fbpx

Rzadko ostatnio chodzę do kina. Za rzadko. W ogóle w ostatnich dwóch latach to seriale zawładnęły moim czasem przeznaczonym na oglądanie. W sumie nie wiem dlaczego – łatwiej, przyjemniej, krócej? Nie muszę wychodzić z domu, nie muszę kombinować opieki nad dzieciakami. Ale Joker – po wszystkich opiniach które widziałem w sieci – był filmem, którego nie mogłem odpuścić. I słusznie, bo jest to rzeczywiście jeden z lepszych filmów, jakie widziałem. A oczekiwania miałem dość wysokie.

To, że nie jest to film superbohaterski, pewnie już wiecie, bo mówi o tym każdy. Ten film to właściwie film jednego aktora, bo wszyscy poza Joaquinem Phoenixem grają tu role dość marginalne. I prawdę mówiąc zbudował on Jokera rzeczywiście niesamowitego – a jest to przecież swoisty konkurs aktorski, bo po roli wykreowanej przez Heatha Ledgera niejeden aktor chciałby go przebić. Czy się udało? Trudno to ocenić i prównać te postacie, bo Joker, którego tu oglądamy, dopiero niejako powstaje i jest na zupełnie innym etapie. Ale na pewno to jedna z najlepszych ról ostatnich lat.

Joker to smutny, tragiczny dramat. Dramat krzywdzonego chłopca wychowującego się z matką. Dramat pełen urojeń, chorób psychicznych i innych zaburzeń, rysowany na tle mrocznego, amerykańskiego imperalizmu lat 70. Gotham City jak nigdy przypomina tu Nowy Jork i wydaje się całkiem realne i prawdziwe.

Joaquin gra genialnie właściwie od pierwszej sceny. Jego śmiech, który właściwie jest śmiechem i płaczem na raz, to jedna z lepszych cech charakterystycznych u bohaterów amerykańskiego kina. Śmiech będący jego wizytówką i jednocześnie utrapieniem. Śmiech chorobliwy, maniakalny, upiorny. Arthur Fleck przechodzi drogę od zagubionego klauna, cierpiącego podczas swoich kompulsywnych napadów śmiechu, po początkującego bad guya. Uwielbiam „originsowe” motywy gdy pojawiają się znane już i charakterystyczne dla danej postaci elementy – tu widzimy jak powstaje jego pseudonim, zielone włosy, widzimy po raz pierwszy czerwoną marynarkę, czy namalowany na twarzy czerwony uśmiech.

Film może wydawać się monotonny i psychodeliczny, w trakcie seansu zażartowaliśmy z Soo, że to takie europejskie kino superbohaterskie. I tak trochę jest, osoby, które oczekują od 10 muzy jedynie dynamiki i akcji powinny rzecz jasna sobie odpuścić. Twórcom filmu udało się spowodować, że autentycznie bałem się co nastąpi za chwilę, co dodatkowo było spotęgowane faktem iż nie do końca wiemy co jest prawdą, a co schizoidalnym urojeniem. Film momentami trochę męczy, jeśli wiecie co mam na myśli.

Do formy zupełnie nie mogę się przyczepić – gra kolorem i ujęcia są na najwyższym poziomie, a scena gdy Arhur, a może już Joker, szykuje się do wyjścia na scenę, jest ikoniczna i przepięknie skomponowana. Muzyka – majstersztyk.

A do czego mógłbym się przyczepić? De Niro znowu jest sobą. Lubię gościa, bo trudno go nie lubić, ale mam po raz kolejny wrażenie pewnego CTRL-C, CTRL-V z jego charakterystycznymi minami i gestami. Owszem, pasował do roli, ale chyba chciałbym zobaczyć go nieco innego, bo ile można.

Drugi problem to przerysowanie szaleństwa Arthura. A może nie tyle szaleństwa, co pewnego nieogarnięcia i choroby. Oczywiście poruszamy się w uniwersum komiksowym, a całość będzie działa się dopiero za jakiś czas, ale nawet pod koniec filmu jest on bardziej zagubionym szaleńcem niż planującym ruchy villainem. Oczywiście Joker zawsze był mniej lub bardziej szalony, ale mimo wszystko stopień jego zagubienia i odklejenia od rzeczywistości nieco kontrastował mi z wizerunkiem głównego antagonisty. Miałem nadzieję na jego mocniejsze przeobrażenie się pod koniec.

Film natomiast świetnie opowiada o powodach – takich zwykłych powodach – szału i choroby, przez co jeszcze bardziej zdziera z siebie wizerunek filmu o superbohaterach. Mamy więc sytuację, które mogłaby wydarzyć się w Nowym Jorku, w zwykłej rodzinie. I pewnie nie raz się wydarzyła.

Czy film jest schematyczny? Widziałem takie recenzje i prawdę mówiąc trochę ich nie rozumiem. Nie każda historia musi być niesamowicie oryginalna – dla mnie właśnie to jest mocną stroną tego filmu. To właśnie podkreśla to, że tego typu historie mogą dziać się wokół nas. A to właśnie gra Joaquina Phoenixa zamienia to w coś niezwykłego i nietypowego.

Mocne 10/10. Nie wyobrażam sobie, żeby Phoenix nie dostał Oskara za tę rolę. Must see!

Chcesz być ze mną w kontakcie? Polub mnie na Fejsie.
Obiecuję pisać same fajne rzeczy ;)
Czasem jakieś zdjęcie burgera.