Nie pamiętam dokładnie jak wyglądał ten dzień. Z moich historycznych maili wynika, że był to jeden z pierwszych dni pracy w nowej agencji reklamowej, po tym jak zdecydowałem się zostawić biznes koszulkowy i zająć normalną pracą. Nie miałem pojęcia, że 5 lat później zostawię reklamę po to, by znowu zająć się koszulkami, a na pewno nie wiedziałem, że tego dnia podejmę decyzję, która zaważy mocno na następnej dekadzie i sposobie w jaki zarabiam pieniądze.

“Zobacz moje zdjęcia”

Na skrzynce pocztowej leżał od ponad miesiąca mail od żony:

Mary założyła konto w nowym serwisie o nazwie Facebook. Informacje o nim przyniosła z pracy, z międzynarodowej korporacji. Nie miałem specjalnej ochoty, by zakładać tam konto – wszyscy moi znajomi siedzieli na Gronie i Gadu-Gadu, ale nie chcąc powtórzyć błędu z Gmailem (gdzie założyłem konto za późno i wszystkie fajne nazwy były już zajęte), kliknąłem w link. I był to klik bardzo ważny.

Milion złotych

Tytuł mojej notki jest trochę ironicznie clickbaitowy, nawiązuje do notki Michała Szafrańskiego, w której pisze, że Facebook jest najlepszą inwestycją. Trochę się z tym tekstem nie zgadzam (bo Michał nie bierze pod uwagę kosztów wcześniejszego stworzenia własnej marki), ale to inna para butów. Natomiast rzeczywiście zacząłem się zastanawiać ile zarobiłem dzięki Facebookowi, jeśli miałbym do tego podejść w ten sposób. I wychodzą z tego całkiem niemałe liczby. Bo jeśli policzyłbym nawet z grubsza moje dochody związane z Facebookiem, to wychodzi mi kwota około miliona złotych! I nie mówię o obrocie w Koszulkowo, a moich dochodach.

Po co podaję tę kwotę? Trochę na złość tym wszystkim wieszczom mówiącym, że Facebook to bańka, że social media to bańka i tak dalej. Później, że Facebook się kończy. I tak dalej. A także po to byś uświadomił sobie, że czasem kasa leży tam, gdzie się jej zupełnie niespodziewamy. Bo ja nie robiłem tego wszystkiego przede wszystkim z myślą o zarobku.

Branża social media

Wtedy, w grudniu 2007 roku, nie miałem pojęcia, że to wszystko się tak potoczy. Ochoczo jeździłem do klientów sprzedając bannery, strony WWW i inne produkty “agencji interaktywnej” i traktowałem Facebooka jako ciekawostkę. Tym bardziej, że ówczesny Facebook – o czym mało kto pamięta – nie miał ani czatu, ani dzisiejszego newsfeeda, ani fanpejdży, ani nawet lajków!

Prawie rok później, jesienią 2008 roku wyemigrowaliśmy do Szwacjarii. Na fejsie pojawiało się coraz więcej znajomych, platforma ta służyła mi głównie do kontaktu ze znajomymi z Polski. Jako, że na emigracji zajmowałem się głównie byciem Panem Domu i rozwojem moich blogów, mocno pochłaniałem topografię Facebooka i pojawiające się newsy o początku ery social media. Pochłaniałem tak mocno, że gdy na wiosnę 2010 roku wróciliśmy do Polski, byłem już dość mocno wyedukowany w temacie. Na tyle mocno, że sam Michał Wolniak, jeden z szefów ówczesnej Agencji Reklamowej Heureka (dziś VML) zaproponował mi pracę.

To były czasy dość pionierskie, w których świetnie się odnajdywałem. Mało twardej wiedzy, dużo domysłów, eksperymentowania i pewnej naiwności. Wierzyliśmy w to, że to rzeczywiście koniec ery bannerów i reklam, które wkurzają użytkowników, a początek ery contentu. I choć rzeczywiście content szybko stał sie królem, bannery – jak widać – jeszcze nie umarły :)

To były fajne czasy. Zarówno w pracy, gdy przygotowywałem kolejne slajdy dla klientów tłumacząc im zawiłości Facebooka i konieczność bezpośredniego i dwukierunkowego komunikowania się z klientami, mówienia do nich normalnym językiem, tworzenia jakościowych treści, czy reagowania na skargi pojawiające się w sieci. Ja też byłem jak zwykle mocnym idealistą i piętnowałem wszystkie cwaniackie agencje, które chciały oszukiwac klientów, tworzyły “farmy fanów” i inne drogi na skróty. W międzyczasie pojawiły się oferty szkoleń, z których też zaczęła płynąć kasa. Jedno jest pewne – bez Facebooka moja kareria zawodowa potoczyłaby się zupełnie inaczej.

Koszulkowy szał

A potem przyszedł moment próby o którym większość z Was wie, czyli zostawienie pracy w agencji na rzecz rozwijania Koszulkowo.com. I przecież tam też to właśnie Facebook odegrał znaczącą rolę. Nie mieliśmy praktycznie budżetu marketingowego, a nasz pomysł na reagowanie na bieżące wydarzenia (jeszcze nie wiedziałem, że nazywa się to Real Time Marketingiem) idealnie współgrał z Facebookiem i to właśnie dzięki niemu i opcji udostępniania dalej treści wirusowo niosły się w świat. A razem z nimi miesięczne obroty. Radość, gry obroty miesięczne przekroczyły 5 tysięcy złotych. 10 tysięcy. 20 tysięcy. 50 tysięcy. 100 tysięcy.

