I choć nie miałem nigdy prób samobójczych, wiem że u słabszych psychicznie osób może do tego dojść.

Nie jest wytworem. Gdy robiłem kolejne strony testów – a trzeba ich przejść całkiem sporo by psycholog i psychiatra postawili diagnozę – zastanawiałem się jak to możliwe, że ktoś rozpisał moją instrukcję obsługi. Bo było tam naprawdę wszystko. Były elementy mojego charakteru, czy składowe mojego życia, których nigdy bym ze sobą nie połączył. W pewnym momencie było mi aż smutno, że coś co brałem za mój psychiczny odcisk palca i wizytówkę, jest zbadane, opisane, ma swoją nazwę i przyczynę powstania.

Nazywam się Michał Górecki. I mam ADHD.

Czym naprawdę jest ADHD?

To czym jest ADHD, czyli Attention Deficit Hiperactivity Disorder to materiał na wiele tekstów, a nawet książek, ale skoro zaszedłeś, zaszłaś tak daleko, jestem winien wyjaśnić coś więcej. ADHD to zespół różnego rodzaju zaburzeń w kilku obszarach. Aby stwierdzić ADHD, zaburzenia te muszą mieć odpowiednią siłę, musi być ich odpowiednia ilość, przyjmuje się też, że muszą sprawiać problemy, a nawet cierpienie we wszystkich obszarach życia.

Część z Was nieco mnie zna i może zastanawiać się w tej chwili – co takiemu gościowi jak ja może właściwie dolegać? I czy ktoś tak kipiący energią czy “sukcesami” może mówić o jakichś problemach? Sporo już o nich napisałem, dodam więc tylko, że tak, mogą one naprawdę być wielką przeszkodą, szczególnie gdy żyje się w dzisiejszym, uporządkowanym społeczeństwie i wykonuje tradycyjne zawody.

Pamiętaj, że na zewnątrz nigdy nie widać wszystkiego.

Spójrzcie na Robina Williamsa, czy Jima Carreya. Oni też z zewnątrz mogli wydawać się uosobieniem radości. Ale jeden z nich już nie żyje, drugi ma permanentną depresję. Nigdy nie widzisz całego obrazu, bo nie każdy dzieli się tym, co złe. Szczególnie w erze Instagrama i kolorowych foteczek, czy sukcesów na Linkedin. Abstrahując od samego ADHD jest między nami MNÓSTWO ludzi z różnego rodzaju zaburzeniami. Tak, mówię również o tych, którzy na zewnątrz wydają się przeszczęśliwi.

Po drugie osoby z ADHD często wydają się wyglądać jak definicja sukcesu!

Może dlatego, że większość z nas wydaje się radzić sobie świetnie. Albo udaje. Także przed sobą. Jesteśmy mistrzami w udawaniu i mistyfikacji. Ale jesteśmy też pełni kontrastów. I to te dobre strony ADHD widać często na zewnątrz. Bywamy zabawni, bywamy duszami towarzystwa. Znamy się na milionie rzeczy, bo nasz mózg przeskakujący co chwilę po różnych tematach każe nam je zgłębiać. Jesteśmy lepsi od większości ludzi w tysiącu obszarów. Choć w żadnym nie możemy osiągnąć mistrzostwa, bo zawsze pojawi się coś ciekawszego.

Potrafimy bezstresowo brylować na scenie, potrafimy myśleć nieszablonowo czym błyszczymy w towarzystwie i odnosimy sukcesy na wielu polach. O ile trafimy dobrze zawodowo, gdy tylko pojawi się świat powtarzalnych czynności i nudnych rzeczy – odpadamy.

Ale przejdźmy do konkretów. ADHD to zaburzenia dotyczące kilku obszarów. Zanim jednak do tego przejdę, jedna dość ważna kwestia.

To zaburzenie nie jest zerojedynkowe. To nie jest wirus, którego posiada się lub nie. To pewne cechy, które możemy umieścić na skali. To bardziej jak wada wzroku. Możesz mieć -1, czy +1 dioptrii i twierdzić, że wiesz co znaczy chodzić w okularach. Nie masz jednak pojęcia co czuje osoba mająca wadę +10. A o ADHD mówimy właśnie wtedy, gdy szereg różnych cech nasilony jest właśnie w ten sposób. Dodatkowo u osób neurotypowych nie musi to wynikać z odmiennej budowy mózgu. Każdemu może zdarzyć się coś zapomnieć.

Możesz być niezbyt wysoki. Jednak jeśli masz 150 cm wzrostu, nie oznacza to, że jesteś liliputem i osobą niepełnosprawną.

To, że bywasz czasem smutny, nie oznacza, że masz depresję. Depresja to coś o wiele poważniejszego.

Może też miałeś problemy z ukończeniem uczelni. Ja byłem na pięciu, z czego ledwo ukończyłem tylko jedną.

Może też zapominasz pewnych spraw. Ja potrafiłem zapomnieć o tym, że po wlaniu benzyny z kanistra do baku trzeba pojechać na stację benzynową. Dwa razy.
Dwa razy tego samego dnia.

Może też odkładasz rzeczy na później. Osoba z ADHD potrafi prokrastynować miesiącami lub latami. Czując psychiczną barierę i nie mogąc wykonać danej czynności.

To, że bywasz smutny, nie znaczy że masz depresję. To, że boli cię głowa, nie znaczy że masz raka mózgu. To, że masz sinusoidy nastroju nie oznacza, że masz chorobę dwubiegunową. Rozumiemy się?

A więc do rzeczy. Na czym polegają zaburzenia ADHD?

1. Impulsywność i brak koncentracji

W mózgu u większości osób z ADHD (istnieją trzy podtypy, ale o tym później), jak już pisałem, nie funkcjonuje prawidłowo między innymi obszar płata czołowego, mamy problemy z gospodarką dopaminową. Rozprasza nas wszystko i myślimy o wszystkim na raz. Trochę jakby w komputerze wciskać non stop alt-tab. Gdy do tego dorzucimy lepsze niż u innych zauważanie sygnałów z otoczenia, szybkie nudzenie się i brak kontroli emocji, dostajemy osobę, która albo non stop przerywa innym, albo w ciągu kilku sekund jest w stanie przetworzyć tyle materiału, co komputer. Często niestety mało przydatnego.

Najlepiej oddaje to fragment piosenki Wolnej Grupy Bukowiny – “moje myśli biegały końmi”. Czasem podczas rozmowy, po kilku sekundach milczenia wyskakuję z jakąś myślą kompletnie nie na temat, a gdy żona pyta skąd przyszło mi to do głowy, uświadamiam sobie, że w 10 sekund przeleciałem kilka tematów , wymyśliłem kilka projektów, przypomniałem sobie wakacje na Maderze, skalne groty, gościa którego tam spotkaliśmy oraz potrawę jaką wtedy jadłem. Zobaczyłem, że za oknem przejeżdża taki sam samochód, jaki ma mój kumpel, ale to raczej nie mój kumpel, bo on ma rejestrację BZA, a to było CSW. Co to jest CSW? C to chyba kujawsko-pomorskie, a SW to może być Świecie, a w sumie to mam kumpla, który był ze Świecia, studiował ze mną, pamiętam jak byliśmy na obozie studenckim, jednego dnia dziekan kazał nam wystawić warty, tam był taki wentylator, ciekawe co teraz u Piotrka, o ta chmura wygląda zupełnie jak parostatek.

Nie, to niekoniecznie oznacza zupełne wyłączenie się. Mój mózg po prostu procesuje tyle informacji na raz. I często nie mogę go zatrzymać.

Czy to wada? Niekoniecznie. Ale o pozytywnych aspektach ADHD będę pisał kiedy indziej. Faktem jest to, że naprawdę ciężko się skupić, gdy mózg jest gotowy, by zająć się wszystkim innym. Gdy dodamy do tego często ponadprzeciętną kreatywność, całość staje się jeszcze bardziej skomplikowana.

