Wreszcie. Wiem, że dla sporej części z Was ta gra była zbyt krótka, czytałem narzekania o tym, że to gra na dwa wieczory, ale mnie zajęło to o wiele więcej czasu. To proste, czasy kiedy mogłem grać kilka godzin dziennie minęły, więc sącząc sobie grę po godzinkę, dwie dziennie (i to nie codziennie rzecz jasna), spędziłem nad nią kilka tygodni. Czy było warto? Zdecydowanie. Czy jaram się nią tak, aby trafiła do mojego top 10? Niezupełnie. Bardzo niezupełnie. Ale po kolei.

Stara (nie)dobra liniowość

Pisałem już nie raz, że jestem fanem otwartych światów. Lubię bardzo Asasyna (choć ostatnio mnie nudzi), uwielbiam Skyrima, kocham GTA5. Zakochałem się w nowym Wieśku. Lubię zanurzyć się w świecie i podejmować samemu decyzje. Uncharted jest i zawsze było tego zupełnym przeciwieństwem. Pamiętam gdy przy okazji kolejnej części porównywałem je właśnie do Assassina 2. I trudno to porównać. W liniówce nie poszalejesz – wszędzie czekają cię niewidzialne ściany, krzaki, których nie możesz przeskoczyć (choć przed chwilą pokonywałeś o wiele gorsze przeszkody) – po prostu musisz się do tego przyzwyczaić. Dostajesz w zamian zazwyczaj bardzo dobrą fabułę, która trzyma się kupy, nie ma możliwości rozwalenia jej przez to, że przeszedłeś misje w innej kolejności. Postanowiłem więc zacisnąć zęby i dać się ponieść fabule. Zupełnie jak przy poprzednich częściach.

Grafika i animacje – TAK!

Pierwsza rzecz o której trzeba napisać to warstwa wizualna. I tak, to ryje beret. Jest zrobione pięknie. O wiele płynniej niż w produkcjach Ubisfotu, pięknie, dokładnie. Gesty postaci, detale, wszystko. Miazga. Od tej strony nie ma co narzekać, jest rzeczywiście pięknie. Tylko… niestety w większośći wypadków jesteśmy w dżungli lub w jaskiniach, więc nie ma wielkich i bezkresnych równin jak w Wiedźminie, czy Skyrimie. Co zrobić. Tak czy inaczej ta warstwa zasługuje na wielkiego plusa.

Fabuła – Tak, ale.

Fabuła jako całość w sumie jest ok. Jest skonstruowana poprawnie i nawet wciąga. Znalezienie brata po latach, retrospekcje i inne wydarzenia – można to oglądać jak film. Jedyne co rzeczywiście jest już zużyte w popkulturze jak stara szmata to motyw “złych” goniących głównego bohatera, po to by odkrył dla nich skarb. Rany, to było już w Indiana Jonesie :)

Są jednak różne fajne smaczki w stylu “kochanie, idę wyrzucić śmieci, choć tak naprawdę ruszam na przygodę życia” i inne takie.

Dialogi i monologi – Tak

To co rzeczywiście jest wspaniałe w liniówce, to fakt, że system dokładnie wie w którym miejscu przygody jesteś i co robisz. I nie chodzi mi tylko o szybkie wczytywanie save’ów (choć to dzięki temu właśnie przebiega bardzo bardzo szybko), ale o różnego rodzaju teksty w trakcie nawet wspinania. Bohaterowie ciągle do siebie mówią, gadają ze sobą, jest interakcja. Bonusem jest fakt, że przy każdym wysiłku wydają stęknięcia jak tenisistki przy backhandzie :)

Zmienność form – tak, ale… wspinaczka.

W grze robimy nieco różnych rzeczy, choć niestety podstawą jest… ale o tym za chwilę. Bo rzeczywiście robimy różne rzeczy, ale znane nam też się zmieniają. Wspinamy się, strzelamy, rozwiązujemy zagadki. Te są rzeczywiście bardzo fajnie dobrane – nie sa tak trudne aby szukać ich rozwiązań w necie, ani też łatwe tak, że ogarnia nas poczucie żenady. Jeep jest dość fajny i jest niezłą odskocznią od biegania, choć niektóre trasy ocierają się o totalne science fiction. Natomiast…

Wspinanie. Słuchajcie będę szczery. Trochę już pod koniec tym rzygałem. To znaczy może dlatego, że jestem po dobrych siedmiu latach cięcia w Assassiny i po prostu mam już nieco dość. Tym bardziej, że szukanie kolejnych stopni do wspięcia jest dla mnie soooo 2010. Od dawna już bohaterowie wspinają się jak dziki, po czymkolwiek i przestało mnie to kręcić. To było fajne w AC1, czy w AC2. Ale może po prostu mnie już znudziło. Tu jest tego pełno. Ta gra to chyba głównie wspinanie.

I tak, jest ono urozmaicone. Jest lina, jest wbijanie czekana, jest urywanie się różnych elementów co w UC zawsze było fajne. Jest nawet nowa opcja, czyli wspinaczka w deszczu, gdzie bohater ciągle się ześlizguje, ale… No po prostu chyba było tego za dużo.

Strzelanie i akcja – za mało…

Powiem szczerze. Tej wspinaczki było tak dużo, że ta gra po prostu miała dla mnie mniej akcji niż poprzednie części. O ile w trójce czułem się wrzucony w środek akcji po czym co chwilę coś się działo, o tyle tu czułem się nieco jak na wakacjach. Wspinanie, lina, podsadzanie, skrzynia, wspinanie, skrzynia, wspinanie, lina, wspinanie. Trochę strzelania. Wspinanie. Zagadki. Wspinanie.

Pod koniec gry chciałem już, by było więcej przeciwników, bym rzeczywiście musiał się wysilić. I wiecie co? Przyszła mi na myśl The Last of Us. Liniówka, w której się zakochałem totalnie. I która, prawdę mówiąc, była po prostu lepsza.

 

Więc…

Sorry Nathanie Drake’u. Uwiodłeś mnie, ukradłeś mi trochę wieczorów, było fajnie. Ale nie wessałeś mnie tak jak Trevor, czy Michael, nie oczarowałeś jak Geralt z Rivii. Nie było immersji jak przy TLOU. Była to fajna, pięknie zanimowana przygoda. Czasami nudnawa. Czasami śmieszna. Zaskakująca różnymi filmowymi zwrotami wplecionymi w akcję – urwanymi dachami, zerwanymi linami i im podobnymi. Ale prawdę mówiąc nie żałowałem, że już się skończyła. Gdyby trwała dłużej, po prostu bym się znudził.

Daję czwórkę. Piątki na pewno nie będzie, na szóstkę trzeba zasłużyć. Czy kupić? Warto to przejść, choćby, żeby zobaczyć jak dobrze może wyglądać gra. Obok The Order 1886 to najładniejsza gra. Chciałbym, żeby sandboxy tak wyglądały.

Hough.