Lubisz zmiany? Ja uwielbiam. To znaczy jest we mnie część lubiąca te same ścieżki, krocząca po wydeptanych śladach, ale zazwyczaj ma ona mało do gadania – od zawsze lubiłem zmiany i dobrze się w nich czułem. Gdy moje życie nabierało zbytniej monotonii, przestawiałem meble w pokoju. Tłumaczyłem to sobie wieczną optymalizacją, ale po latach zorientowałem się, że czerpię autentyczną radość z tego, że moje meble stoją zupełnie inaczej niż do tej pory. Oczywiście po zachłyśnięciu się zmianą następował często etap dysonansu i zastanawiałem się, czy to rzeczywiście byłą dobra decyzja. Ale wtedy podejmowałem decyzję o kolejnej. I kolejnej.

Dysrupcja i wertykulacja

Znasz słowo “dysrupcja”? Po polsku to jedynie termin medyczny, jednak oryginalne “disruption” w marketingu i biznesie oznacza radykalną zmianę, czy nawet zniszczenie istniejącego modelu po to, by zastąpić go nowym. Trochę jak wertykulacja trawy na wiosnę – specjalne noże niszczą darń, która kilka dni później wygląda naprawdę opłakanie, tylko po to by ją wzmocnić, by odrosła jeszcze silniejsza.

Takich zmian w moim życiu było naprawdę sporo. Od tej największej, zarządzonej przez rodziców, czyli zmianie podstawówki. Dało mi to naprawdę dużo – zmiana otoczenia, poznanie nowych ludzi z innych dzielnic Warszawy, z innych środowisk, o innych sposobach myślenia. Później podejmowane już przeze mnie decyzje o zmianach uczelni – może nie wszystkie były konieczne, może czasem poddawałem się zbyt szybko (w walce z dziekanatokracją i bezsensem polskiego systemu edukacji), ale summa summarum dzięki temu właśnie skakaniu z uczelni do uczelni nabyłem naprawdę szerokie i solidne podstawy wiedzowe.

Bariera 1: Strach przed zmianą

O zmianie stanu cywilnego pisać zbyt dużo tu nie będę, ale później odbyły się dwie kolejne zmiany, które ukształtowały to kim dziś jestem – decyzja o wkroczeniu w branżę reklamową i zatrudnienie się w agencji, a także nieco późniejsza decyzja o przeprowadzce do Genewy. W branży marketingowej jestem poniekąd do dziś, a życie za granicą choć przez półtora roku to coś co polecam każdemu – bardzo otwiera to mózg i pozwala spojrzeć na życie z zupełnie innej strony.

Ale największą chyba zmianą w moim życiu zawodowym było rzucenie pracy w agencji i zdecydowanie się na rozwój Koszulkowo.com. Zmianą o której dyskutowało mnóstwo osób “z branży”, zmianą której do tej pory zazdrości mi w rozmowach wiele osób. Zmianą dość trudną i ryzykowną – miałem już kredyt, żonę i dwójkę dzieci, a także 35 lat na karku. Z mojej perspektywy to wcale nie jest wiek “stateczny” i taki w którym za późno na zmiany, choć czasem mam wrażenie, iż wiele osób tak myśli. Zmianą, która okazała się zmianą bardzo dobrą. Choć bałem się, naprawdę się bałem. Chyba po raz pierwszy od czasu matury ustnej z języka polskiego.

Bariera 2: Odkładanie na później

Zwykłem mówić, że nie żałuję podjętych decyzji. Zazwyczaj gdy podejmowałem decyzję, nie miałem wiedzy, którą mam dziś. Może podjąłbym daną decyzję inaczej, ale nie ma co do tego wracać. Najbardziej żałuję decyzji, których nie podjąłem zupełnie. Bo odkładałem to na później. A muszę Wam powiedzieć, że jestem niestety mistrzem odkładania na później. Do sklepu z komiksami, który prowadził mój znajomy, wybierałem się przez kilka lat, aż sklep został zamknięty. Decyzję o nauce jeżdżenia na snowboardzie odkładałem chyba… z 15 lat, by w końcu w wieku 38 lat zacząć jeździć (i pluć sobie w brodę, że nie zrobiłem tego wcześniej). Strych był zawalony od naszej przeprowadzki, czyli od prawie 4 lat, nie licząc jednego, lekkiego porządku. Któregoś dnia po prostu wstałem i go posprzątałem, co zajęło mi raptem 4 intensywne godziny.

Bo oprócz strachu przed zmianą jest jeszcze tendencja do odkładania decyzji w czasie, która okazuje się o dziwo barierą nie do przebicia. Ale trzecia bariera, która powstrzymuje nas przed zmianą to coś bardziej namacalnego, niż nasz strach, czy odkładanie na później.

Bariera 3: Hajs, hajs, bejbi

Bo kto nie chciałby mieszkać w pięknym domu pod miastem, albo wypasionym penthousie w centrum? Ewentualnie pięknym domu w centrum miasta? Kto nie chciałby zmienić samochodu na lepszy, albo na wypasiony motocykl, ewentualnie mega fajny rower ważący 5 kg? I tu rzeczywiście czas odłożyć emocje na bok i zastanowić się nad tym na co nas stać, a także na co może nas być stać.

Kiedy rzucałem pracę w agencji, dość jasno obliczyliśmy sobie jak wyglądają nasze rodzinne finanse, jak będą wyglądały nasze przychody i na co będziemy mogli sobie pozwolić. Kiedy braliśmy leasing na samochód, dość realistycznie podchodziliśmy do tego o ile miesięczna rata zwiększy obciążenie rodzinnego budżetu. A gdy podjęliśmy decyzję o zamianie domu na większy, po prostu zdecydowaliśmy się zwiększyć nasz kredyt.

Jest o dziwo spora grupa ludzi zupełnie nie akceptująca kredytów. Mówiąca że to duże obciążenie, pokazująca o ile więcej trzeba zapłacić w stosunku do sytuacji, w której kupiłoby się samochód, czy dom za własną kasę. Ja zawsze wtedy śmieję się i mówię: “To prawda, problem polega na tym, że ja tej gotówki w danej chwili nie posiadam”.

Ja wiem, że to proste, na tyle proste, że rozumie to mój 8-letni syn, ale mimo to nie mogę przebić się z tym czasem do dorosłych ludzi. Gdy biorę kredyt, w domu mieszkam od dziś. Jeśli chciałbym na niego odkładać, wprowadziłbym się do niego pewnie na emeryturze. Być może. A jako, że nie wierzę w reinkarnację, wolę z tej opcji skorzystać. Tu i teraz.

Dzisiejsza rzeczywistość internetowa jest mocno spolaryzowana – jesteśmy mocno za opcją A, lub B. Nigdy tego nie lubiłem. Nie chce więc jawić Wam się jako osoba bezkrytycznie wielbiąca wszelkie rodzaje kredytów i pożyczek, wręcz przeciwnie. To decyzja, którą trzeba podjąć z olbrzymią ostrożnością. Ale mimo to, uważam, że warto ją podjąć, bo bez niej niektóre zmiany są po prostu niemożliwe. I tak:

Odradzam – poza wyjątkowymi przypadkami – wszelkie krótkoterminowe pożyczki, szczególnie pozabankowe, z firm oferujących je “od ręki”. Ilość kruczków w umowach, oraz pewna beztroska (to nie duży kredyt, to mała pożyczka!) przy ich braniu to duże niebezpieczeństwa. To powinna być sytuacja wyjątkowa, bardzo łatwo wydaje się cudze pieniądze. Szczególnie jeśli to pożyczka, którą możemy dysponować dowolnie ,takie pieniądze bardzo szybko się “przeżera” i jedyna zmiana jaką osiągniemy to zmiana naszego nastroju oraz zmniejszony miesięczny budżet.

Karty kredytowe to świetne narzędzie dla… ludzi potrafiących z nich korzystać. One też potrafią być bardzo zdradliwe, szczególnie dla ludzi przyzwyczajonych do gotówki, którzy widząc ilość banknotów kontrolują wydatki. Zapewniam Was, że gdy kończy się limit na karcie (a zdarzyło nam się to w życiu dwa razy), jesteście PEWNI, że to błąd w systemie, bo przecież to niemożliwe, że taki limit został już osiągnięty. Niestety został. Szczególnie dziś, gdy pod kartę podpinamy różnego rodzaju usługi cykliczne, platformy do oglądania seriali, słuchania muzyki, grania i inne. Ja wolę stworzyć do tego osobne konto bieżące, zasilane moją kasą, mam nad tym większą kontrolę. Karta może być dodatkowym narzędziem, buforem przy nieregularnych wpływach i pensjach o czym pisałem ostatnio. Albo dobrym narzędziem codziennym dla ludzi naprawdę kontrolujących swoje wydatki (a spotkałem takich w życiu mało).

W końcu kredyt, czy leasing na konkretny cel, z konkretnie ustalonymi kwotami, to moim zdaniem narzędzie najbezpieczniejsze z wymienionych, choć oczywiście także warte przemyśleń, ze względy na większe zazwyczaj kwoty i okres na jaki podpisujemy umowę. To niesamowite jak wiele ludzi bierze kredyty biorąc pod uwagę obecne dochody i nawet nie przypuszczając co stanie się w wyniku takiej, czy innej zmiany ich sytuacji życiowej. Oczywiście wszystkiego nie wykluczymy, ale warto brać poprawkę na to, że może być różnie i rozpisać sobie różne scenariusze. Plusem w tym wypadku jest to, że nie wydamy tej kasy na głupoty.

Nie wpadnij w koleiny

Nikt nie mówił, że życie jest łatwe. Najlepiej żyć tak, aby kasa stale się zwiększała, ale nie stała się głównym celem w życiu. Najlepiej, by zwiększała się o tyle, byśmy mogli pozwalać sobie na zmiany w momencie w którym czujemy się zapadnięci w koleiny. Gdy jesteśmy jak ten pan o którym pisałem już nie raz – pan w szarym garniturze, z szarą teczką, z którym jeździłem całe dzieciństwo autobusem. Pan wysiadający całe życie na tym samym przystanku, mający zawsze tę samą minę, pan który jawił mi się TIR-em, który wpadł w koleiny i będzie nimi jeździł do końca życia. Nie wiem, może był (jest?) szczęśliwy, może o to mu w życiu chodzi? Ja ze swojej perspektywy wiem, że zmiana często bywa ja wertykulacja trawnika, choć może wydawać się niszcząca z początku, to prowadzi do czegoś lepszego, a monotonia życia to coś, co zabija radość, otępia i zamyka.

Na niektóre zmiany możesz sobie pozwolić od razu, do niektórych możesz potrzebować finansowania, które – jeśli wzięte jest z głową i niezbyt pochopnie – może być dobrym rozwiązaniem.

A i w moim życiu szykują się zmiany. Wpadłem trochę w koleiny, co zaczęło skutkować słabym nastrojem, częstszym zadawaniem sobie pytań o sens życia i chęcią porobienia czegoś innego. Już od początku przyszłego roku. Ale o tym na pewno napiszę w osobnym tekście :)

A ten powstał w ramach mojej stałej współpracy z BGŻ BNP Paribas.