Nie jesteśmy w stanie bezproblemowo zajmować się powtarzalnymi, rutynowymi czynnościami.  Zdaję sobie sprawę, że u większość osób za tymi czynnościami nie przepada, ale u nas to naprawdę nie działa. Gdy neurotypowa osoba wykonuje zadanie, odhacza je na checkliście, dostaje “strzał” dopaminy. My go praktycznie nie dostajemy. A opór przed planowaniem, strukturą, wykonywaniem zaplanowanych, czy powtarzalnych czynności jest tak duży, że czasami przybiera formę niewidzialnej ściany. Wszystko chcemy na już, trochę jak małe dziecko. U mnie przeczytanie tekstu przed jego opublikowaniem jest straszliwą mordęgą, choć nauczyłem się to robić. Jednak – jak wiedzą stali czytelnicy – nadal dość często popełniam literówki. Takie z pośpiechu.

Jesteśmy za to genialni w robieniu rzeczy na ostatnią chwilę, gdy zbliża się deadline. Wtedy adrenalina działa na nas tak, że jesteśmy w stanie zrobić więcej niż przeciętny człowiek. A gdy coś nas zainteresuje jesteśmy w stanie rzucić wszystko i wejść w stan tak zwanego hiperfokusu robiąc coś na naprawdę ponadprzeciętnym poziomie. To dlatego w szkole mamy często albo dwóje, albo szóstki. Bo gdy do czegoś rzeczywiście się przekonamy, jesteśmy w tym, niesamowici. Problem polega na tym, że życie nie składa się tylko z takich projektów. Zazwyczaj składa się w większości z tych nudnych i powtarzalnych.

Jeśli kojarzysz te wszystkie historie o zdolnych geniuszach mających kiedyś problemy w szkole, to wiedz, że bardzo duża część z nich miała ADHD. Nie mówię, że jestem geniuszem (choć umiałem czytać w wieku 3,5 roku i miałem od razu przeskoczyć klasę), ale gdy oglądam moje opisowe opinie w liceum, to chce mi się na przemian śmiać i płakać. A to była Bednarska – nie wiem czy dałbym radę skończyć tradycyjne liceum.

Osoby z ADHD częściej zdradzają (znudzenie rutyną, szukanie bodźców i adrenaliny), częściej zmieniają partnerów, w połączeniu z impulsywnością jest to mieszanka wybuchowa. Kompulsywne zakupy, kompulsywne obżeranie się, decyzje na ostatnią chwilę, improwizacja. O tak, jesteśmy mistrzami improwizacji. Także z konieczności – gdy zapomnisz czegoś to często musisz wymyślić coś na poczekaniu.

Nigdy nie mogłem zmusić się do regularnego pisania tekstów na bloga, a sama myśl, że mam to planować, ustawiać, robić testy A/B, wybierać odpowiednią godzinę, zastanawiać się nad hashtagami NAPAWA MNIE ODRAZĄ. Serio. Nudne, powtarzalne rzemiosło. Z jednej strony to dla mnie takie nieosiągalne marzenie, z drugiej wiem, że nigdy bym w takiej pracy nie wytrzymał. To zupełnie nie moje rejony i może dlatego mimo 10 lat blogowania nadal działam impulsywnie i bez strategii. Dzięki temu chociaż wiem, że jest to w 100% szczere i naturalne. Nie oceniam czy dany tekst będzie miał więcej, czy mniej lajków. Piszę, bo czuję, że chcę to napisać. Bo płynie to ze mnie. Osoba z ADHD nigdy nie będziesz geniuszem zła powoli i chłodnie pociągającym za sznurki. Pociągnie wszystkie na raz, po czym gdy się poplączą urwie je wszystkie i pójdzie robić coś ciekawszego.

Agencję rzuciłem dla Koszulkowa, które jak każda firma we wczesnym okresie wykorzystywała moje wszechstronne uzdolnienia i umiejętności działania intuicyjnego.  W pierwszej fazie działało to naprawdę świetnie – jak nigdy dotąd mogłem szybko wyrzucać pomysły z mojej głowy i zamieniać je w czyn. Od pomysłu do koszulki w sklepie mijało czasem tylko 15 minut! To marzenie każdej osoby z ADHD. Niestety po pewnym czasie w każdej firmie pojawia się potrzeba tworzenia struktur, zorganizowania, korzystania bardziej z excela niż powerpointa. Zaplanowanego działania i strategii. A to już nie jest do końca mój świat.

A więc częściej niż inni nie będziemy kończyć projektów, bo zaczynają nas nudzić, także gdy nie widzimy bezpośrednich efektów działania. Będziemy myśleć pobieżnie i skakać z myśli do myśli. Robić miliony dygresji. Nie umiemy planować. Ani trzymać się planu. Mówimy szybko i często przerywamy innym. Nienawidzimy czekać w kolejkach. Zapominamy o wszystkim, szczególnie i położonych gdzieś przedmiotach, gubimy rzeczy. Robimy “czeskie błędy” i często nie czytamy dokładnie poleceń.

2. Brak kontroli emocji

Zawsze wiedziałem, że jestem bardziej emocjonalny od innych. O wiele łatwiej rozpłakuję się na filmach, właściwie wystarczy czasem kawałek muzyki, żeby chciało mi się ryczeć. Smutnej, podniosłej, jakiejkolwiek. Ale gdy jestem szczęśliwy – kipię emocjami aż do takiego poziomu, że frustruję innych.

Brak kontroli emocji może być naprawdę słabą rzeczą. Na wielu poziomach i wielu obszarach. Dzieciaki i nastolatki z ADHD o wiele gorzej radzą sobie z wieloma kwestiami na poziomie emocjonalnym. Tym bardziej gdy przechodzą przez burzę hormonów. A dorośli? Ci często reagują na wiele rzeczy właśnie jak nastolatki. W sposób wyolbrzymiony i nieadekwatny.

To oczywiście nie oznacza, że każda nadmiernie emocjonalna, czy choleryczna osoba ma ADHD, ale jeśli je ma, to jest całkiem spora szansa, że w tym obszarze będzie miała sporo problemów.

To także związane jest z budową mózgu i gospodarką hormonalną. O ile – w przeciwieństwie do wielu zaburzeń – emocje pojawiają się u nas w normalnych momentach, są to też odpowiednie emocje, to mamy problem z kontrolowaniem ich nasilenia, czy też wygaszaniem. I dotyczy to zarówno smutku, radości, złości, czy szczęścia.

Mówimy często zanim pomyślimy. Mówimy rzeczy, których żałujemy. Mówimy za dużo. Traktujemy porażki jako koniec świata. Albo totalnie się nimi nie przejmujemy. Ale gdy się zakochamy, czujemy to dziesięć razy mocniej. Niestety czujemy mocniej także to, gdy musimy się rozstać.

3. Hiperaktywność

Trzecia sfera, to sfera najbardziej kojarzona z ADHD. Paradoksalnie wcale nieobowiązkowa. Istnieje podtyp ADHD bez nadpobudliwości ruchowej, występujący szczególnie u dziewczyn i kobiet.

Wiem co możesz myśleć – dziś większość dzieci (szczególnie przebodźcowanych w dobie ekranów i nadmiaru cukru) może być rozbiegana i wydawać się nadpobudliwa, ale u tych z zaburzeniami ADHD jest to na zupełnie innym poziomie. Dodatkowo one z tego nie wyrastają. Dzieci, nastolatki, czy dorośli z ADHD o podtypie hiperaktywnym, mają fizyczną trudność, by wytrzymać na miejscu przez dłuższy czas. Związane jest to z problemami z koncentracją, ale także z potrzebą ruchu. To znowu poziom biologiczny i mówienie “postaraj się bardziej” jest trochę jak mówienie osobie z wadą wzroku “wytęż wzrok to zobaczysz”, albo osobie z depresją “po prostu się rozchmurz”.

To może być potrzeba dużego ruchu, tak jak konieczność biegania, pracy fizycznej, czy innego wymęczenia się, albo małego – drobne ruchy kończyn, obgryzanie paznokci, bawienie się wszystkim co jest pod ręką itp. Osoba z ADHD często ma poczucie pędu, nawet gdy nie ma dużo do zrobienia. Ma problemy ze snem, tiki, syndrom niespokojnych nóg, musi chodzić gdy rozmawia przez telefon, bawi się włosami, kolczykami. Oczywiście te symptomy mogą wynikać z innych zaburzeń, bo ADHD nie ma monopolu na hiperaktywność. Osobę taką może dopiero uziemić coś naprawdę interesującego. Na przykład film, czy gra komputerowa. 

U mnie akurat ta składowa nigdy nie występowała zbyt mocno. Może dlatego zupełnie nie myślałem o sobie w takich kategoriach.

Tak więc ADHD występuje w trzech głównych podtypach:

  1. ADHD – podtyp mieszany, gdy obecne są zarówno brak koncentracji uwagi, jak i nadpobudliwość psychoruchowa,
  2. ADHD – podtyp z dominującym brakiem koncentracji uwagi,
  3. ADHD – podtyp z dominującą nadpobudliwością psychoruchową.

Skąd się bierze ADHD?

Nie mam tu czasu rozpisywać się na temat wszystkich symptomów i problemów. Choć na pewno będę jeszcze o nich pisał na blogu. Ale uwierzcie mi, że mogą one być naprawdę hardkorowe i prowadzić nawet do depresji i samobójstwa. Kiedy po raz kolejny gubisz wszystkie przedmioty, wybuchasz bez większego powodu na współmałżonka, w pracy zapominasz o spotkaniu, zawalasz deadline’y i jesteś kompletnie niezorganizowany, to w końcu pojawia się w głowie myśl “może po prostu jestem popierdolony?” I tak, to wcale nie jest zabawna myśl. Potem myślisz sobie, że przecież inni też tak mają i uspokajasz się. Potem czytasz, że to wszystko wymysł. Ale po kolejnym razie próbujesz coś z tym zrobić. Raz, drugi, dziesiąty. Zazwyczaj bez skutku. I wtedy może zacząć się naprawdę słaby etap.

ADHD ma wiele pozytywnych aspektów. Trochę jak u osób z autyzmem, które czasami posiadają nienaturalne wręcz zdolności (vide Rain Man) tak i nasz mózg wydaje się być zbudowany nieco inaczej i wielu obszarach jesteśmy lepsi. Problem w tym, że często nie potrafimy tych zdolności wykorzystać, lub czujemy, że świat zbudowany tak jak teraz, ze swoim porządkiem, zorganizowaniem i powtarzalnością, nie jest dla nas. Szczególnie gdy mamy tradycyjne zawody wymagające od nas siedzenia przy biurku i powtarzaniu nudnych, rutynowych rzeczy. Za to często  brylujemy w zawodach, w których wymagane są zupełnie inne zdolności. Musimy tylko je odnaleźć.

ADHD jest mocno dziedziczne. Bardzo często diagnozie towarzyszy diagnoza dziecka lub rodzica. U nas jest podobnie – podejrzewamy, że co najmniej jedno z moich dzieci ma ADHD, gdy patrzę na moją rodzinę, to też wiem, że to jaki jestem nie wzięło się znikąd, bo wiele osób w niej przejawia cechy ze wszystkich obszarów. Samo nasilenie symptomów jest też związane z porodem i jego komplikacjami. Wcześniaki mają o wiele większą szansę na ADHD.

A o innych teoriach czym jest ADHD pisze na końcu tekstu.

Skąd się bierze diagnozę i co dalej?

Diagnozę ADHD stawia wykwalifikowany psycholog na podstawie kilku spotkań, testów i badań, a następnie psychiatra. To naprawdę nie jest coś wziętego z powietrza.

Kwestia “co dalej” wynika z naprawdę wielu czynników. ADHD nie da się “wyleczyć”. Ja sam jestem na etapie oswajania się ze sobą, pochłaniania olbrzymiej ilości książek, podcastów i Ted Talków. Układam sobie to wszystko w głowie. Wiem, że przez ostatni okres przed diagnozą cierpiałem na lekką depresję, bo tego wszystkiego rzeczywiście było za dużo i sobie z tym nie radziłem. Wyszedłem z niej bez leków, obecnie przyjmuję lek (jedyny dostępny w Polsce), który łagodzi sporą część dolegliwości ADHD związanych z zaburzeniami skupienia i pozwala lepiej funkcjonować. Ale to nie jest jakaś czarodziejska różdżka, która pomaga na wszystko. Są różne leki – większość z nich pomaga na skupienie, ogarnia nadpobudliwość, a także reguluje kwestie związane z dopaminą. Na jednych działają lepiej, na innych gorzej.

Bardzo dużo zależy od ułożenia sobie życia, od zrozumienia przez bliskich jak wygląda sytuacja. Bo naprawdę za każdym razem gdy zamykam oczy i słyszę te wszystkie głosy mówiące mi, że muszę bardziej się starać, że jestem geniuszem ale nie wykorzystuję potencjału, że powinienem się bardziej koncentrować, lecą mi łzy.

JA NAPRAWDĘ PRÓBOWAŁEM.

Setki, tysiące razy.

Jest wiele technik, choćby medytacyjnych, które próbują uspokoić nasz mózg. Jest wiele technik ogarniania czasu, które pomagają. Zresztą nie tylko osobom z ADHD. Osiągnąłem coś, co wiele osób mogłoby nazwać “sukcesem” w wielu obszarach (choć mam cholernie niską samoocenę), udało mi się zapanować nad ilomaś obszarami. Choć oficjalną diagnozę dostałem dopiero teraz, to zdawałem sobie z tego wszystkiego sprawę przez wiele lat. I uczyłem sobie z tym radzić, wypracowałem ileś mechanizmów. Nimi też będę chciał się z Wami podzielić. Myślę, że przydadzą się wszystkim osobom mającym problemy z tym o czym pisałem. Także na mniejszą skalę.

Bo jak już pisałem to pewna skala i możesz po prostu być na niej nieco w tym kierunku. Doświadczenia osób mających wadę -10 dioptri mogą pomóc tym którzy mają wadę -1. Przepraszam za tak trywialne przykłady, ale w kwestii świadomości jest dużo do zrobienia.

A może też masz ADHD?

Czy mimo moich wszelkich ostrzeżeń i przykładów nadal myślisz “to nieprawda, bo ja też taki jestem” albo “o cholera, ja też taki jestem”? A może “mój partner, partnerka to ma!” A może Twoje dziecko? Cóż, jeśli rzeczywiście jest to tak nasilone, że przeszkadza w życiu, nie można sobie z tym poradzić, to być może jest to ADHD. Szacuje się, że ma je kilka procent populacji, więc wcale nie tak mało. Możesz zrobić sobie jeden z testów online i po prostu zobaczyć ile symptomów u Ciebie występuje. Ale to tylko internet, radzę jednak pójść do specjalisty na diagnozę. Jeśli myślisz o tym, że masz problemy, to jest całkiem prawdopodobne, że jakieś masz. Psychologia i psychiatria to w XXI wieku nie jest wróżenie z fusów. Może to potrzeba psychoterapii, może potrzeba wyleczenia jakiejś traumy, może inne problemy – pijący rodzice (DDA), może zaburzenia borderline, może nawet zaburzenia afektywne dwubiegunowe, autyzm, czy schizofrenia. Warto z kimś o tym porozmawiać, a nie zostawać sam na sam ze swoimi problemami. Warto też nie opierać się na testach z netu, a już na pewno kupowaniu leków przez net “bo tak mi się wydaje”.

