Jak już kiedyś pisałem, przed Netflixem opierałem się stosunkowo długo. I nie, nie chodzi o sytuację w której nie miałem pojęcia, że w Polsce można to wykupić i że usługa ta jest dostępna na PS3 i PS4, jak poniektórzy (Sorry Marek, musiałem :D). To była całkiem świadoma decyzja mająca na celu uchronić mnie przed totalnym uzależnieniem się od seriali. Cóż, udało się. To znaczy odwleczenie tego. Ale przyszła kryska…

1. Daredevil

Jednym z pierwszych seriali, które wessałem był Daredevil. Już wtedy przekonałem się o tym, że subiektywność gustu dotyczy w szczególności seriali. Jeśli chodzi o kinowe hity zdania też są często podzielone, ale w przypadku seriali one nie są podzielone, one są wręcz spolaryzowane. Nawet wśród ludzi o podobnym guście.

Daredevil wiele osób nudzi. Dlatego, że oczekują czystego filmu akcji. Tymczasem wątek, który w tym serialu wciągnął mnie najbardziej to rozkminy głównego bohatera, czy robi dobrze. Głównego bohatera KATOLIKA, który zastanawia się, czy może rozwiązywać problemy w ten sposób. To trochę dziwne gdy żyje się w rzeczywistości agresywnego pseudokatolicyzmu, często naznaczonego agresją i wykluczeniem, ale tym bardziej rzuca się to w oczy. Główny superheros nikogo nie zabija, jedynie ogłusza, choć też przez to powoduje iż kołek na którym zawieszamy niewiarę lekko trzeszczy. Bo jednak to niewidomy gość, który zachowuje się jakby wszystko widział. Ale czego ja oczekuję, to w końcu film Marvela! Dlaczego więc kwestionuję takie rzeczy? Bo film ten jest mniej superbohaterski od tego co oglądałem wcześniej. Każdy rok przynosi coraz to bardziej „ludzkie” filmy o superherosach, to zupełnie nie jest Superman z lat 80, który może wszystko, a my w nic nie wątpimy. Nawet cofnąć czas obracając Ziemię w drugą stronę :D

Ale wróćmy do Daredevila. To dla mnie – oprócz oczywistości, że to film akcji – fajna rozkmina psychologiczna. Jego rozmowy z Punisherem – gościem o zupełnie innym charakterze, temperamencie i moralności – są naprawdę świetne. Nie jest to może niszowy, holenderski dramat psychologiczny, ale to naprawdę dobre pod tym względem kino. I prawdę mówiąc mało który serial o superbohaterach był w stanie go przebić. Aż do… Ale po kolei.

2. Iron Fist

Po Daredevilu przyszedł czas na nadrobienie innych zaległości Marvelowskich. Wbrew radom kumpli wybrałem najpierw Iron Fista (choć chronologicznie powienem był zrobić inaczej) i… nie dałem rady. Dałem mu szansę po pierwszym, drugim czy piątym odcinku, ale w pewnym momencie zabrzmiał mi w głowie głos Agnieszki Chylińskiej „kiedy powiem sobie dość” i dałem sobie dość.

Nie kupuję tego bohatera zupełnie – jego cukierkowatości, jego kija w tyłku, kurde, w sumie to naiwności całego serialu nie kupuję. Nie chce mi się nawet wymieniać rzeczy, które były dla mnie tam totalnie bezsensowne, nie podszedł mi ten serial. Dla ciągłości akcji obejrzałem recap na YouTubie i w sumie tyle.

3. Luke Cage

Ten serial miałem obejrzeć głównie dla muzyki. I kolorów. Oczywiście też w celu przygotowania się do Defenders :) I rzeczywiście muzyka i kolory w pierwszej chwili kazały mi myśleć, że rzecz dzieje się grubo w XX wieku, a nie współcześnie. Ta poetyka „czarnych” dzielnic Nowego Jorku była na początku fajna, ale… po kilku odcinkach stała się zbyt przytłaczająca. W pewnym momencie miałem wrażenie, że ten film to jedna wielka ewangelia kultury afroamerykańskiej w USA, a każdy napotkany gangster jest pastorem i historykiem na raz. Akcja nie kleiła się zbytnio i pomimo mojej dużej sympatii do głównego bohatera po prostu dałem sobie spokój i… też obejrzałem recap na YouTube.

4. Jessica Jones

Aż w końcu sięgnąłem po majstersztyk, czyli Jessicę. To film o tyle specyficzny, że praktycznie zupełnie nie jest filmem o superbohaterach, a nawet rzekłbym jest filmem antysuperbohaterskim. To film detektywistyczno-sensacyjny z różnymi smaczkami w tym stylu – od biura detektywa, przez motywy muzyczne po tajemniczy niebieski kolor którym zabarwione są kadry filmu. Sama główna bohaterka nie przepada za swoimi mocami i wcale ich nie chce i przypomina bardziej „złego” Supermana, który w 3 części wypił alkohol (złoooo!). Ona sama co chwilę pociąga z butelki Jim Beama lub Wild Turkey (całkiem udane placementy swoją drogą). Villain z tego serialu, czyli Kilgrave jest naprawdę jednym z lepszych złych w historii kinematografii i choć moim ulubionym pozostaje nadal Moriarty z Sherlocka, to postać ta była zagrana w naprawdę przerażający sposób.

5. Defenders

Wszystko wycyrklowałem tak dobrze, że na Defenders nie musiałem czekać – odpaliłem go zaraz po nadrobieniu nieobejrzanych odcinków IF i LC. I… nawet się wciągnąłem. Owszem, to nie jest serial genialny. Ale mnie się podobał i warto go obejrzeć. Choćby dla samego zobaczenia kilku superbohaterów razem. To jest w ogóle śmieszne, bo Defendersi często robią odniesienia do Avengers trochę robiąc sobie z nich jaja i dając aluzje, że są jakby bohaterami drugiej klasy, w przeciwieństwie do tamtych, którzy zajmują pierwsze strony gazet.

Najbardziej zawiodłem się… długością sezonu. Byłem pewien, że ma 10, czy 13 odcinków jak IF, czy LC, tymczasem koniec 8 odcinka zaskoczył mnie niczym zima drogowców :(

6. Punisher

I wtedy wszedł Punisher. Cały na czarno. Tak, podobał mi się. Bardzo mi się podobał. W sumie najbardziej mi się podobał. I daję mu 10/10. I wiem, że wielu osobom nie siadł. Co zrobić?

W ogóle motyw Punishera – znany mi jeszcze z filmów kinowych z 1999 i 2004 – zawsze mi pasował. Z natury nie jestem mściwy, ale zawsze myślałem sobie, że jeśli miałbym być, to byłaby właśnie taka sytuacja. I wiecie co? 13 lat później jestem mężem i ojcem trójki dzieci, i tym bardziej identyfikuję się z tym motywem.

Rzadko udaje się jakiemuś serialowi wciągnąć mnie tak, aby obejrzeć go w dwa dni, tym razem to się udało. Kosztem odizolowania od rodziny, ALE NIE MA LEKKO! :)

Co mi się podobało? Wbrew temu co pisze wiele osób, nie uważam by serial ten był przewidywalny. Jest moim zdaniem o wiele mniej przewidywalny niż większość produkcji. Nie ma w nim klasycznego villaina (tyle mogę bez spoilerów) i… według mnie to bardzo dobre! Serio, motyw superbohatera i głównej złej postaci jest juz tak zjechany, że cieszy mnie każde odstępstwo od niego. Męczy co prawda to, że wiemy więcej niż bohaterowie przez sporą część serialu, ale ja jestem fanem kryminałów. Role też grane są całkiem nieźle, nie mam się do czego przyczepić.

Chyba jedyna rzecz, która męczyła mnie w tej produkcji, to fakt, że Frank zabija sporo gości, którzy są pionkami. Cały trick w filmach z Punisherem polegał na tym, że nie żałowaliśmy drani i daliśmy się ponieść krwawej zemście niejako ją usprawiedliwiając. Ale może właśnie o to chodziło? Zresztą nawet Punisher jest tu bardziej ludzki, wydaje się słabszy i mniej superbohaterski niż w poprzednich produkcjach.

A motyw rodziny (a właściwie dwóch rodzin) wciągnął mnie totalnie powodując oczywiście miliony porównań w mojej głowie. Polecam!

I to tyle jeśli chodzi o Marvela ostatnimi czasy. Nie licząc kinowych Revengers… eee Thora. To zupełnie inna bajka i zupełnie inna formuła, którą kocham bezgranicznie, o czym już pisałem :)