Jestę blogerę

Równolegle do rozwoju Koszulkowo rozwijałem blogi. To prawda, że miałem ich dużo, pod różnymi nazwami, to wyniki moich różnych eksperymentów, ale to właśnie dzięki rozpoznawalności w branży i doświadczenia w ogarnianiu współprac z blogerami po stronie agencji (oraz litrów wypitego whisky i wina z przedstawicielami tychże! :D) zacząłem dostawać coraz to bardziej lukratywne propozycje współpracy. I choć żaden z moich blogów nie przekroczył nigdy 100 tys UU miesięcznie, nie miałem parcia, by budować je szybko i agresywnie. To trochę jak z mięśniami – te nabite szybko sterydami, dość szybko schodzą po odstawieniu sterydów. A mnie nigdy na takim agresywnym spieniężaniu nie zależało. To wszystko przydało się natomiast przy rozkręcaniu bloga Marysi, dla którego także zostawiła korporację.

Niebieska dekada

10 lat. Siedzę 10 metrów od miejsca w którym kliknąłem “sign up”. Bogatszy o tysiące doświadczeń, bo przecież nie tylko o kase tu chodziło, prawdę mówiąc nie miałem pojęcia, że z tego może być jakaś kasa. Bogatszy o setki, jak nie tysiące znajomości. No właśnie.

Od początku twierdziłem, że Facebook to nie rzeczywistość wirtualna. Że to nie Seond Life, że to wirtualna platforma do realnych kontaktów. I mam slajdy by udowodnić, że to mówiłem! Poznałem tysiące ludzi – prawdziwych ludzi z którymi się spotykałem, których szkoliłem, z którymi imprezowałem i toczyłem dyskusje o sensie życia. To niesamowite, że internet poszedł właśnie w tym kierunku.

Za co nie lubię Fejsa?

Ale, żeby nie było zbyt kolorowo – trochę tego niebieskiego giganta nienawidzę, pisałem nie raz dlaczego. Choćby dlatego, że to straszny pozeracz czasu. Odbyłem w tym roku mocny facebookowy odwyk, ale wiem dobrze, że jeśli nie chcemy “e-miszować” to jesteśmy na niego nieco skazani. Zszedłem z 8 godzin spędzanych przy telefonie na 3-4. Nadal jednak bywam pochłonięty przez zbyt wiele fejsowych dyskusji, mógłbym w tym czasie robić coś o wiele bardziej konstruktywnego.

Facebook przyczynia się także niestety do rozpowszechnianie fake newsów, którymi żyje teraz cały kraj. Putinowskie armie trolli wpuszczają codziennie do sieci tysiące fejkowych artykułów mających zaognić sytuację na świecie, a nieświadomi niczego “pożyteczni idioci” wierzą w nie i puszczają dalej w świat. To smutne i straszne, ale taka jest właśnie rzeczywistość.

Jestem tu gdzie jestem w dużej mierze dzięki niebieskiemu gigantowi. Nie wiem co bym robił, gdyby go nie było, ale takie gdybanie jest trochę bez sensu. Tak samo jak długofalowe planowanie tego co będzie robiło się w życiu – klikając w ten link 10 lat temu nie miałem zielonego pojęcia do czego to doprowadzi. Cieszę się natomiast, że wsiadłem na tą falę. “Surfowanie po sieci” okazało się dzięki temu całkiem fajne :)

Czego żałuję?

Tego, że skupiając się tak bardzo na niebieskim gigancie, zapomniałem o czerwonym. Przegapiłem wiele momentów by wejść w video. Jakoś nie mogłem się w nim odnaleźć, robimy to dopiero teraz, trochę niemrawo, nadrabiając całe lata – tam jest strasznie dużo technicznej wiedzy do ogarnięcia. Choć nie wiem do końca, czy będzie to YouTube, czy jednak video na Facebooku. Tak czy inaczej czas wejść mocno w video.

Z czego się cieszę?

Nie, nie z kasy. Ta nie jest dla mnie aż tak ważna, o czym ostatnio pisałem. Z tego, że dzięki temu wszystkiemu nie jestem bezmózgim trybikiem gdzieś tam, że mam sporo czasu dla siebie i dzieciaków. Że mam wolny zawód. I w końcu z tego, że przez te ostatnie 10 lat miałem mnóstwo możliwości ujścia mojej kreatywności i chęci eksperymentowania. Oraz zero wyścigu szczurów. Bo tego szczerze, ale tak bardzo szczerze nienawidzę. Dlatego, gdy gdzieś się pojawia temat wyścigu blogerów, fanpejdży, biznesów, polerowania statystyki i stosowania różnych tricków do wyciskania wyników – wyłączam się. Cieszę się, że ciągle nie miałem konieczności pisania strategii na samego siebie i swój “personal branding”. Że za pomocą fejsa udało mi się po prostu być sobą i zarabiać na tym całkiem fajne pieniądze.

I mieć tyle czasu, by móc rozmyślać o sensie życia. A przecież odnalezienie go to jedna z ważniejszych rzeczy w życiu :) I tym patetycznym zdaniem chyba zakończę. Ciekawy jestem co napiszę 18 grudnia 2027.

Ach. Właśnie. Dziękuję! Bez WAS nie byłoby przecież mojego bloga, ani Koszulkowo. To WY czytacie moje teksty, to WY nosicie koszulki. Tak, ciągle o tym pamiętam ❤️

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: