„Im mniej elektroniki w samochodzie, tym lepiej! Jeszcze się zepsuje i będzie problem!”. Takie zdanie – o dziwo – nadal słyszę dość często, choć mamy już 2018 rok. I prawdę mówiąc przypomina mi nieco sformułowanie „telefon służy tylko do dzwonienia!”, które jeszcze kilka lat temu można było usłyszeć od wszelkich przeciwników smartfonów.

Jestem w stanie zrozumieć takie podejście w niektórych przypadkach. Gdy wreszcie kupię mojego wymarzonego Dodge’a Challengera, lub innego muscle cara, nie będę potrzebował w nim zbyt wiele elektroniki. Ba, w Wołdze rocznik 1975 – która była moim pierwszym samochodem – nie miałem nawet radia. Ale pojazd, którym poruszam się na codzień musi być naszpikowany elektroniką. Pewnie, da się bez niej żyć. Da się też żyć bez smartfona, czy laptopa. Tylko to zupełnie nie mój styl życia :) Po prostu jest wygodniej i bardziej geekowo. Skoro na codzień kocham elektronikę, dlaczego mam jej nie mieć w samochodzie?

W dylemacie „czy kupować nowy samochód” elektronika odgrywa bardo ważną rolę. Nowe samochody są oczywiście znacznie droższe, ale są też zazwyczaj ładniejsze, mają bardziej wydajne silniki (nie chcę teraz wchodzić w dysputę z tymi, którzy uważają, że 2 litry to może mieć karton mleka, zazwyczaj nie jeździli oni nawet czymś z nowym silnikiem) i przede wszystkim mają dużo więcej gadżetów.

Bo wiecie, z tą samochodową elektroniką jest niestety tak, że ona zawsze jest nieco w tyle w stosunku do tego, co dzieje się w świecie smartfonów, tabletów, czy laptopów. Nawet w najnowszych pojazdach ekrany nie są tak czułe jak ekrany telefonów, interfejsy nie są tak dopracowane, a standardy ładowania, czy dźwięku są jakby ciągle w tyle. A co dopiero gdy weźmiemy na warsztat pojazd mający pół dekady? W świecie elektroniki to cała epoka!

Udało się wyszarpnąć z parku dziennikarskiego nowego Peugeota 5008, którego zabrałem na wyjazd do Włoch. Jeździłem już nim podczas eventu premierowego pół roku temu, ale chciałem przetestować go w dłuższej trasie. Pisałem już o nim tekst na drugim blogu – właśnie tam, bo oceniałem go pod kątem samochodu rodzinnego. Bo takim właśnie jest. To znaczy jest on jednym z niewielu aut rodzinnych, którym bliżej do zgrabnego SUV-a, a nie Tatowozu czyli MPV. Ale dla mnie – ponieważ mam trójkę dzieciaków – samochód rodzinny to taki, który ma 3 isofixy w drugim rzędzie i bagażnik bliżej 1000 niż 300 litrów :)

Nie będę więc powtarzał tez z tamtej notki, postanowiłem opisać ten samochód pod nieco innym kątem – pod kątem elektroniki, a dokładniej i-cockpitu, czyli ocenić, czy taki geek jak ja jest wreszcie zadowolony z ekranów, systemów i aplikacji w niego wbudowanych. Tym bardziej, że i-cockpit jest dostępny przecież także w innych peżotach. Nie jest to oczywiście Tesla, która jest pod tym kątem doskonała, ale no właśnie. Jak jest?

Przednia deska

Dashboard jest właściwie jednym, dużym ekranem – cały jest elektroniczny. Posiada kilka trybów, które pięknie i płynnie się przełączają. Co zrobić, lubię takie animacje :) Możemy patrzeć na zminimalizowane zegary i centralną nawigację, na klasyczne okrągłe zegary, czy skupić się na trzymaniu się pasów. Całość przełączamy pokrętłem na kierownicy.

Tryb navi

Tryb klasyczny

Tryb minimalny

Nawet gdy wybierzemy tryb bez pokazanej nawigacji, ta pojawi się na chwilkę gdy będzie sygnalizować następny manewr. Ja osobiście korzystałem najczęściej z widoku nawigacji, prędkość jest wtedy też dobrze widoczna, ważne także, że widać obowiązującą na danym odcinku prędkość sczytaną ze znaków lub z danych GPS, ale to już robi się standardem.

Ekran

Ekran reaguje sensownie i jest dość czuły. Obsługuje zoomowanie dwoma palcami i przesuwanie, czego strasznie brakuje mi w starszych ekranach. Tu możemy wyświetlać różne tryby między którymi przełączamy się fizycznymi przyciskami (o których za chwilę). Ja zazwyczaj pokazywałem tu mapę w widoku z góry, podczas gdy na dashboardzie widziałem mapę w widoku prowadzenia.

Mapa

Oprócz tego mamy dostęp do sterowania dźwiękiem. Muszę przyznać, że ten udało się podłączyć całkiem szybko i bezproblemowo, co wcale nie jest standardem we wszystkich samochodach. Co więcej, podłączenie telefonu przewodem wcale nie przerywa muzyki słuchanej z obecnego źródła, jak to bywa w niektórych autach.

Z poziomu tego ekranu mamy także dostęp do różnych funkcji pojazdu – automatycznych świateł, asystenta parkowania, asystenta pasa ruchu itp. Oraz… wyboru zapachu.

Tak, ten bajer totalnie mnie rozczulił. Do wyboru mamy 3 systemowe zapachy, które są uzyskiwane przez przelot powietrza przez specjalne granulki umieszczone w szufladce schowanej w schowku pasażera.

Fizyczne przyciski

Ale to co spodobało mi się naprawde bardzo są fizyczne przyciski do zmiany trybów. Po co?

Ja już kilka lat temu pomyślałem sobie, że pełne ucyfrowienie czasem przeszkadza. Stara kuchenka z gałkami pozwalała zmniejszyć temperaturę pod garnkiem w ułamek sekundy. Płyty indukcyjne bez suwaka, jedynie z przyciskami, wymagają kliknięcia 7 razy, by zmniejszyć nastaw z 8 na 1. Piekarnik często wymaga wielu kliknięć, by ustawić w nim dany tryb. Menu, tradycyjne, ok, wybierz program, nastaw temperaturę, ok, i tak dalej.

Fizyczne przyciski zmiany trybu

W przypadku samochodu, czyli miejsca, gdzie musisz skupić się na jeździe, takie poszukiwanie funkcji w menu może być zabójcze. Dosłownie. Dlatego dobrze móc włączyć daną funkcję zwykłym klawiszem! Zupełnie jak włączenie cichego trybu w iPhone – uważam, że to o wiele lepsze rozwiązanie niż grzebanie w ustawieniach Androida.

Tryb SPORT

I teraz moi drodzy, najbardziej geekowo-growa kwestia, czyli tryb SPORT. Tryb ten, który nazywam trybem Włączaj Go Gdy Żony Nie Ma W Samochodzie, robi kilka rzeczy. Aha, od razu – nie jestem szowinistą, mówię akurat o naszych doświadczeniach :) Pewnie jest mnóstwo dziewczyn, którym podpasuje.

Tryb SPORT

A więc:

  1. Przy automatycznej skrzyni biegów zmienia biegi „na sportowo”. Testowaliśmy go w wersji GT w automacie na jesieni. W manualu biegi zmieniasz ty, ale czuć, że przepustnica reaguje inaczej, pedał gazu staje się mięciutki :) Tak, dzięki temu oczywiście bardziej szarpie.
  2. Zawieszenie usztywnia się
  3. Włącza się Flux Capacitor. No dobra, tak na serio włącza się… modulacja dźwięku silnika. Ale tylko z głośników. I teraz wiem, że dla wieku osób wyda się to głupie, ale ja się tym po prostu jaram. Bo silnik zaczyna wtedy warczeć naprawdę porządnie i choć z punktu widzenia komfortu jazdy to nie jest najlepsza rzecz, to jeśli chodzi o fun, to tak, trochę jakby ci ktoś tłumik stuningował :) Niestety nie słychać tego na zewnątrz, więc nie da się na to wyrwać żadnej blachary, ale biorąc pod uwagę, że szamochód jest sztywniejszy i reaguje lepiej na gaz, zaczynasz czuć się jak jak w grze komputerowej.

Podłączenie telefonu

I na koniec coś, co nie zadowala mnie do końca, czyli podłączanie telefonu. To znaczy było znacznie lepiej niż w Oplu (gdzie w ogóle podłączanie telefonu szło topornie), czy w Renault (gdzie działało to różnie). Parowanie przebiegło szybko i bezproblemowo. Na plus muszę też dopisać półeczkę z ładowanie indukcyjnym (choć to też już jest standardem).

Półeczka na telefon

Ale niestety standardy ładowania nadal są daleko w tyle. W epoce Quickcharge 3.0, samochody zazwyczaj ładują zwykłym prądem, co jest po prostu wolne. W długiej trasie nie ima to znaczenia, jednak często chcesz szybko doładować telefon i wtedy jedynym rozwiązaniem jest po prostu szybka ładowarka podłączona do gniazda zapalniczki.

Aha, Android Auto nie chciał mi się włączyć. Nie wiem, nigdy nie korzystałem, może to wina telefonu – ciągle wyskakiwał error .

 

Wnioski

Nie jestem Waldkiem Motodoradcą i nie jeździłem w zeszłym roku wszystkimi nowymi modelami samochodów, nie chcę też uchodzić za specjalistę od motoryzacji. Testowałem nieco samochodów rodzinnych – Fordy, Renault, BMW, czy Opla. Jeździłem też Audi, czy Subaru. I musze przyznać, że pod kątem geekowsko-kokpitowo-elektroniczym to właśnie Peugeot zrobił na mnie największe wrażenie. Brakuje nieco funkcji w stylu widoku komputera pokładowego, czy innych bajerów, ale całościowo i-cockpit robi na mnie całkiem dobre wrażenie. Jak i zresztą cały 5008.

Ale póki co nadal jeżdżę jego poprzednią, tatowozową wersją. Która pomimo 6 lat na karku nie miała ani jednej awarii. I to tyle jeśli chodzi o bajki o awaryjnych Francuzach ;)