O tym dlaczego zdecydowałem się pójść na dietę pisałem ostatnio. Nie jestem jeszcze otyły (choć mój wskaźnik BMI przekroczył 25, czyli normę), mam chude kości, dobrą budowę i potrafię zajebiście wciągać brzuch :) Postanowiłem jednak coś zrobić ze sobą jeszcze przed 40, a nie zostało wiele czasu. Nie chciałem rzucać się na żadną dietę cud – sa one często niezrównoważone, mają długotrwale słabe działania, poza tym często wykluczają pewne grupy pokarmów i wymagają totalnego podporządkowania. Nie, to nie dla mnie :)

Sukces!

Ale zanim przejde do detali pochwalę się pierwszymi sukcesami. Bo jest czym. Otóż pomimo tego, że badanie z powodu mojego wyjazdu miałem po 1,5 tygodnia, a nie po 2, to przekroczyłem założenia dwutygodniowe. I wiecie – waga wagą, przy takich zmianach często mówi się, że “2kg to duża kupa” (przepraszam wrażliwych), ale tu nie chodzi tylko o to. Pomiary, które robi mi Filip są bardziej kompleksowe. A najbardziej przeraził mnie wiek metaboliczny. Otóż wg wstępnych pomiarów wynosił on u mnie… 51 lat! PIĘĆDZIESIĄT JEDEN LAT!!! GODDAMIT. Tragjedja. Przypomnę, że nie skończyłem jeszcze 40. Po 1,5 tygodnia mogę powiedzieć, że:

  • Wiek metaboliczny: 51 -> 41
  • Masa: 74,3 -> 72,7
  • Zawartość tkanki tłuszczowej 24,9 -> 23,5
  • Zawartość wody: 53,2 -> 54,3
  • Zawartość tkanki mięśniowej: bez zmian

Nie będę Was męczył grubością fałdów skórnych, ale generalnie wszystkie spadły od 1 do 2 cm. A to wszystko bez cierpień i specjalnych wyrzeczeń. Jak?

No właśnie, jak?

Do tej pory by schudnąć robiłem dwie rzeczy:

  • starałem się mniej żreć
  • starałem się wyrabiać zdrowe nawyki

Ale miałem z tym duży problem. Otóż nie wystarczy samo mniej żreć. Gdy jadłem za mało, byłem głodny, co też wcale nie sprzyja chudnięciu. Trzeba znaleźć złoty środek, czyli ilość kalorii DLA CIEBIE. Ludzie w sieci dziwili się, gdy napisałem, że wystarcza mi 1800 kcal, ale tak właśnie jest! Wystarczy wyliczyć BMR (czyli ilość kalorii, którą potrzebuje twój organizm) na podstawie wieku, wagi i wzrostu. Następnie przemnożyć ją przez współczynnik ruchu, zalezny od tego ile ćwiczymy. A potem zadać odpowiedni deficyt aby chudnąć. U mnie te 1800 naprawdę wystarcza. Oczywiście dobrze, jeśli zrobi ci to ktoś, kto się na tym zna.

Zdrowe nawyki

Tu też miałem problem. A nawet dwa. Po pierwsze nie wiedziałem co jest zdrowym nawykiem do końca. W sieci jest mnóstwo sprzecznych teorii. Po drugie wreszcie ciężko jest to wszystko liczyć w głowie. Dlatego ścisła dieta okazała się dla mnie wybawieniem. No prawie ścisła :)

Jadłospis

Bałem się tego bardzo, ale okazało się, że  to nawet fajne. Potraktowałem to jak grę. Po pierwsze lubię wygrywać, więc stosuję się do zasad. Po drugie nie muszę wreszcie główkować co na obiad. Kupuję składniki robię, jem. Serio, nie jestem głodny! Mam 6 posiłków i czasami wręcz nie mogę już jeść. Na czym polega więc ten cały sekret?

Po pierwsze na regularności. Od dawna już nied jadłem drugich śniadań czy podwieczorków. Po drugie na rozłożeniu wszystkiego. Śniadanie o 8.30 wcale nie jest duże i tłuste. Wystarczają mi musli, a gdy mi sie znudziło – jajecznica z dwóch jajek na szynce. Serio, mogę. Tłuszczu mało. Mogę wymieniać sobie te posiłki między dniami. Drugie śniadanie o 11.00 lekkie – jogurt albo owoce. Obiad o 13 jest konkretny. Choć nie przeżeram się. W sumie nigdy nie lubiłem. Są ryby, jest mięso, czasem jest wege. Jednodaniowy. Zaraz opowiem czego w nim nie ma. Potem znowu owoce albo siakieś ziarna do skubania o 16. O 18.30 kolacja – niezbyt ciężka. Zazwyczaj sałatka, ale bycza porcja. Czasami coś innego Nie sama sałata – może być grecka, albo z jajkiem, czy z tuńczykiem. I na koniec podkurek o 19 – owoc albo kanapki z twarożkiem. Mogę te posiłki zamieniać rzecz jasna.

Na serio nie brakuje mi jedzenia, nie jestem głodny. Raczej dziwi mnie budzik 0 Jezu, znowu jedzenie? :) To co jem, a czego nie jem?

  1. Jak mówiłem brakuje raczej mocno smażonych rzeczy. Na pewno głęboko smażonych. Bardziej pieczone, ale też bez przesady, jeśli smażę to na oleju rzepakowym.
  2. Unikam dużej ilości tłuszczy zwierzęcych – tak, bekon raczej nie. Tu cierpię, choć czasem plasterek nie zaszkodzi. W ogóle z mięs raczej wołowina i piersi z kurczaka. Dla mnie git :)
  3. Nie jem słodyczy i nie słodze, ale tak już było wcześniej. Ostawiłem napoje słodzone.
  4. Raczej ryż czy kasza, a nie ziemniaki czy frytki, ale te też czasem mogę.
  5. Dużo wody, ale to chyba oczywiste
  6. Pieczywo ciemne i nie za dużo
  7. Z masła zrezygnowałem
  8. Wpieprzam trzy razy wiecej owoców i warzyw, pokochałem ostre kiełki (rzodkiewka!)

Tak to w skrócie wygląda. