Nie pamiętam kto i kiedy wytłumaczył mi pojęcia lewicy i prawicy. Prawdopodobnie nikt. Pamiętam za to dobrze, że mocno stroniłem od wszystkiego co kojarzyło się z lewicą. I wcale nie mówię o czasach zamierzchłych – a przecież końcówkę PRL pamiętam dość świadomie. Mówię o czasach dość niedawnych – wystarczy, że cofnę się na mojej fejsbukowej osi czasu o jakieś pięć lat i poczytam niektóre ze swoich wypowiedzi. Dlaczego?

Dlatego, że nie do końca wiedziałem co się za tym pojęciem tak naprawdę kryje. Żywiłem dość zrozumiałą niechęć do wszystkiego do kojarzy się z PRL. Ustrojem, który co prawda mnie osobiście specjalnie nie zdążył dotknąć, ale mimo wszystko ustrojem złym i zbrodniczym. Lewica, socjalizm, komunizm, PRL – tak, choć słowa “lewactwo” się wtedy nie używało, to właśnie takie proste, czy wręcz prostackie myślenie zachodziło w mojej głowie. Lewo i prawo. Źli i dobrzy.

W moim prostym modelu, lewica uosobiała wszystko co wiąże się z “komuną”, a prawica… no właśnie. Tu nie byłem pewien niczego, a im więcej lat miałem na karku, tym bardziej mi to wszystko się mieszało. Bo jak bardzo nie chciałbym tego poukładać wokół jednej osi, to zupełnie mi się to nie kleiło. Dlaczego Kuroń choć zwalczał komunę miał dość socjalne poglądy? Jak oni się wszyscy dogadywali? A Solidarność to przecież związek zawodowy, więc jednak socjal… eeee.

Moje poglądy powoli ewoluowały na skutek obserwacji, lektur i dyskusji w sieci, a dwa ostatnie lata, poukładały mi w głowie wszystko na tyle, bym mógł jasno określić poglądy jako lewicowe, a dokładniej socjaldemokratyczne. Choć… jak już nie raz się przyznawałem, zdażyło mi się (co prawda wieki temu ) głosować na Janusza Korwin-Mikkego. Dziś chciałbym opowiedzieć Wam jak i dlaczego wyglądała moja droga oraz układanie tego w głowie.

Uporządkujmy pojęcia

Nie mam tu czasu na dokładne tłumaczenie czym jest lewica i prawica, napisałem jakiś czas temu odrębny tekst w którym opisałem dość prosty (jednak znacznie bliższy rzeczywistości) model dzielący rzeczywistość na cztery, a nie dwa obozy. Podział TYLKO na lewicę i prawicę nie ma dziś zupełnie sensu, bo o ile na siłę można prawicą nazwać wszystkich posiadających konserwatywny światopogląd, o tyle po drugiej stronie znajdzie się zarówno lewica (Razem) jak i liberałowie (Balcerowicz), którzy w sprawach gospodarczych zupełnie, ale to zupełnie się nie dogadają!  Tym bardziej, ze spora część nazywających siebie prawicą, w tym przecież PiS, ma lewicowe (socjalne) poglądy gospodarcze. Ale z przekory i nieco ironicznie, nazywam siebie lewakiem, a już na poważnie – socjaldemokratą.

Tak więc gdy będę w tym tekscie posługiwał się terminem “lewica” będę miał na myśli właściwie dwa poglądy:
1. Liberalizm światopoglądowy rozumiany jako przeciwieństwo konserwatyzmu światopoglądowego.


oraz
2. Socjalne podejście do rynku, rozumiane jako przeciwieństwo zupełnie wolnego rynku.

I znowu – nie będę tego dokładnie rozwijał, zrobiłem to w poprzednim tekście. Odnosząc się do niego – jestem obecnie w lewej ćwiartce, choć jednak dość blisko centrum. Jeśli chcesz to dokładniej zrozumieć, przeczytaj tamten tekst.

Byłem najpierw w prawej ćwiartce, potem w górnej, teraz w lewej.

Dwie bardzo ważne uwagi!

Po pierwsze zaraz zjedzą mnie politolodzy wyskakując z różnymi teoriami. W ten sposób można utonąć w dyskusji akademickiej. Ja postępuję tu dość prosto – wiem, gdzie jest prawica A.D. 2017 (samozwańcza nieco, ale jednak) i wiem, gdzie ja jestem. Diagramy, które pokazuję, czyli diagramy Nolana i podział na umowne 4 obozy to uproszczenie, ale są konieczne, żeby zrozumieć, że oprócz lewicy i prawicy są dwie ich mieszanki, czyli liberałowie i narodowcy.

Pamiętajcie też, że wszystko jest względne. Przytaczałem już nie raz przykład Angeli Merkel, która dla wielu osób w Polsce wydaje się lewicowa, a jest w rzeczywistości szefową partii prawicowej – konserwatywno liberalnej. Wszystko jest względne, dla Eskimosa +10 stopni to upał, dla mieszkańca Kongo to ziąb.

Gdybym spotkał dziś 20 letniego Michała Góreckiego i spytał go o światopogląd i podejście do gospodarki, prawdopodobnie usłyszałbym, że jest konserwatywny światopoglądowo oraz liberalny gospodarczo, czyli wierzy w wolny rynek. Pierwszym krokiem było uświadomienie sobie, że w sumie to żadna ze mnie konserwa.

Dlaczego jestem lewicowy światopoglądowo?

Trudno jest dość jasno wymienić składniki bycia światpoglądowym prawicowcem i lewicowcem, czyli osobą konserwatywną, czy liberalną. To pewne spektrum poglądów znacznie wykraczające poza taki podział, to nie dwa pudełka do których można jasno wrzucić pewne kartki z odpowiednimi #hashtagami. Ostatnie dwa lata jednak dość ułatwiły sprawę – grupa osób nazywająca swoje poglądy prawicowymi sama zdefiniowała się w taki sposób, że kompletnie, ale to kompletnie nie chcę do niej należeć. Ułatwili mi sprawę. To nie jest specjalnie trudne, wystarczy wejść do dowolnej dyskusji toczącej się w konserwatywnych mediach.

Z dyskusji tych dość jasno wyłaniają się następujące poglądy:

Twardy katolicyzm. Często narzucany, mocny związek kościoła z państwem. Brak stawiania innych religii na równi, z katolicką. Katolicyzm osądzający, a nie obejmujący. Dalszy Tygodnikowi Powszechemu, czy nawet Papieżowi Franciszkowi, a bliższy Frondzie. Zakaz antykoncepcji, invitro, klauzula sumienia.
To zupełnie nie moja bajka. Tak, jestem katolikiem, jednak poglądy tak zwanych prawicowych publicystów są mi zupełnie, ale to zupełnie nie po drodze. Uwielbiam poglądy obecnego Papieża, czy wyważone poglądy Tygodnika Powszechnego. “Mój Jezus” to gość pełen zrozumienia, współczucia i ofiarności, a nie jakiś kowboj z biczem na “lewaków”. Wiara jest dla mnie osobistą sprawą każdej osoby, a narzucanie jej siłą to średniowiecze.

Niechęć do mniejszości seksualnych. Rzecz mi zupełnie obca – znam gejów, znam lesbijki, znam osoby biseksualne. Głupio nawet pisać mi takie oczywistości – to nie jest kwestia ostatnich lat, od dawna nie miałem z tym żadnego problemu. Nie uważam, by homoseksualizm był chorobą, by był zaraźliwy, nie wyznaję żadnych innych głupstw w tym temacie. Homoseksualizm był obecny od dawna w naszej kulturze i prawdę mówiąc na przestrzeni dziejów traktowany znacznie lepiej niż dziś przez wiele środowisk. Owszem, byłem wychowany tak, że widok całujących się mężczyzn jest dla mnie bardzo dziwny i budzący różne dziwne uczucia, ale wiem, że to kwestia środowiska w jakim się dorastało.

Bagatelizowanie problemów na tle rasowym, poglądy narodowe. Nigdy nie miałem poglądów narodowych. Od dziecka znałem wiele osób z innych krajów, sam fakt iż kolor skóry miałby warunkować cokolwiek poza kwestią opalania się wydaje mi się niedorzeczny. Co więcej, im dłużej żyję, tym bardziej drażni mnie nasza narodowa megalomania – przez to jak skrzywdziła nas historia, wmawiamy sobie, że jesteśmy tak bardzo wyjątkowi, co jest oczywistą bzdurą. My – najlepiej biali katolicy.
Historia Polski to właśnie historia multi-kulti, tu, w Warszawie blisko mnie, w jeden kamienicy żyli Polak, Rosjanin, Niemiec, czy Żyd. Czterech różnych wyznań. To była prawdziwa przedwojenna rzeczywistość, a rasowe i religijne wyczyszczenie kraju możemy zawdzięczać Hitlerowi, czy Stalinowi.
Owszem, problemy starć kultur, czy migracji ZAWSZE były trudne i prowadziły do różnego rodzaju spięć. Jednak totalna segregacja, szczególnie w dzisiejszym świecie, jest absurdem. Ja na przykład mogę mieć o wiele większy problem z Polakiem katolikiem, dresem i złodziejem urodzonym 100 metrów ode mnie, niż z ciemnoskórym autorem ksiażek, który dopiero co przyjechał do Polski, lub profesorem matematyki, który uciekł ze zburzonego w wyniku działań wojennych miasta.
W ogóle uważam, że poglądy czysto narodowe to przeniesione oczko wyżej poglądy z gatunku “jestem lepszy bo urodziłem się w Warszawie, a nie przyjechałem do niej”. Oba podejścia są dla mnie równo idiotyczne.

Europa. To kolejny temat rzeka, ale znowu o wiele bliżej mi do idei wspólnej Europy – oczywiście z zachowaniem pewnych odrębności, niż rzeczywistości twardych granic między krajami i przede wszystkim narodami. Granice na przestrzeni dziejów zmieniały się niejednokrotnie i nie jest to taka prosta sprawa, a biorąc pod uwagę mniejszości narodowe i inne zaszłości historyczne – jeszcze bardziej skomplikowana. Jestem fanem Unii Europejskiej i uważam wszelkie wymysły na temat upadku wartości za totalne bzdury, nie mówiąc już o kwestii imigracji o której jeszcze wspomnę słówko – tu tak zwana prawica zajmuje się głównie powtarzaniem legend.

Bagatelizowanie kwestie ekologii, transportu miejskiego, czy globalnego ocieplenia. W każdej dyskusji na jeden z tych tematów, pojawiają się przedstawiciele nurtów, które z jednej strony trudno wrzucać do jednego worka z napisem prawica, choć… przecież właśnie w tych dyskusjach zawsze pojawia się argument, że to “wymysły lewactwa”. To ja w takim razie jestem lewakiem. Każdemu z tych zagadnień należy się osobny tekst, jednak dość jasno wiem po której jestem stronie.

Nie, zagrożenia środowiska to nie wymysł “ekologów oszołomów”. Tak, dekadę temu pewnie byłbym skory używać takich określeń, w sumie… nie wiem dlaczego. Zastanawiam się skąd w ludziach bierze się taka chęć zajmowania stanowiska w sprawach o których nie mają zielonego pojęcia. Bo tak fajnie wyobrazić sobie ekologa oszołoma i zrobić po nim pojazd. Fakty jednak mówią co innego i gdy zacząłem słuchać naprawdę przedstawicieli świata nauki, a nie jakichś dziwnych gości kontestujących wszystko, to rzeczywiście przekonałem się, że jesteśmy z klimatem w ciemnej dupie. Kurde nie trzeba daleko sięgać, nawet smog – który jest faktem – nazywany jest często w komentarzach w prawicowej prasie “wymysłem lewactwa”. Wszystko opada.

Jeśli chodzi o transport miejski, to znowu trudno wiązać to ze światopoglądem, ale to jednak środowiska lewicowe dość mocno postulują ograniczenie ruchu samochodowego i inne rozwiązania w tym zakresie. Tu długo dojrzewałem, by wreszcie dojść do poglądu, że nie liczy się tylko moja wygoda, a to co realnie możemy ugrać. Mam wrażenie, że większość “petrolheadów” nie myśli zupełnie w kategoriach “jak rozwiązać problem korków”, nie mówiąc już o czytaniu badań i wyciąganiu z nich wniosków. Ja, ja, ja. Ja i moja wolność, ja i mój samochód. Tak, jeśli chodzi o kwestie miejskie jestem mocno lewicowy, ale o tym powiem przy opowiadaniu o gospodarce.

Szowinizm. Jestem feministą i to w sumie tyle. Dostrzegam olbrzymi problem braku równouprawnienia w rzeczywistości i choć zgadzam się, że nie zawsze twarde parytety są rozwiązaniem, to doskonale widzę, że przez wieki to faceci podporządkowali świat sobie i to po prostu nie jest fair. Na wielu płaszczyznach.

Ogólnie mam wrażenie, że pewna lewicowa wrażliwość to proces zdawania sobie sprawy z naszej zwierzęcości i próba przezwyciężenia tego. Samiec jako silniejszy, samiec próbujący często na siłę doprowadzić do obcowania płciowego z samicą. To wszystko śmierdzi prymitywnym światem zwierząt, to kwestia, która powinna być jeszcze długo podnoszona. Tak, wychowałem się w naszym kręgu kulturowym gdzie facet, który “bzyknął” autokar koszykarek jest bohaterem, a kobieta która “dała” autokarowi koszykarzy jest kurwą. Coś tu nie gra.

Patriotyzm romantyczny. To jest w ogóle jedno z clou całego dzisiejszego podziału. Nigdy nie hołubiłem naszej zbyt romantycznej natury, wzniosłych uroczystości, ciągłego wymachiwania flagą i rozbudowanej symboliki. Choć jakaś tam część mnie daje się temu oczarować, wiem, że nie pomagało nam to przez wieki, a hołubienie przegranych Powstań i mentalność ofiary nadal jest naszym dużym problemem. To praca u podstaw może nas uratować, a nie ciągłe życie przeszłością i jej rozpamiętywanie. Gdy widzę definicje problemów Polski rysowane przez prawicę to zastanawiam się który mamy rok. Ciągłe rozliczenia przeszłości, Wielkie Mity (często nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, lub przynajmniej mocno koloryzowane). Mit sarmacji, Mit sanacji, Mit przedwojnia. Ostatnio stworzony Mit Żołnierzy Wyklętych, czy Mit Smoleński. Przepisywany na nowo Mit Solidarności. Mamy multum mitów, które jak to mity są mocno podkolorowaną wersją wydarzeń i żyjemy nimi zamiast skupić się na rzeczywistości. Konkretnie, realnie. Może nie tak wzniośle, jednak to nie wzniosłość i patriotyczne pieśni są nam dziś potrzebne. Tymczasem zamiast patrzeć na realne problemy prawica wmawia, że zagrożona jest polskość, Kościół Katolicki, czy nie wiadomo co. Serio?

Rzygam już trochę tymi ciągłymi nawiązaniami do wojny, tym traktowaniem Niemców w XXI wieku nadal przede wszystkim jako potomków Hitlerowców i tak dalej. To zupełnie, zupełnie nie mój świat. Cześć i chwała bohaterom, pamiętajmy o nich, ale żyjmy dzisiejszymi czasami. Na serio myślicie, że reparacje wojenne nagle sprawią, że staniemy się krainą mlekiem i miodem płynącą? To nie są problemy Polaków w XXI wieku, serio. Od tego nie podniesie nam się poziom życia. Ja wiem – wymiar symboliczny. A kiedy wreszcie skończymy z wymiarem symbolicznym i zajmiemy pracą organiczną?

Imigranci i uchodźcy. Jeśli miałem jeszcze jakieś wątpliwości po której stronie tej nieszczęsnej barykady stanąć, to te właśnie kwestie upewniły mnie dobitnie, że nie jest to prawa strona, przynajmniej w Polsce. Kwestia imigrantów i uchodźców jest skomplikowana, ale jak już pisałem cała historia migracji jest i zawsze była skomplikowana i powodowała spięcia. Nie chcę tu dokładnie rozwijać kwestii tego, że migracje są potrzebne Europie, bo niestety wymiera ona demograficznie, ani tego, że po prostu to humanitarne pomóc jakiejś ilości uchodźców. Tu chodziło przede wszystkim o dwie sprawy.
Pierwsza to swego rodzaju “kalinizm”, nie musze chyba tłumaczyć kim jest Kali. Otóż w tych wszystkich dyskusjach najbardziej chyba dobijał mnie ten cholerny brak wchodzenia w czyjeś buty. Polacy migrujący na zachód – OK. Ktoś migrujący do nas – BE. Polacy chcący zachować swoją kulturę i wierzenia na zachodzie czy w USA – OK. Muzułmanie ze swoją kulturą u nas – BE. I tak dalej. Wiem, wiem, że to nie takie proste do porównania. To prawda, że wielu imigrantów zarówno w kwestiach kulturowych jak i religijnych to zupełnie inna skala, ale… no właśnie wielu, czyli ilu? Prawica żyje jakimiś wyrwanymi z kontekstu artykułami, pisanymi często przez agencje na zlecenie Putina. Udostępnianie artykułów z RT, niesprawdzone newsy, wyolbrzymione czy wyssane z palca informacje – masakra. Ale to jeszcze nie to.
Nienawiść. Nienawiść wylewająca się z niby katolickich gardeł, to coś, co uderzyło mnie najbardziej. Chęć strzelania do łódek, wyzywanie od brudasów, życzenie śmierci. Ja wiem, zaraz usłyszę głosy, że przecież to nie jest tożsame z poglądami konserwatywnymi, czy szeroko rozumianą prawicą, ale kaman, to PRZEDE wszystkim odbywało się i odbywa po prawej stronie! To właśnie osoby z biało czerwonymi flagami w profilu a i często JP2 na ścianie wypisywały takie bzdury i nie będę teraz wklejał badań, które to udowadniają, przepraszam.

Tak, jak już pisałem imigracja powoduje mnóstwo napięć, ale to trochę bardziej skomplikowane niż kwestia islamu. Warto otworzyć oczy i trochę o tym poczytać, inaczej problemy kulturowe z migrantami z Senegalu postrzega się jako problemy religijne uchodźców z Syrii. A to trochę jak mylenie Białegostoku z Bolonią. Bo też na B.

Krótko mówiąc – abstrahując od definicji encyklopedycznych i politologicznych, to osoby nazywające się prawicą – związane bądź co bądź ze środowiskami obecnie rządzącymi, naryswały i zdefiniowały pewną rzeczywistość. Dla mnie jednak kołtuńską, megalomańską, nadętą, nasączoną przeszłością i mitami. Rzeczywistość która zupełnie, ale to zupełnie nie jest moją rzeczywistością. Dlatego z niej uciekam i mówię jasno – mam liberalny światopogląd. Zdecydowanie.

Dlaczego jestem lewicowy gospodarczo?

Jeśli spojrzymy jeszcze raz na model, który ciągle forsuję zobaczymy jasno, że fakt bycia światopoglądowym liberałem wcale nie oznacza tego jakie ma się podejście do gospodarki. Można być światopoglądowo liberalnym i jednocześnie za wolnym rynkiem (górna ćwiartka, liberałowie) jak i światopoglądowo liberalnym i przeciw wolnemu rynkowi (lewa ćwiartka, lewica).

Moje poglądy przez część ostatniej dekady tez mógłbym określić jako demokratyczno-liberalne, czy wręcz libertariańskie. Wiedziałem już, że jestem światopoglądowo dość wyluzowany, ale jeśli chodzi o gospodarkę powtarzałem jak mantrę od czasu studiów: “Własność prywatna najlepsza! Wtrącanie się do gospodarki to zło! Ważne co sam sobie wypracujesz!” i tak dalej.

Dlaczego przestałem w to wierzyć?

Znowu musze się streszczać, więc w pewnym uproszczeniu opowiem o tym czym różni się podejście wolnorynkowe od tego, które zakłada silne wtrącanie się państwa – zwijmy je socjalnym, socjalistycznym, socjaldemokratycznym – serio, nie chciałbym tu toczyć bitwy o definicje. W obu przypadkach istnieje nieco inna definicja sprawiedliwości społecznej.

Podejście wolnorynkowe zakłada, że każdy rodzi się taki sam. Mamy to co wypracujemy własnymi rękoma i nie fair jest nakazywanie dzielenia się majątkiem przez tych, którzy zarabiają więcej. Jest to teoria dość prosta i przyciągająca wielu młodych ludzi, którzy w nią wierzą. Ja też wierzyłem. Dopóki rzeczywistość nie wychłoszcze im pyska, lub do kiedy nie dostrzegą pewnych spraw. Mnie całe szczęście nie wychłostała, zmieniłem poglądy po dobroci :)

Otóż podejście przeciwstawne zakłada, że wcale nie rodzimy się tacy sami. Zupełnie nie. Rodzimy się w różnych krajach, w różnych rodzinach, słowem punkt startowy jest zupełnie, ale to zupełnie inny. I jest to skrajnie niesprawiedliwe. Dlatego właśnie pragnienie wyrównywania tych różnic.

Ja zauważyłem to, gdy wróciłem po latach do domu, w którym się wychowałem. Wróciłem po różnych przygodach i wojażach, pracach w agencjach, czy pobycie w Genewie. Po kilku uczelniach, po dobrym liceum opłacanym przez moich rodziców. Czy wszystko zawdzięczam sobie? Niezupełnie. Bardzo dużo zawdzięczam rodzicom – zarówno finansowo jak i intelektualnie. Kapitał intelektualny to bardzo ważna rzecz. Wiele osób, które z dzieciństwa pamiętam jako “gorzej urodzone” nigdy nie opuściło swoich niszy.

Wiem, wiem, pewnie wielu z was doszło daleko własną pracą i nie chce tego oddawać “darmozjadom”. Problem polega na tym, że prawdopodobnie nie należycie do multimilionerów (czy ja mam takich na blogu? :D) i akurat to nie WAM ktokolwiek chce zabrać. Po drugie te mity o darmozjadach żyjących na garnuszku państwa to… mity.

Lata 90 to zachłystnięcie się wolnością i choć rzeczywiście w czystej teorii każdy mógł się dorobić, rzeczywistość była nieco bardziej skomplikowana. Świat powoli dojrzewał do tego, że biznes zostawiony samopas wcale nie doprowadzi wszystkich do dobrobytu. Doprowadzi do dobrobytu właścicieli firm. I to też nie wszystkich. Niewidzialna ręka rynku regulująca wszystko to mit, głównie dlatego, że świat nie jest idealnym bazarem sprzedającym jabłka, gdzie cena reguluje się sama. Prawda jest taka, że państwo i obywatele muszą się wtrącać. Mądrze, ale wtrącać. Inaczej urlop macierzyński nadal byłby śmiesznie krótki, a ma to moim zdaniem olbrzymie znaczenie. Urlop wypoczynkowy również – jak w USA. Zresztą właśnie tam widać do czego prowadzi gospodarczy liberalizm. Polecam obejrzeć Requiem for American Dream – Noah Chomsky świetnie opowiada o tym jak majątek został zgromadzony w rekach naprawdę malutkiego promila obywateli, a ani Ty ani ja nie mamy szans się w nim znaleźć. Po prostu.

Nie rynek sam się nie ureguluje. Widac to także na przykładzie miast – nieregulowane miasta rozlewają się na wielkich powierzchnia – powierzchnia Warszawy jest kilkukrotnie większa niż Barcelony, która ma podobną ilosć mieszkańców. Wtedy mamy problemy z komunikacją, ze wszystkim. Gdyby centra miast zostawić biznesowi, bez żadnego planowania, umierałyby one zupełnie wieczorami – znajdowałyby się tam tylko banki, apteki i inne dobrze płacące placówki. Najpiękniejsze miasta świata były zawsze planowane przez urbanistów, a nie zostawiane samopas. Musi stać za tym jakaś myśl przewodnia, nie mówiąc już o obszarach zupełnie nieopłacalnych dla biznesu, takich jak parki.

To trochę jakby powiedzieć, że prawo jest niepotrzebne i ludzie sami się uregulują. No nie za bardzo. Wygrają najsilniejsi i najbardziej bezwzględni. Zostawienie wszystkiego samopas przypomina mi nieco “prawo dżungli”, które wprowadził kiedyś mój drużynowy na obozie, spokojnie, tylko jednego wieczora podczas wycieczki. Byliśmy zmęczeni, nie chciało nam się robić posiłków. Każdy mógł brać i jeść to co chce. Wygrali najsilniejsi. Wyrwali innym konserwy i chleb i tak to się skończyło. I tak właśnie kończy się też w liberalnej gospodarczo rzeczywistości. Wygrywają najsilniejsi. A to nie jest moja rzeczywistość. Nie można skazywać kasjerki na życie poniżej godności tylko dlatego, że nie została dyrektorem banku. Nie tylko dlatego, że często nie miała potencjału by nim zostać. Także dlatego, że nie wszyscy mogą zostać dyrektorami banków albo menedżerami.

Platforma przespała trochę ostatnie 8 lat. Głosowałem na nich i jeszcze za ich rządów uważałem, że wszystko jest w porządku. Po wygranej PiS zacząłem analizować dlaczego tak się stało, czytać, patrzeć też na inne kraje i inne systemy. Owszem, w Polsce zmieniło się dużo, ale jest mnóśtwo rzeczy do zrobienia. A PO zachowywała się jakby mówiła “wszystko już ogarnięte, złapmy się za ręce i śpiewajmy radośnie KUMBAYA”. No nie. służba zdrowia w ciemnej dupie, system edukacji nieruszony od lat (w obu systemach zresztą totalny feudalizm), ZUS w dupie. Bogatsi sobie poradzili – prywatne przychodnie prywatne szkoły, odkładanie na emeryturę z nadwyżek. Większość obywateli nie.

Za tak zwanej “IV RP” śmiałem się trochę z tego i myślałem, że Kaczyński ma urojenia, ale 10 lat później wiem, że nie do końca. W wielu obszarach w Polsce rządzą układy i układziki, duży biznes daje łapówki, inwestycje dzieją się tam, gdzie prywatny biznes dogada się z radnymi i tak dalej. To nie do końca tak powinno wyglądać. Choć z perspektywy dużych miast żyje się ciepło i fajnie. PO nawet nie spodziewała się tego, pycha kroczy przed upadkiem.

Stałem się lewicowy gospodarczo z dwóch powodów. Altruistycznego i pragmatycznego.

Z altruistycznego, bo doszedłem do wniosku – jako osoba będąca w grupie 0,5% najbogatszych Polaków – że to nie jest do końca fair. Po prostu. Że inni ludzie, którzy nie mieli tak dobrego startu jak ja, też powinni mieć zagwarantowaną godność. Dostęp do dobrych szkół, do dobrego lekarza. Nie da się tego wszystkiego zapewnić bez podatków i polityki redystrybucji, po prostu. Wszelkie mity o “skapywaniu” z bogatszych na biedniejszych już dawno zostały obalone. Bogaci będą sie bogacić, a wy będziecie stać przed płotem licząc na okruchy, które nigdy nie spadną. A to ich dzieci będą chodzić do prywatnych szkół i najlepszych lekarzy – mnie po prostu taka wizja do końca nie odpowiada. Owszem, nierówności będą zawsze. Ale nie powinny być aż tak duże. A zostawienie wszystkiego samopas niestety do nich doprowadzi. No właśnie.

Powtórzę jeszcze raz – w dobrze skonstruowanym systemie nie będę musiał oddawać połowy swoich zarobków. Bez przesady. Nie chodzi o aż taki robinhoodyzm. Ale rozumiem dlaczego kasa powyżej jakiejś bariery powinna być wyżej opodatkowana, a próg zwolnienia od podatku, dla najbiedniejszych – wyższy. Serio, różne tego typu rozwiązania, wraz z becikowym, istnieją przecież w większości krajów europejskich! Tam rozwarstwienie majątkowe jest o wiele mniejsze.

A że przez to od pewnego pułapu nie będzie się chciało więcej pracować? Brawo! Może multimilionerzy zauważą, że mają dzieci i rodziny, a zapieprzanie po 16 godzin dziennie, by mieć kryształową trumnę to nie jest najlepszy sposób na życie :)

A powód praktyczny? Ten cykl powtarza się od zawsze. Wszystkie ustroje w których rozwijały się zbyt duże nierówności społeczne kończyły się rewolucją “dołów”. W kraju w którym bogate osiedla będą otoczone slumsami zawsze dojdzie do buntu. Nie musi on wcale być krwawy, choć może. Wykluczonych zawsze będzie więcej. W społeczeństwie o mniejszych nierównościach żyje się po prostu bezpieczniej.

Oczywiście nie jestem za tym, by totalnie wyrównywać majątki, ale pewna redystrybucja jest po prostu koniecznością. Swoją drogą bawią mnie zawsze biedni studenci broniący siódmej motorówki jakiegoś miliardera, myślący, że zaraz sami będą takim właśnie miliarderem. I nie, nie czuję, że to nie fair wprowadzić wyższy podatek powyżej pewnej granicy, która jest już granicą totalnego luksusu. Te luksusy to nie tylko efekt ciężkiej pracy, ale także dobrego startu oraz pracy lub wręcz wykorzystywania innych ludzi. Traktowanych niestety często jako mięso armatnie, jako element “do wymiany”.

To co dzieje się w Polsce od 2 lat jest właśnie taką rewolucją “dołów”. To trochę duże uproszczenie tematu, ale niestety tak właśnie jest. Rządy od 1989 roku były jednak dość liberalne gospodarczo i nie wprowadzające rozwiązań służących całemu społeczeństwu. Ani nawet specjalnie małym firmom. To trochę jak z drogami – w Polsce najlepsze drogi prowadziły zawsze tam, gdzie mieszkali politycy lub radni. Od czasu słynnej “gierkówki”. My, w dużych miastach często poradziliśmy sobie całkiem nieźle (choć nie zawsze), ale niestety w tym rozciągniętym peletonie zostały gdzieś po środku i na końcu masy ludzi, dla których wcale nie jest kolorowo. Ludzi, którzy pracują kolejny rok na umowę-zlecenie, bo przez tyle lat nie udało się ogarnąć rozsądnie prawa pracy. Ludzie, którzy nie mają dostępu do lekarzy, bo nie stać ich na prywatna opiekę zdrowotną, a publiczna jest w żenującym stanie. Ludzie, których dzieci chodzą do szkół, które uczą nadal zadając po parę godzin prac domowych, bo ostatnia reforma systemu edukacji (nie licząc ostatniej robionej na kolanie i z dziwnych pobudek) odbyła się wieki temu. Ludzie wkurwieni codziennością, których problemy integracji europejskiej, wolności sądów, czy inne tego klaibru sprawy kompletnie nie obchodzą!

A tak stało się między innymi dlatego, że w Polsce właściwie nie było lewicy. Niszę tę zawłaszczyło sobie SLD, które z lewicą ma – co widać po niektórych tweetach Leszka Millera – mało wspólnego. To dość już marginalna grupa postkomunistycznych posiadaczy i ich padawanów, która powinna być jak najszybciej rozwiązana i zaorana. Lewica, która wprowadziła podatek liniowy? :) I tę właśnie sytuację i potrzebę socjalu wśród ludzi wykorzystał PiS, odmieniony i mocniej socjalny PiS, który podał socjal w narodowym sosie i wygrał. I tego właśnie zdziwiona, wolnorynkowa, liberalna i wielkomiejska, elitarna część Polski nie może zrozumieć.

Ale to już naprawdę temat na osobny tekst.

Podsumowanie

A więc jeśli doszedłeś, drogi czytelniku, do końca tego długiego, ale ważnego dla mnie tekstu, wiesz już, że czuję się lewicowy. Pewnie centrolewicowy, choć w Polsce na próżno szukać czegoś bardziej na lewo od centrolewicy, może poza jakimiś pojedynczymi przykładami.

Najpierw uświadomiłem sobie swoją lewicowość w kwestii światopoglądu. Ostatnie dwa lata pokazały mi to jeszcze mocniej – nie mam nic wspólnego z poglądami obozu nazywającego się dziś prawicowym. Z ich lękami, fobiami, społecznymi diagnozami rzeczywistości. Zgadzam się ze znakomitą większością postulatów i diagnoz głoszonych przez środowiska lewicowe.

Moje poglądy gospodarcze natomiast mocno skręciły w stronę tych socjalnych. Zarówno z pobudek altruistycznych jak i czysto praktycznych. I to tu moim zdaniem tak naprawdę jest do stoczenia największa walka – walka z liberałami gospodarczymi, z tak zwanymi elitami, które choć uważają się za mocno “zachodnie”, nie zauważają, że zachód jest już o wiele bardziej egalitarny i socjalny. I że to jedyna droga. I że dopóki będą myśleć, że PiS wygrał tylko dzięki 500+, dopóty tamtemu obozowi poparcie nie będzie spadać. Ale to w następnym odcinku.