Ja wiem, że czekałem zbyt długo. 13 lat odkładania na później to swoisty rekord, tłumaczy mnie tylko to, że chorobliwa prokrastynacja jest jednym z objawów.

Chcę nadal być sobą

To dla mnie zupełnie nowy etap w życiu. Niby nic nowego, część bliskich znajomych zareagowała “przecież to było widać”! Może tak. Wiem teraz, że to część mnie i sama diagnoza, sama świadomość tego jak reaguje mój mózg i jaki jestem, to dla mnie ogromna zmiana. Nie winię siebie. Dużo pracy nad tym, by funkcjonować na codzień, ale łatwiej robi się to bez poczucia winy.

Trudno mi o tym pisać. To mocno osobiste wyznanie, trochę jak coming out. Także poprzedzający – jestem tego pewien – mnóstwo reakcji negatywnych. W stylu “wymyśliłeś sobie to”. Lub “taki problem to nie problem”.

Nie chcę się zbytnio zmieniać. To także jeden z powodów, z których tak długo zwlekałem z diagnozą. Bałem się, że zupełnie się zmienię. Bo choć wiele rzeczy mnie we mnie samym wku*wia, to nawet siebie lubię :)

Będę nadal człowiekiem – fajerwerkiem, będę mega zajawkowym gościem, który ma coraz to nowe zajawki i hobby. Już się za to nie winię. Wiem, że mało kto jest w stanie poczuć fazę na coś tak bardzo jak ja, gdy za coś się zabiorę. Będę też starał się kończyć to co zaczynam, choć nie będę miał do siebie zbyt wiele żalu, gdy to się nie uda. Ale gdy się uda – będę z siebie naprawdę dumny.

Będę dalej zarażał Was moimi pasjami, bo przecież nie trzeba mieć ADHD by mieć pasje. Choć ja pewnie będę miał ich jeszcze 86437862457893245 i w żadnej nie będę specjalistą. W sumie nie chcę. To musi być nudne.

Będę też starał się pomagać tym, którzy przechodzą przez takie problemy, przez jakie ja przechodziłem przez wiele lat. Chciałem nawet założyć do tego osobnego bloga (huuraaaa nowy projekt supeeer pomysł!) ale mój nauczony doświadczeniem mózg powiedział mi, żebym póki co wyluzował, więc teksty będą pojawiały się tu, choć będę korzystał z innego fanpage, bo to jednak kompletnie inny temat. O tego. Zapraszam tych, którzy mają podobne problemy, albo takowe z partnerem, partnerką, czy dzieckiem. Da się z nami żyć, choć nie bywa to łatwe. Ale przyznam szczerze, że życie w waszym mugolskim świecie jest też momentami cholernie nudne :)

Nie jestem niepełnosprawny

ADHD nie kwalifikuje się jako niepełnosprawność. Wiem, że istnieją o wiele gorsze rzeczy, które mogą kogoś spotkać. Wolałbym byście dołączyli do grupy osób, która nie neguje ADHD. Wolałbym żebyście zrobili coś ze swoimi problemami. Żebyście przyłożyli się do tego, by ludzie przestali się wstydzić tego, że byli u psychologa, czy psychiatry. Zdaję sobie doskonale sprawę, że jest milion cięższych chorób, dolegliwości, zespołów i dysfunkcji. Choć jak mówię – może być to naprawdę dużym życiowym problemem.

Ja sam nie wiem jeszcze jak je do końca traktować. Wiem, że potrafię w niektórych obszarach o wiele więcej niż typowy człowiek. Wiem, że potrafię wyjść na scenę przez dwa tysiące osób i się nie stresować. W ogóle rzadko się stresuję. Potrafię prowadzić kilkugodzinne szkolenie bez przerwy gadając. Potrafię zestawiać zupełnie niepowiązane fakty i myśleń nieszablonowo. Mieć tysiące pomysłów na minutę. Nawiązywać kontakty z obcymi ludźmi. Uczyć się języków – znam ich sześć nie licząc kilkunastu akcentów które udaję po angielsku. Zrobiłem w życiu mnóstwo rzeczy, projektów za które większość osób nawet by się nie zabrała. Niektóre nawet skończyłem :) Moje ADHD często pomaga mi dostrzec rzeczy w życiu, których nie dostrzegają inni. A jeśli to, co dostrzegam jest warte podzielenia się – wiecie, że to robię. Dostrzegamy więcej, czujemy bardziej, doceniamy bardziej tu i teraz, bo prawdę mówiąc mamy też problemy z postrzeganiem czasu. Dlatego notorycznie się spóźniamy.

Od co najmniej dwóch dekad ADHD – choć żadne poważne środowiska nie poddają w wątpliwość jego istnienia jako takiego – pojawiają się też różne teorie dotyczące jego pochodzenia, czy celu w jakim natura je stworzyła.

Jedna z teorii mówi, że ludzie z ADHD istnieją po to, by pchać świat naprzód. By być iskrą, strzałem, wektorem rozwoju. Jest wiele znanych osób, które przyznały się do ADHD, lub podejrzewa się, że je ma. Elon Musk,  Michael Phelps, Justin Timberlake, Paris Hilton, Jamie Oliver, Adam Levine, Emma Watson czy… Ryan Gosling! Jest spora szansa, że miała je większość awanturników i innych osób, które wieku temu albo bez namysłu rzucała się w wir walki, albo w wir przygód jak Robinson Cruzoe.

Dlaczego więc mimo wszystko chcemy się leczyć? Cóż, bo te zalety to nie wszystko. A nasz świat jest zbudowany tak, jak jest zbudowany. Niezupełnie pod nas. Świat w którym większość z nas musi być cierpliwa, zorganizowana i poukładana, by cokolwiek osiągnąć.

Inna, bardzo ciekawa teoria, o której napiszę następnym razem, mówi, że jesteśmy genetycznymi potomkami zbieraczy-łowców, uwięzionymi w nudnym i zorganizowanym społeczeństwie farmerów. Potomkami, u których zostało więcej genów pierwotnych. I choć na tą mającą już 40 lat teorię dziennikarza Thoma Hartmanna nadal nie ma dowodów naukowych, to czasem rzeczywiście się tak czuję. Ale o tym napiszę kiedy indziej.

Przede mną długa droga. Mogłem wkroczyć na nią wcześniej, ale cieszę się, że wreszcie to zrobiłem. A jeśli chcesz czytać o tym więcej – zapraszam na ADHDad, gdzie będę pisał o tym znacznie więcej.

Nie mam żalu do rodziców

Najważniejsze zostawiłem na koniec. Wiem, że to przeczytają. Chcę żeby to było jasne i powiem to tu, publicznie. Nie mam ani krztyny żalu. W Polsce, w latach 80 czy 90 świadomość ADHD była naprawdę mała. Nawet wśród lekarzy. Ba, nawet obecnie zdarzają się psychoterapeuci, którzy mówią, że to wymysł, albo lekarze którzy mówią, że nie zapiszą leku bo to amfetamina (bzdura!).

Dlatego nikomu do głowy nie przyszło by posłać mnie na diagnozę. Mnie również. Wiem, że się staraliście i mieliście naprawdę mnóstwo cierpliwości do mnie. Do moich ucieczek z kolejnych szkół, do hobby rzucanych po krótkim czasie, do postanowień, które nigdy mi nie wychodziły. Do słomianych zapałów. Do niecierpliwości. Do wybuchów emocji. Do tego, że zupełnie nie ogarniałem i nie ogarniam finansów. Ani żadnych kwestii urzędowych i im podobnych. Do gubienia przeze mnie setek przedmiotów i zapominania o wszystkim. Wszystko co robiliście, robiliście w dobrej wierze. Wiem to i czuję to. Chcę tylko, żebyście wiedzieli że ja naprawdę się starałem. Że chciałem wyciągać wnioski, że miałem miliony postanowień. Tylko było to znacznie trudniejsze, niż może się to wydawać.

Teraz już wiem, że to nie była moja wina.