Po wypadku na obozie harcerskim, gdzie w trakcie ewakuacji zginęły dwie harcerki, internet jak zwykle rozebrzmiał głosami “specjalistów” maści wszelakiej. Od takich, którzy dobrze wiedzieli gdzie postawić namiot, aby nie spadło na niego drzewo, po kapitanów oczywistych piszących “gdyby nie pojechali do lasu, to drzewo by nie przygniotło”.
 
Muszę – jako wieloletni instruktor harcerski, drużynowy i organizator obozów – napisać kilka słów, bo ciśnienie mnie rozsadzi.
 
To była burza. Żywioł jakich mało. Wystarczy spojrzeć na mapy pogodowe oraz na jej skutki w całym regionie. Trudno w takiej sytuacji przewidzieć gdzie upadnie drzewo, trudno o cokolwiek, serio. Nie byłem w środku takiej sytuacji, ale przy mnie właśnie takie drzewo upadło na namiot – usłyszeliśmy dziwny trzask, jedna osoba ewakuowała wszystkich jak najdalej, druga obserwowała drzewo, ja z kolejną wbiegliśmy do namiotów upewnić się, że nikogo nie ma w środku. Drzewo minutę później zwaliło się na namiot.
 
Zapewniam Was, że co jak co, ale kwestie ewakuacji i tym podobnych harcerze mają przećwiczone do bólu. Czasem ma się tego dość, czasem człowiek zastanawia się czy to ma sens, ale serio, regularnie, zarządza się różnego rodzaju alarmy, a dzieciaki, nawet małe, mają dosłownie chwilkę, by wybiec na dane miejsce, albo zebrać najpotrzebniejsze rzeczy i ustawić się w szeregu. I wiem, że to działa – kiedy raz w nocy rozpętała się burza, już po niecałej minucie – a był to środek nocy – wszyscy byliśmy na zewnątrz oceniając sytuację i podejmując odpowiednie działania.
 
Oczywiście można powiedzieć “po co wyjeżdżać do lasu?”. I być może jest w tym jakaś logika – nie ma lasu, nie ma drzewa, nie ma co się przewrócić.
 
Ale tu nie o to chodzi. Po pierwsze zginąć można wszędzie. O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że zginiesz koło domu, na przejściu dla pieszych. Możesz też zginąć w domu – przewrócić się w wannie, albo zginąć porażony przez prąd.
Po drugie nie można żyć w ciągłym strachu i przez to nie wyjeżdżać do lasu, nad wodę czy w góry! Owszem, trzeba robić to z głową i bezpiecznie, ale nie jest rozwiązaniem trzymanie się z daleka od natury!
 
Prowadziłem kilka obozów żeglarskich, obozy wędrowne, czy stacjonarne w lesie. Za każdym razem widziałem oczyma wyobraźni to co może się stać, a wiedziałem, że jestem za te dzieciaki odpowiedzialny. Nie stało się nic, całe szczęście.
 
Dziś sam jako rodzic doceniam zaufanie jakim mnie obdarzali rodzice tych dzieciaków. I wiem jak strasznie musi czuć się kadra tego obozu. Będą do końca życia – mimo wszystko – zadawać sobie pytania. Ale tak już się wydarzyło – tak jest z naturą, z żywiołem.
 
Zamiast więc mądrzyć się i gdybać w tym wypadku, czy polecać siedzenie na tyłku w mieście, polecam zastanowić się nad poprawą bezpieczeństwa tam, gdzie to jest realne. Codziennie giną w wypadkach ludzie, bo samochody nie dostosowują prędkości do warunków. Bo Polak przecież sam ocenia prędkość, nie będą mu jakieś znaki mówić! Codziennie jakiś rodzic sadza dziecko bez fotelika “bo nic się nie stanie”. Ostatnio widziałem dzieciaki bez fotelików i bez pasów. Codzienne w lato tonie kilka osób – od początku sierpnia utonęło w Polsce 49 osób. Głównie przez brawurę i błędną ocenę własnych umiejętności. Kilka na pewno sparaliżowało od skoku na główkę na zbyt płytką wodę – wystarczy przejść się nad dowolny pomost, by zobaczyć takich chojraków. Codziennie ktoś wychodzi w góry w klapkach, albo zbyt późno i potem nie ma jak zejść do schroniska. To tu jest mnóstwo do zrobienia.
 
Dziś to mój syn jest zuchem i ja puszczam go na obozu do lasu. Tak, boję się. Całe życie już będę się bał. Boję się nawet gdy spuszczam go z oczu na chwilę, podczas kąpieli w jeziorze. Będę się zawsze o niego bał, bo to moje ukochane dziecko. Ale nie będę przez to trzymał go pod kloszem. Bo to nie jest rozwiązanie.
Wielkie kondolencje dla rodzin tragicznie zmarłych dziewczynek, dla ich środowisk harcerskich.
 
#scoutandproud