Za każdym razem gdy w sieci pojawia się temat ograniczenia ruchu w centrum, ograniczenia ilości miejsc parkingowych, buspasów, albo – o zgrozo! – wprowadzenia opłat za wjazd do miasta, podnosi się wielki raban. „Ograniczanie wolności!”, „Nie po to zarabiam żeby jeździć śmierdzącymi autobusami!” Zestaw argumentów jest zawsze taki sam i ma jedną wadę. Można go scharakteryzować krótko: „Ja, ja, ja!”. Nie są to argumenty próbujące rozwiązać problem korków, czy smogu. To argumenty egoistyczne, skupione głównie na prawach jednostki, kompletnie, ale to kompletnie nie adresujące problemów. A problemy przecież istnieją, jest ich coraz więcej.

Prrrrr.

Ale zanim rozwinę myśl, muszę wyjaśnić jedno. Nie jestem archetypicznym „bananowym lewakiem”, z którego chcielibyście się pośmiać. Typem przemierzającym miasto na holenderskim rowerze z bagietką w koszyku. Hipsterem dla którego Warszawa zaczyna się na Muranowie, a kończy na Mokotowie. Mam prawo jazdy od ponad 20 lat, trójkę dzieci, którą zazwyczaj wożę samochodem i niezbyt często wyjmuję rower z garażu (choć z tego akurat dumny nie jestem).

Co więcej, śmieję się trochę z gości, którzy twierdzą, że mógłbym z dzieciakami jeździć wszędzie rowerem, także w zimie. Albo pakować ich za każdym razem w autobus. To rzeczywiście mówią zazwyczaj osoby młode, które nie mają jeszcze prawa wiedzieć, że dla rodzica każda jazda z dzieciakami to wyprawa, a jazda zbiorkomem nawet w obrębie jednej dzielnicy może być obecnie straszna, nie mówiąc już o wycieczce z Targówka na Ursynów. A taki wyjazd zimą przypomina wyprawę na Biegun Północny.

Jeżdżenie samochodem jest cholernie wygodne. Mam dużego, rodzinnego Peugeota, ale prawda jest taka, że o ile na rodzinne wyprawy nie ma on zbyt dużych alternatyw (chyba, że mamy dużo czasu), o tyle jeśli chodzi o wyjazdy samemu, lub nawet we dwójkę z żoną, coraz mniej się to nam opłaca. I wcale nie chodzi o koszty paliwa. Ostatnio moja wyprawa na spotkanie w centrum trwała 15 minut. Nie licząc parkowania. Bo to trwało …prawie 40 minut – kompletnie, ale to kompletnie nie mogłem znaleźć miejsca do parkowania. A to tylko Wola – każdy kto był ostatnio w okolicy Saskiej Kępy wie dobrze, że tam polowanie na miejsce może wyglądać jeszcze gorzej.

I wiecie co? Jest coraz gorzej. Od 5 lat pracuję z domu i unikam wyjeżdżania samochodem w godzinach szczytu (nie licząc porannego odwiezienia dzieci do pobliskiego przedszkola). Gdy ostatnio zostałem zaskoczony przez korek o 17.00 nie wierzyłem jak wiele zmieniło się przez ostatnie pół dekady.

Pamiętam parking pod blokiem mojego wujka na Targówku w latach 80. Miał jakieś 10 miejsc. Potem założono tam parking osiedlowy. Dziś jest ich kilka, a cała ulica zastawiona jest z obu stron samochodami. To nie jest zbyt skomplikowane, musimy zaakceptować fakt, że samochód, który był w latach 80 mimo wszystko luksusem, dziś jest dla większości rodzin normą. W dużych miastach nie jest też wcale specjalnie nadzwyczajne posiadanie dwóch pojazdów. Dodatkowo miasta rozrastają się (i niestety rozlewają) w zastraszającym tempie. A choć na nowe osiedla zawsze znajdzie się miejsce, centra miast nie są z gumy, a to właśnie tam – albo do skupisk biurowców typu „Mordor” ciągną wszystkie samochody.

CO DALEJ?

Teraz, drogi czytelniku, należy wykonać dość karkołomny wysiłek umysłowy i przejść od stanu „ALE JA MAM PRAWO!” do zastanowienia się „CO DALEJ?”. Dopóki samochodów było mało, problem nie był specjalnie duży, obecnie duże miasta zaczynają przypominać jedną z Wysp Nonsensu XIII księgi Tytusa Romka i A’Tomka. No właśnie, co dalej?

Ta nieliczna grupa dyskutantów, która wznosi się ponad „ALE JA MAM PRAWO!!!” próbuje podawać rozwiązania tych problemów. A problemów jest przecież dużo.

  •  Zapchane centra miast. Korki, w których utyka straż pożarna i karetki.
  •  Zanieczyszczenia i smog generowane przez samochody.
  • Zapaskudzone na szaro budynki, których elewację trzeba wymieniać co kilka lat.
  • Niekończące się parkingi, które zamieniają nawet ładne ulice w koszmar.
  • Wypadki powodowane przez wkurzonych, stojących w korkach kierowców – najczęściej podczas skrętu na skrzyżowaniu.

Dlaczego zmniejszacie ilość pasów?!

Największy opór budzą wszelkie ruchy w kierunku oddania miasta niezmotoryzowanym – buspasy, wynoszenie przejsć dla pieszych na górę, czy zmniejszanie szerokości ulic. No bo jak to? Na odwrót! Trzeba poszerzać!
I wiecie co? Ja też zawsze tak krzyczałem. Bo to przecież logiczne – więcej pasów, więcej miejsca, mniej korków. Do czasu zagłębienia się w badania. Bo badania w tym temacie były już oczywiście przeprowadzone, robiono je przede wszystkim w USA, gdzie problem nadmiernej ilości samochodów uderzył już dawno. I jak zwykle okazało się, że warto wierzyć w badania i doświadczenia innych niż w „widzimisię”.

Powszechny przykład podawany w dyskusji to zwiększenie średnicy rury – większa rura, taka sama ilość wody, mniejsze ciśnienie wody, rura zapełniona w połowie i tak dalej. Logiczne? Tak. Tyle, że nie. Otóż ten przykład pomija najważniejszy aspekt. Podaż wody. To znaczy pojazdów.

Wiesz dlaczego w deszcz są zawsze korki? Wbrew powszechnej opinii wcale nie chodzi o „kierowców jeżdżących jak pi*dy”. Otóż istnieje bardzo duża liczba kierowców, którzy codziennie podejmują decyzję, czy jechać gdzieś zbiorkomem, czy samochodem. I ta grupa podczas brzydkiej pogody decyduje się na samochód. Tajemnica rozwiązana?

To własnie ta grupa jest odpowiedzią na nurtujący nas problem – oprócz ludzi, którzy zawsze, zawsze wybiorą samochód (nawet na imprezę – najwyżej wrócą zamawiając nocnych kierowców) oraz tych, którzy samochodem nie jeżdżą bo po prostu go nie mają, istnieje całkiem pokaźna grupa podejmująca tę decyzję na bieżąco. Ze względu na różne czynniki. I wiecie co? Ja też jestem w tej grupie. Coraz częściej do centrum jeżdżę taksówką lub Uberem, w lecie zazwyczaj skuterem, a czasem metrem. Bo nie muszę szukać miejsca do parkowania. A także – jeśli chodzi o skuter i metro – stać w korkach.

Ktoś to zbadał

I właśnie ta grupa, a właściwie jej wybory, to czynnik, który często nie jest uwzględniany podczas rozszerzania ilości pasów. Badania prowadzone w 2009 roku na Uniwersytecie Toronto przez Matthew Turnera i na Uniwersytecie Pensylwanii przez Gilles Durantona, pokazały, że zwiększenie ilości pasów o 10% powodowało… zwiększenie ilości ruchu o 10%. Obie liczby szły zawsze łeb w łeb – każde poszerzenie ulic i zwiększenie ilości dostępnego miejsca powodowało analogiczny wzrost ilości pojazdów.

Rozumiesz już więc, że krzyczenie „Ja, ja, ja!” nic nie pomoże, nie pomoże też budowanie ulic przez środek miasta. Rozwiązania, które mogą zadziałać powodują niestety wyjście ze strefy komfortu. A to zawsze powoduje opór. A jakie to rozwiązania?

 

1. Droższe parkingi

Tak, to moim zdaniem mus. To skłoni kierowców do większego zastanawiania się, czy rzeczywiście w dane miejsce muszą jechać samochodem. Dziś to decyzja dość prosta – mam, to jadę. Większość nie zastanawia się nad tym, że być może będzie dość długo szukać miejsca do parkowania. Gdy dojdą znacznie większe opłaty, kierowca zacznie się zastanawiać czy nie warto pojechać tam metrem, autobusem, rowerem, albo nawet taksówką. A może z kimś? Jeżdżenie do pracy i zostawianie samochodu na cały dzień po prostu przestanie być opłacalne.

Grudzień. Obrzeża Sztokholmu. Jest wcześnie rano, stoję z moją mieszkającą tam siostrą na stacji kolejowej, zimno, śnieg. Mają dwa samochody, jednak do pracy jeżdżą pociągiem i metrem. Dojeżdżają samochodami na stację i zostawiają je tam, jak większość mieszkańców.
– Marta, nie jest ci jakoś dziwnie, że macie samochody, a jednak nie korzystacie z nich jeśli chodzi o dojazd do pracy?
– Nawet się nad tym nie zastanawiam. Tak jest i już. Przecież wiesz, że to by się kompletnie nie opłacało.
To prawda. Wiem. Raz zaparkowała w centrum – poszliśmy do restauracji. Po 3 godzinach zapłaciliśmy za parking jakieś 300 złotych. Podobnie było w Genewie w której mieszkałem prawie dwa lata – do samego centrum nie było często sensu brać samochodu. Autobusami do pracy w centrum dojeżdżali tam nawet niektórzy menedżerowie. Parkingi były po prostu zbyt drogie.

W Warszawie parkingi są śmiesznie tanie. Pamiętam raban, kiedy wprowadzano parkometry, dziś nikt się temu nie dziwi, jednak pustki po wprowadzeniu opłat szybko się wypełniły. W większości wypadków nadal nie ma problemów z taką opłatą. I tak, uważam, że ich podniesienie jest jednym z rozwiązań.

2. Opłaty za wjazd do miast

Dość kontroweryjną, podnoszoną ostatnio kwestią jest opłata za wjazd do miasta. Ona oczywiście wywołuje wielki raban, bo jak to tak płacić za coś, co do tej pory było darmowe. Krzyczą oczywiście znowu osoby myślące głównie „ja, ja, ja!”, nie myślące za to zupełnie systemowo o rozwiązaniu problemu korków.

Opłata za wjazd do miasta obowiązuje już w wielu miastach i rzeczywiście ogranicza ilość wjeżdżających ta pojazdów, tak samo jak opłata za parkowanie ogranicza ilość parkujących w danym miejscu samochodów. W przypadku gdy jest ona uzależniona od pojemności silnika i ilości generowanych spalin, dodatkowo reguluje kwestie zanieczyszczeń w mieście.

Opłata taka też kazałaby dwa razy pomyśleć nad tym, czy rzeczywiście w dane miejsce musimy jechać samochodem.
To oczywiście faworyzowałoby osoby bogatsze, ale trudno – pomimo moich centrolewicowych poglądów nie wyobrażam sobie zupełnego wyeliminowania takich kwestii, oprócz ulg dla wybranych grup obywateli.

3. Lepsza komunikacja zbiorowa

Wiele osób mówi „zgadzam się, ale dzisiejsza komunikacja zbiorowa woła o pomstę do nieba!”. Trochę tak. Ale to wszystko kwestia punktu odniesienia, przyzwyczajenia oraz właśnie wyjścia ze strefy komfortu. Ja pamiętam autobusy w latach 80, to dopiero był hardkor. Stare rzęchy, tłum ludzi, czekanie po pół godziny lub dłużej na przyjazd. Dziś sytuacja jest o wiele lepsza, bez porównania.

Choć rozumiem, że jest jeszcze dużo do zrobienia. Największy opór budzą rozwiązania, które zmniejszają dotychczasowy komfort. A ten w porównaniu do samochodu jest znacznie mniejszy. Choć tak być nie musi – jeśli weźmiemy pod uwagę transport dalekobieżny, ja o wiele bardziej wolę pojechać gdzieś pociągiem – mogę czytać książkę, korzystać z komputera, czy zjeść pyszny obiad w Warsie. W samochodzie spędzie porównywalnie dużo czasu, zapłacę zazwyczaj więcej za paliwo, w dodatku stracę mnóstwo nerwów. Czy więc zmniejszam komfort? Nie. W niektórych kwestiach nawet go zwiększam. Czy możemy doprowadzić do takiej sytuacji przy transporcie miejskim? Pewnie tak, ale póki co czekanie na autobus na przystanku w mróz, tłok, czy konieczność wielu przesiadek na pewno nie są czymś wygodnym.

Nie wiem jak wygląda sytuacja w innych miastach, ale w Warszawie jest już naprawdę nieźle, co potwierdzają osoby właśnie porównujące ją do komunikacji gdzie indziej. Oczywiście wszystko jest kwestią punktu odniesienia, autobusy w Genewie sa bardziej punktualne i schludniejsze i pewnie także u nas można w tej kwestii zrobić jeszcze wiele. Szczególnie w kwestii parkingów Park and Ride, które są podstawą dla kierowców samochodów – wygodne zostawienie samochodu i przejście do metra to podstawa wygodnej jazdy. Obecnie bardzo różnie z tym bywa.

Kolejna kwestia to integracja transportu kolejowego. Uwielbiam w wielu miastach Europy fakt iż w sumie nie wiem nawet do końca czy mam jechać pociągiem, czy metrem – wszelkie kolejki miejskie, podmiejskie czy metro są tak ze sobą systemowo połączone, że wszystko zdaje się jedną wielką siecią komunikacyjną. U nas podróż pociągiem to jeszcze ciągle wielka przygoda z szukaniem toru, peronu i takich tam, szczególnie dla obcokrajowców.

Jak już pisałem – istnieje duża grupa ludzi korzystająca naprzemiennie z samochodów i komunikacji zbiorowej, istnieje grupa, która z różnych względów nie chce nią jeździć. Nie ma problemu, to także grupa, którą zazwyczaj spokojnie stać na taksówki, czy Ubera. I w przyszłości pewnie te bogatsze osoby będą korzystały właśnie z usług transportowych (często robią to już teraz), do czasu pojawienia się automatycznych samochodów jeżdżących od punktu A do punktu B.

4. Ułatwienia dla jednośladów

Od ośmiu lat, od wczesnej wiosny do późnej jesieni poruszam się po Warszawie skuterem. To genialny sposób przemieszczania się. Po pierwsze po tylu latach nadal przysparza mi sporo radości, po drugie omijanie korków i parkowanie są o wiele łatwiejsze. Zajmuję też o wiele mniej miejsca i generuję o wiele mniej spalin. I chciałbym, by następny skuter był elektryczny, bo czemu nie? W korkach nie liczy się prędkość, a możliwość łatwego wymijania pojazdów.

Ostatnio udało się przewalczyć w Warszawie możliwość poruszania się skuterami po buspasach, co jeszcze polepszy sytuację skuterów i motorów w miastach.

Z rowerami to osobna historia. Z jednej strony mamy mimo wszystko beznadziejny stan infrastruktury rowerowej. Nie zdawałem sobie z tego sprawy dopóki po kilku ładnych latach przerwy nie wsiadłem znowu na rower. Najcięższą rzeczą w poruszaniu się rowerem po mieście jest śledzenie czy ścieżka jest, czy jej nie ma, czy mogę chodnikiem, czy musze chodnikiem, czy musze ulicą, czy muszę ścieżką. Co chwilę kończą się one i zaczynają. Dramat.

Po drugie jeżdżenie ulicami na rowerach jest dość niebezpieczne – polskim kierowcom bliżej do tych z Azji niż cywlizowanych części Europy i wypadki z rowerzystami są czymść częstym.

Winni niestety są także rowerzyści, którzy często nie mają żadnego pojęcia o kodeksie drogowym. Wjeżdżanie na przejście dla pieszych na rowerze, czy nagminne jeżdżenie po chodniku to standard.

5. Obwodnice i wylotówki

Miasta nam się rozlewają. Warszawa ma tyle mieszkańców co Barcelona, choć ma kilka razy większa powierzchnię. To skutek nieumiejętnie prowadzonej polityki urbanizacyjnej. Niestety przy tak dużej powierzchni poruszanie się po niej jest bardzo ciężkie, a dojazd z jednego krańca na drugi tylko komunikacją zbiorową to wyprawa. Dlatego mimo wszelkich ograniczeń w centrum, poruszanie się po jej zewnętrznych częściach samochodami powinno być łatwiejsze. Obwodnice, czy szerokie wylotówki z miast powinny być standardem.

Rozumiem ograniczenia ruchu, natomiast metropolia musi mieć sieć dróg pozwalającą przedostać się z punktu A do B, choćby na około.

6. Parkingi!

Jeśli w mieście ma istnieć ileś stref z ograniczonym ruchem samochodowym, chciałbym mieć możliwość łatwego zostawiania pojazdu. A z tym niestety jest ciągle dość ciężko. W Genewie istnieje mnóśtwo piętrowych parkingów podziemnych, w Warszawie praktycznie ich nie ma. Podobno pod ziemią biegnie zbyt dużo kabli, co do których nie wiadomo do czego służą. Nie wiem czy to nie miejska legenda, ale może warto się tym zająć? Wiem, że to może kiepski interes dla prywatnego biznesu, ale nie wiem czy to powinno być wyznacznikiem działań dla miasta.

Poza tym nie oszukujmy się, parkowanie wszędzie gdzie się ta powoduje, że miasto jest PASKUDNE. Parkowanie powinno być możliwe tylko w wyznaczonych strefach.

7. Opłaty za drogi

Wspomnieni panowie dają jako najlepsze rozwiązanie wprowadzanie opłat za drogi wraz z zapotrzebowaniem na ich użycie. Dynamiczny model, jak w Uberze. Teoretycznie by to działało – wzrost ceny zmniejsza popyt. W praktyce jednak, póki co, zupełnie tego nie widzę. A na pewno władzy, która odważyłaby się to wprowadzić :)

Tak więc

Drogi obrońco transportu samochodowego, zwolenniku dodawania kolejnych pasów i zwiększania ilości miejsc parkingowych w mieście – podaj proszę swoje propozycje. Ale propozycje, a nie jęczenie „mnie się należy!”. Przepraszam, ale nic ci się nie należy. Miasto jest dla wszystkich i jedyne sensowne rozwiązania to takie, które usprawnią poruszanie się po nim, a nie doprowadzą do sytuacji, w której miasto będzie totalnie niedostępne i nieprzejezdne. Tylko proszę – odnoś się do istniejących badań, a nie abstrakcyjnych przykładów z rurami.

A na deser 8. Więcej deptaków!

Tak, to coś czego brakuje mi w Warszawie bardzo i za każdym razem gdy wyjeżdżam do miast włoskich, szwajcarskich czy francuskich, myślę sobie jak bardzo chciałbym większej ilości deptaków. Części miasta oddanych ludziom, a nie samochodom. Z kawiarenkami, placami po których dzieciaki mogą się wybiegać. Części miasta tętniących życiem, a nie warkotem samochodów. Oczywiście dobrze skomunikowanych.

I takiej przyszłości, a nie tej z Tytusa Romka i A’tomka sobie, i Wam życzę.

P.S. Pisałem o tym, że często poruszam się po mieście autobusem i hulajnogą, a także o tym, że staram się często wybierać rower (choć różnie z tym wychodzi niestety). Z dziećmi niestety boję się jeździć po mieście i raczej wzdłuż ulic nie jeździmy :(