Za każdym razem, gdy napiszę gdzieś w sieci, że byłem w Ikei, jestem pewien, że po chwili pojawi się komentarz mówiący, że IKEA się nie odmienia. Ja wtedy zawsze mam gotową odpowiedź i pytam delikwenta, czy jeździł kiedykolwiek małym FIAT :)

Tak, oba wyrazy są pochodzenia obcego, oba są nazwami własnymi. Co więcej oba są skrótowcami – IKEA to Ingvar Kamprad Elmtaryd Agunnaryd, a FIAT to Fabbrica Italiana Automobili Torino. Dlaczego więc całkiem normalne jest to, że jeździmy Fiatem, a z tą Ikeą są takie problemy? Zazwyczaj pojawia się jeszcze argument w stylu, że oni sobie tego nie życzą. Ja więc na start dwie historyjki o deklinacji.

Dwie krótkie historyjki

Pierwsza to profesor Bralczyk, który na jednym z wykładów mówił, że życzenia nie mają tu nic do gadania, jeśli ktoś ma nazwisko podlegające deklinacji i mówi ciągle, że sobie tego nie życzy, to on go deklinuje dwa razy częściej, na złość!

Druga (trochę nie na temat, ale muszę) – do asystenta Wisławy Szymborskiej, Michała Rusinka, dzwoni telefon.

– Dzień dobry, czy rozmawiam z Panem Michałem Rusinek?
– Ale ja się deklinuję!
– To ja zadzwonię później!

Deklinacja!

Deklinacja to coś na tyle charakterystycznego dla naszego języka, że robimy to odruchowo. Choć może to nieco dziwić osoby mówiące językami w których ina nie występuje. Kupujemy mąkę, a nie mąka, idziemy do sklepu, a nie do sklep, stoimy przy kasie, a nie przy kasa. Przypadków uczymy się od dziecka. Prawda jednak jest taka, że osoby, które nie studiowały kierunków humanistycznych stosują pewne zasady odruchowo, nie znając reguł. Widzę to po swoich dzieciakach i złości mojego teścia – Walijczyka – który musi sie ich uczyć, podczas gdy dzieciaki same jakoś to łapią.

I tak jesteśmy kulturalni

Zanim napiszę o samej deklinacji, chciałem tylko powiedzieć, że pod kątem językowym i tak wykazujemy się – na tle innych języków – dużym szacunkiem wobec obcych wyrazów. Dlaczego? Ano dlatego, że chociaż nie zawsze wymawiamy je poprawnie, to generalną zasadą jest to, że wymawianie ich po polsku to trochę wstyd. Faux pas. No właśnie. Każdy kto powie [fauks pas] popełnia faux pas. Prawidłowa wymowa to [fo pa]. I tak z wieloma innymi wyrazami, nie mówimy przecież [kethup] tylko [keczup] lub [keczap]. I tak dalej. Miewamy [deża wi] i to czasem [wizawi] [fłaje]. Anglicy i Francuzi o wiele częściej będą bez żenady wymawiali różne wyrazy po swojemu. Zresztą obie nacje (szczególnie Francuzi) sa przekonane o wyższości swojego języka nad innymi i nie zawracają sobie głowy takimi bzdetami ;)

Odmieniać, czy nie?

Ale wróćmy do polskiego. Otóż prawdą jest także, że pewne wyrazy inkorporujemy i zmieniamy tworząc ich polskie wersje. Czasem jest to zapis fonetyczny (fanpejdż), czasem tworzymy nasz wyraz (komputer). I chociaż różni puryści i grammar nazi zazwyczaj się wtedy strasznie pieklą, to ja uwielbiam takie procesy, bo one pokazują, że język żyje i ewoluuje. Język to tylko narzędzie komunikacji, a nie jakieś dobro rzadkie, którego zmiany są skazą na honorze.

Generalna zasada odmiany wyrazów obcych mówi, że jeśli mamy wzorzec odmiany danego wyrazu (czyli brzmi on podobnie do jakiegoś naszego) to go odmieniamy. I tyle. I to rzeczywiście brzmi naturalnie!

Dlatego często korzystamy z Facebooka (a nie z Facebook), wyszukujemy w Google’u (a nie w Google), a filmy oglądamy na Netfliksie (a nie na Netflix). Owszem, są osoby korzystające z mianownika, ale uwaga wbrew opinii niektórych nie ma policji językowej, która wtrąca za to do lochu! :)

Niestety firmy mają z tym problem. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że nie rozumieją do końca deklinacji, po drugie chcą by ich marka brzmiała zawsze tak jak brzmieć powinna! Zamach na nazwę marki jest jak dorysowanie kropki do logotypu! I często oficjalnie mówią, że ich nazwy się nie odmieniają. Tylko… równie dobrze ja mogę mówić, że księżyc jest mój.

Niestety nadal będę chadzał do McDonalda (kto mówi, że idzie do McDonald’s?!), czy … no właśnie. Najlepiej widać to przecież na markach samochodów. Tam firmy już dawno się poddały. Także w reklamach słyszymy zaproszenia do salonu Toyoty, Forda, czy Nissana. Dziwnie brzmi salon Mercedes, czy salon Opel, prawda?

Ale… to skrótowiec!

Natomiast w przypadku sklepu IKEA (proszę, jak ładnie wymusiłem mianownik) sytuacja komplikuje się o tyle, że to skrótowiec. A ich z zasady się nie odmienia. Ale… czy zawsze? No nie zawsze. Tym bardziej, jeśli nazwa jest często używana i ma formę rzeczownika, podobną do istniejących już wyrazów. Tutaj choćby „kamea”. A jeśli komuś nie wystarcza to co napisałem, powołam się na dwa autorytety, najpierw profesora Mirosława Bańko, mającego wielu fanów w sieci:

„Oprócz oficjalnej formy IKEA, używanej np. na stronach internetowych firmy, używa się też formy Ikea, której wartość marketingowa niewiele traci na odmianie (por. Ikei, Ikeę, Ikeą). Tę ostatnią polecam więc czytelnikom, których rażą konstrukcje typu zakupy w IKEA. Innym rozwiązaniem może być poprzedzanie słowa IKEA odmienionym rzeczownikiem, np. sieć IKEA, sieci IKEA itd.”

A następnie na profesora Miodka, to już raczej cios ostateczny:

Podsumowanie

To nie my musimy przystosować się do zasad innych języków w tym wypadku, a ludzie z innych krajów musza ogarnąć, że u nas deklinuje się wszystko co się rusza i na drzewo nie ucieknie, poza nielicznymi wyjątkami. Zazwyczaj wtedy gdy wyraz brzmi naprawdę dziwnie. Niech się cieszą, że nie jesteśmy Czechami, gdzie zmienia się końcówki nazwisk i mamy Joan Collinsovą i Margaret Thatcherovą :)

Pozwólcie mi więc jeździć Fiatem Barchettą, chodzić do Ikei i korzystać z Instagrama.

Jeszcze jedno!

Skoro już tu jesteś przypomnę o jednej bardzo ważnej rzeczy. Nie nadużywamy apostrofów! Wstawiamy je tylko tam, gdzie sa konieczne. Facebooka, a nie Facebook’a. Więcej o tym przeczytacie w moim starym tekście tu.

Pozdrawiam serdecznie! Szczególnie menedżerów decydujących o brzmieniu reklam. Polacy nie gęsi i deklinację mają. To nie takie straszne :)