Uwielbiam filmy Tima Burtona. Po prostu. Magię, która płynie z każdej sceny. Nie magię fantasy, magię która ma w sobie reminiscencje bajek z dzieciństwa z domieszką horroru Braci Grimm. Tak, przy całej sympatii do Terry’ego Gilliama, żal, że to właśnie Tim Burton nie nakręcił tychże. A Big Fish Burtona jest zdecydowanie w top 10 moich filmów wszechczasów. Po trailerze Osobliwego Domu Pani Peregrine byłem straszliwie nakręcony. I jak zwykle bałem się, że film nie dorośnie do trailerów. Obie Alicje były całkiem fajne, ale szczerze mówiąc nie aż na tyle, by moja szczęka gdziekolwiek opadła. Okazało się, że strach był zupełnie nieuzasadniony. Zobaczyłem wspaniałe, burtonowskie widowisko. Może bardziej dziecinne niż Wielka Ryba, może mniej mroczne niż inne jego produkcje, ale naprawdę wspaniałe! W dodatku wybrzmiewające tak wieloma innymi dziełami, że pokusiłbym się o zestawienie ich niczym składników koktajlu.

Głównym jego składnikiem będą oczywiście fantastyczne klimaty znane z Alicji, czy Big Fish. Trudno też nie zauważyć mocnej nuty X-men. Nie bez powodu – scenariusz napisała Jane Goldman, ta sama która stworzyła X-Men: First Class. I tu mamy do czynienia z osobliwymi dziećmi posiadającymi różne zdolności. Wszystko jednak w zupełnie innym sosie – willa przypomina bardziej Tajemniczy Ogród, czy wręcz Harrego Pottera. Dzieciaki razem ze swoimi zdolnościami pasują bardziej do Angielskiego Pacjenta niż do filmów science fiction. No właśnie – film opowiada o grupkach dzieci ze specjalnymi zdolnościami, których nie akceptuje społeczeństwo (brzmi znajomo?), które żyją na własne życzenie uwięzione w różnych pętlach czasowych. Tak, tak. Pętlach czasowych. Dzień Świstaka? Oczywiście! A także podróż w czasie, ale taka bardziej z Time traveller’s wife, albo nawet Age of Adeline – wątek starzenia się tylko jednego z partnerów też tu się przewija. Czy to koniec odniesień? Bynajmniej! Mamy więc na samym początku smaczek przypominający Stranger Things. Mamy Evę Green będącą Sherlockiem Holmesem w spódnicy (fajka, umiejętności analitycznego myślenia). A gdy już rozpędziłem się w przywoływaniu inspiracji, na sam koniec dostałem scenę rodem z Titanica – naprawdę trudno ją przegapić! Smak Wielkiej Ryby jest też wszechobecny od samego początku i każdy fan tego filmu go dojrzy.

Ale nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że film jest wtórny, czy świeci światłem odbitym. Bynajmniej. Inspiracje są delikatne i zupełnie nie przykrywają głównego wątku, który – pomimo moich obaw – wcale nie psuje się i rozwija całkiem ciekawie. Owszem, jest trochę scen amerykańsko naiwnych, czy wręcz młodzieżowych, ale przecież główne role grane są przez dzieciaki. No tak – scena ze śpiącej królewny – ale to przecież motyw obecny nawet w Matrixie.

A jeśli jeszcze nie przekonałem was burtonowskim klimatem Alicji w Krainie Czarów, ani podróżami w czasie, ani pętlą czasową, ani klimatami przedwojennej angli, x-menami, czy nawet Harry Potterem, to dorzucam głównego villaina granego przez samego, genialnego Samuela Jacksona. W sposób naprawdę genialny! Nie aż tak przerysowany jak w Django, nonszalancki jak w Pulp Fiction. Genialny! O muzyce, kolorach i pracy kamery pewnie nie muszę wspominać. Muzyka symfoniczna rozbrzmiewa przez cały czas, co nadaje całości prawdziwej epickości.

Trzeba, koniecznie trzeba. Nie jest to najgenialniejsze dzieło Burtona, jednak każdy kto ceni jego twórczość musi tę historię zobaczyć. Ach no tak. Czy mówiłem już, że główny bohater przypomina młodego Wojtka Klatę z Poranka Kojota? ;)

A w bonusie – polskie akcenty. Dziadek mówi do głównego bohatera “tygrysku” (po polsku!), a pod koniec filmu widzimy stary banknot 20 zł. Choć akcenty nie są do końca pozytywne – w pewnym momencie słyszymy, że w Polsce mieszkali źli ludzie, którzy atakowali innych, tylko dlatego, że byli inni. Heh, brzmi znajomo? :> No nic. Do kin! Warto.

P.S. Soundtrack zaskakuje. Choć jestem pewien, że większości w filmie nie słyszałem, to odnajdujemy na nim mnóstwo coverów naprawdę fajnych kawałków. I Knocking on heaven’s door, Ruby Tuesday, Personal Jesus, Sound of Silence, a nawet Come as You Are!

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: