Zamierzam od jakiegoś czasu popisać na tematy dotyczące tego co dzieje się wokół nas. Choć poprzednie dwie kadencje były dość ciche i spokojne (nie twierdzę wcale jednoznacznie, że to dobrze), to w świetle tego co dzieje się wokół nas trudno zachować spokój. Dla jednych to doskonałe wydarzenia, dla innych demontowanie Polski. Moje poglądy pewnie znacie z postów na fejsie, chciałbym jednak rozwinąć temat nieco więcej i określić co, i dlaczego za nimi stoi. Oraz pokazać jak one ewoluowały, bo prawdę mówiąc w ciągu dwóch ostatnich dekad dokonały one całkiem niezłej wolty.

Zanim jednak o tym napiszę, chciałem poruszyć dość ważny temat, a mianowicie napisać o pięciu błędach, pięciu rodzajach dość prostego i jednak naiwnego podejścia, które można spotkać w dyskusji i w podejściu do tego co dzieje się wokół nas.

1. „To nie dla mnie, to dla polityków!”

Dziś znacznie więcej ludzi wyraża swoje zdanie i dyskutuje o polityce. Nie dziwne – czasy są dość burzliwe i jakby nie oceniać tego co dzieje się u nas (a także na świecie), trzeba przyznać, że kocioł zaczyna kipieć. I o ile przyznaję, że takie dyskusje często męczą, że nie raz żałuję, że się w nie angażuję, to nie można od nich uciekać.

Widzę czasem u różnych osób komentarze w stylu „niepotrzebnie zająłeś się politykowaniem”. I przepraszam, ale to świadczy o niedojrzałości społecznej komentującego. To znaczy nie zrozum mnie źle – można nie mieć ochoty rozmawiać o tym w danym miejscu, z danymi osobami, danego dnia i tak dalej. Ale nie można mówić „zostawmy to politykom”. Oni są po to, by wykonywać NASZE polecenia. Przynajmniej w teorii ;)

Polityka, rozmowy o tym co robią polityce, o stanie kraju, czy tym co dzieje się w parlamencie, to nie jest jakaś tajna dziedzina, którą należy zostawić specjalistom. Owszem, system skonstruowany jest tak, że nie podejmujemy decyzji bezpośrednio, ale im bardziej będziemy świadomi tego co się dzieje, tym bardziej dojrzałym społeczeństwem będziemy. To nie jest jakaś tam dziedzina życia. To decyzje, które dotyczą nas wszystkich, a mówienie „i tak się nic nie zmieni” jest bzdurne. Na pewno się zmieni. Może odczujemy to mniej, może bardziej, ale się zmieni. To wszystko dotyczy świata wokół nas, a urodziliśmy się w czasie i miejscu, które pozwala nam mieć wpływ na to co się dzieje. Owszem, chciałbym mieć o wiele większy wpływ, ale w czasach monarchii absolutnych ten był znacznie mniejszy, prawda? :) Tak więc angażowanie się JEST dobre. Oczywiście warto robić to z głową, ale to zupełnie inna para kaloszy.

2. Czekanie na partię idealną

– Nie głosuję, bo nie ma żadnej partii, która spełnia moje oczekiwania!

To słyszałem nie raz i prawdę mówiąc także mnie zdarzało się mieć takie podejście. I teraz uważam, że było to głupie. Bo wiecie, ja to porównuję trochę do starej panny, która w wieku 60 lat ciągle nie wzięła ślubu, bo czeka na pięknego rycerza, który przyjedzie na białym koniu. Żodyn do tej pory nie był godzien. A teraz wiadro zimnej wody na głowę – rycerz nie przyjedzie. Nie będzie też partii idealnej, która spełni wszystkie twoje zachcianki! Choćby dlatego, że każdy z nas ma je inne i trudno byłoby, aby istniało aż tyle partii ;)

W dodatku politycy są tylko politykami, razem ze swoimi wadami i chęcią utrzymania się na stołkach i trzeba to brać pod uwagę. Nie czekaj na wyidealizowany świat z bajki, obudź się. Tak, to nieco ssie, jeśli musisz podejmować takie wybory, jeśli wybierasz tylko mniejsze zło, ALE TAKIE JEST ŻYCIE. Nie pamiętam kiedy głosowałem z radością na jakąś partię, czy kandydata myśląc „mój ci on!”. Pamiętam natomiast złość kiedy kandydaci zupełnie nie po mojej myśli podejmowali decyzje, które mnie totalnie rozsierdzały.

Ponad połowa ludzi nie podejmuje żadnej decyzji. Czekając na cud. Albo mając wszystko w dupie. Sorry, nie macie potem prawa narzekać. Jedyny przypadek, który toleruję, to sytuacja w której sumienie lub światopogląd nie pozwalają zagłosować na żadnego z dostępnych kandydatów. Ale czekanie na ideał – błagam.

3. Doktryna, która mnie uratuje

Kolejny błąd przewijający się przez wszelkie fora i komentarze, to ślepa wiara w jedną doktrynę. W cudowną doktrynę, która uratuje gospodarkę.

(Tu uwaga, czym innym jest światopogląd, tu decyzje dyktuje sumienie, wiara i wartości, nie ma słusznych lub niesłusznych rozwiązań. Mowa o gospodarce.)

Im mniej ktoś wie, tym bardziej wierzy – w końcu wiara i wiedza to dwa różne światy. Gimnazjaliści mający problemy z zaliczeniem geografii, czy historii, udają na forach internetowych znawców gospodarki światowej, mają w małym palcu makroekonomię i sposoby na wszystkie problemy z którymi się borykamy. Gdyby wziąć go na światowe forum gospodarcze, przywódcy światowi słuchaliby go z rozdziawionymi paszczami myśląc O RANY DLACZEGO JA JESZCZE NA TO NIE WPADŁEM?! Tia…

Rację miał Sokrates mówiąc „Wiem, że nic nie wiem”. Im więcej wiesz tym bardziej zdajesz sobie sprawę ze swojej niewiedzy i z ogromu czynników, które rządzą światem. Ja, choć mój światopogląd mam w miarę ugruntowany (ale tu nie ma jedynego słusznego), to jeśli chodzi o gospodarkę z każdym rokiem staję coraz większym agnostykiem. Nie wiem. Nie jestem pewien. Nie podaję gotowych recept. Na serio, myślicie, że tak wiele milionów ludzi to idioci, a ty posiadłeś calutką wiedzą pozwalającą wszystko uzdrowić? Winszuję dobrej samooceny.

Tym bardziej, że większość owych internetowych specjalistów pytana o przykłady krajów w których to zadziałało, szybciutko zmienia temat. Bo nie ma przypadku w którym jedna doktryna spowodowała nie wiadomo jaki wzrost dobrobytu, który utrzymał się przez lata. Moje decyzje i podejście do gospodarki są raczej uwarunkowane kwestiami sprawiedliwości społecznej niż „leku na całe zło”. A jeśli już mam jakieś zdanie, staram się je odnosić do innych krajów (choć to też bywa zgubne o czym mowa za chwilę).

Prawda jest taka, że jeśli nawet podawane są przykłady, to uprawiany jest tu tak zwany „cherrypicking”, czyli wydłubywanie wisienek z tortu – wybieranie faktów, które nam odpowiadają. Zwolennicy podejścia liberalnego i wolnego rynku zazwyczaj w dyskusji podają przykład Singapuru. Wspaniały kraj, wolny rynek, państwo się nie wtrąca, wszystko rośnie samo. Ale… co to za liberalny kraj, w którym ponad 80% ziemi należy do skarbu państwa? :) To swego rodzaju… socjalistyczny liberalizm.

Jednym z moich ulubionych przykładów jest Szwajcaria – panuje tam miks wolnego rynku z interwencją państwa, tam gdzie to potrzebne. Owszem, wtrąca się ono i to mocno, w konkretnych przypadkach. Nie można jasno powiedzieć, że Szwajcaria jest socjalistyczna. Albo liberalna. Naprawdę rozwiązanie leży gdzieś po środku i odpowiednie łączenie ze sobą elementów jest prawdopodobnie kluczem. Ale takie kopiowanie i odnoszenie się do przykładów innych państw też jest bez sensu, bo…

4. Zaburzenia czasu i przestrzeni

…bo to inne kraje. Inne społeczeństwa. Inna historia. Szwajcarzy wychowali się na demokracji. Zjedli na niej zęby. Są bardzo dojrzałym narodem, który nie nosi na sobie piętna moskiewskiego. U nich stojący na środku słupek parkingowy nie jest NICZYJ. Nie jest PAŃSTWA. Nie należy do UNYCH. On jest WSPÓLNY. Nikt go nie niszczy, bo wie, że powstał z ich podatków. Nam do tego podejścia brakuje jeszcze bardzo dużo i przecież to nie do końca nasza wina.

Szwecja jest państwem mającym bardzo wysokie przywileje socjalne, państwem w którym żyje się naprawdę dobrze. Szwedzi na północy kraju mogą pozostawiać otwarte drzwi i nikt się do nich nie włamie. Król Szwecji jeździ do pracy samochodem, bez ochrony. Albo rowerem. Ale Szwedzi to naród wychowany na wartościach luterańskich, nieco innych od naszych. Szwecja miała też czas się dorobić – kiedy my byliśmy zajęci odpieraniem kolejnych wrogów (zabory, powstania, jedna wojna, druga wojna, sowieci), oni w spokoju budowali kraj. Grał ktoś z Was w Cywilizację? Wiecie jak staje rozwój kraju, gdy trzeba skupić się na wojnie. Zresztą to raczej nie jest jakaś tajna wiedza. Globalnie działające szwedzkie firmy mają ponad 100 lat! Kiedy mieliśmy to osiągnąć?

Oprócz innej historii i innej mentalności, mamy też inne warunki geopolityczne, czy inną liczbę ludności. Nie da się skopiować systemu z innego kraju ot tak. Choć oczywiście warto wzorować się na dobrych elementach i próbować je przeszczepiać. Lepsze to niż opieranie się na czystej teorii bez pokrycia.

Nie lepsze jest zaburzenie czasu. Wyciąganie systemów, które działały 100 czy 200 lat temu. Serio? Ja wiem, że można sobie pomarzyć o wspaniałości Rzeczpospolitej, o husarii i szablach przy kontuszach, ale proszę, zejdźmy na ziemię. Mamy XXI wiek, mamy wirtualny pieniądz, globalną gospodarkę i miliony innych czynników, które powodują, że takie rzeczy można włożyć między bajki.

5. Lewica i prawica

Ostatni błąd w myśleniu polega na rozpatrywaniu rzeczywistości politycznej na osi lewica-prawica. To dość obszerny temat, któremu poświęcę następny tekst, ale naprawdę trzeba pamiętać, że ten podział już dawno nie ma sensu, szczególnie w Polsce.

Po pierwsze podział jednoosiowy ma się nijak do rzeczywistości – klasyczna lewica jest liberalna światopoglądowo i socjalna gospodarczo (tak jak nasze Razem), natomiast klasyczna prawica jest liberalna gospodarczo i konserwatywna światopoglądowo (tak jak Korwin). Ani PiS, ani Nowoczesna zupełnie nie wpisują się w ten podział. Nie mówiąc już o tym, że przez ostatnie 25 lat lewicę w Polsce stanowili postkomunistyczni posiadacze jeżdżący wypasionymi furami, a prawicę tworzyły… związki zawodowe. To naprawdę bez sensu, nie wiem czemu dziennikarze upierają się w tym nazewnictwie, rodzi ono potem mnóstwo chaosu i nieporozumień. NIbyprawicowy PiS proponuje rozwiązania mocno socjalne (500+), natomiast nibylewicowa (według niektórych) Nowoczesna proponuje liberalne rozwiązania gospodarcze. Nie, to nazewnictwo nie ma zupełnie sensu. Zacznijmy wreszcie – tak jak w reszcie Europy – mówić o socjaldemokracji, konserwatystach, czy liberałach. Albo w jakikolwiek inny sposób.

Wiem, że tej głupszej części dyskutantów odpowiada taki podział, bo przecież łatwo wtedy zrobić podział na „dobrych i złych”, a szczególnie na „paskudne lewactwo” i „dobrych patriotów”, ale to nie bajka dla dzieci.

A więc

Pamiętaj, że warto być świadomym, obserwować i wyciągać wnioski – choć w epoce śmieciowych informacji łatwo wpadać w pułapki postprawdy. Warto się angażować i głosować, czasem podejmując dorosłe decyzje wyboru mniejszego zła, a nie czekać jak na rycerza na białym koniu. Nie ma co ślepo wierzyć w jedną doktrynę, bo to dość mało prawdopodobne, by była ona wybawieniem od wszystkich problemów. Tym bardziej, że zazwyczaj im bardziej ekstremalna ideologia, tym bardziej odrealniony człowiek ją stworzył. Dobro leży w stanach pośrednich i kompromisach. Warto opierać się na tym, co gdzieś zadziałało i nie opierać się jedynie na teoriach wymyślonych w czyjejś głowie, ale nie da się nic skopiować 1:1. I przede wszystkim warto pamiętać, że rzeczywistość to nie bajka dla dzieci z podziałem na czarnych i białych, czy tam białych i czerwonych. Ale o tym następnym razem.