Po wczorajszych rozważaniach na fanpage, na temat godzin pracy przypomniał mi się jeszcze jeden ważny – jak nie ważniejszy – temat związany z naszą pracą i trybem życia. Temat o którym myślałem ostatnio reformując swoje nawyki żywieniowe. A mianowicie: CO JESZ W PRACY?

Pamiętam, że za każdym razem, gdy szukałem pracy, kwestia jedzenia była na tyle mało ważna, że docierała do mnie dopiero pierwszego dnia pracy. Czasem niestety dość nieprzyjemnie. Martwiłem się oczywiście o wysokość pensji, o dojazdy, o atmosferę, o wiele innych spraw, ale o jedzeniu jakoś nie myślałem. A tu często czekały mnie bardzo kiepskie niespodzianki.

Podejściu amerykańskiemu “zapieprzaj ile się da, w życiu najważniejszy jest SUKCES” towarzyszy niestety amerykańskie podejście do żywienia – nie bez kozery właśnie tam powstały fast foody. Czyli w skrócie: jedzenie jest tylko konieczną przerwą w pracy, taką jak siku. I to jest straszne. Tym bardziej, że u nas trafiło na bardzo podatny grunt – po latach PRL-u i żarcia strasznego ścierwa, zostaliśmy mocno wyjałowieni z tradycji kulinarnych. I nie chodzi mi o znajomość przepisów, czy umiejętności, a nawyki żywieniowe. To znaczy zadawalamy się byle czym.

Pisałem już Wam nie raz o tym jak w Genewie właściwie całe miasto zrywa się na nogi o godzinie 12.00, by zjeść pełnoprawny lunch. Sałatka, stek, czasem nawet kieliszek wina czy piwa. Często to nawet godzinna przerwa, być może połączona z biznesem – lunch na mieście, albo w kantynie. Na Amerykanów zajadających kanapki nad klawiaturą patrzono niemalże z pogardą. To też czas, by się zresetować w połowie dnia, zintegrować ze współpracownikami.

Ja obecnie nie mam tego problemu, bo pracuję z domu (to jedna z tych zalet) i gotuję sam, ale ludzie w miejscach w których pracowałem żywili się zazwyczaj bardzo bylejak. Albo parówki z bułką kupowane w pobliskim spożywczaku, albo słynny Pan Kanapka (i cały dzień na dwóch kanapkach), albo wręcz chipsy, czy paluszki. Co poniektórzy przynosili jedzenie z domu, choć były to albo sałatki na zimno, albo coś co można odgrzać w firmowej mikrofali – zazwyczaj dość kiepskiej – co kończyło się potrawą na pół gorącą, na pół zimną. Czasem jakiś chinol, czasem jakiś kebab.

A to wszystko z kilku powodów. Po pierwsze w sporej części firm, szczególnie mniejszych, nie ma zupełnie infrastruktury ku temu. W ogóle się o tym nie myśli – “poradzą sobie”. Jest lodówka (w której zawsze jest syf), jest jakaś mikrofala. Na osoby odgrzewające coś więcej patrzy się źle, bo “śmierdzi w całej firmie”.

Po drugie kasa – osoby na stanowiskach niekierowniczych często zarabiają na tyle mało, że chcą oszczędzać na czym się da. A te na kierowniczych są na tyle zalatane, że też o tym nie myślą.

Bo po trzecie czas. Na osoby siedzące w kuchni, lub nie daj Boże wychodzące na miasto zbyt długo patrzyło się źle, bo przecież work work work.

A przecież godziny pracy się zmieniły. Nie jesteśmy w domu o 15.00, tylko późnym wieczorem, na obiad w domu nie ma co liczyć. Chyba, że będziemy jedli na zachodnią modłę – „lunch“ i „dinner“ czyli w sumie obiadokolacja. Ale to wymaga zjedzenia dobrego lunchu, a nie zapychania się ścierwem.

Mam wrażenie, że Polacy coraz bardziej doceniają dobre jedzenie. Eksplozja zarówno restauracji z bardzo dobrym jedzeniem, jak i ciekawych propozycji w stylu food-trucki, czy festiwale street foodu każe mi w to wierzyć. Co więcej, pod wieloma względami jest o wiele lepiej niż na mitycznym „zachodzie“ – nie musimy tu mieć zupełnie kompleksów.

Pytanie brzmi kiedy wbijemy sobie do głowy, że skoro spędzamy w pracy większość naszego dnia, to warto  dobrze i zdrowo zjeść, bo to ważne i dla ciała, i dla psychiki. I w wyniku tego dla wydajności pracy! A nie żreć parówki z bułką czy spędzać dzień na dwóch kanapkach z wątpliwej jakości składnikami.

Zwracajcie uwagę przy wyborze pracy na to czy jest w firmie kantyna, lub chociaż wygodna stołówka oraz jakie nawyki żywieniowe w niej panują! Czasem nie ma możliwości urządzenia kantyny, bo firma jest za mała, ale warto chociaż sprawdzić, czy ludzie jedzą regularnie posiłki, czy jest na to miejsce, czy zamawiają jedzenie do firmy, czy nie będziesz mieć nawet z kim się na jedzenie złożyć :)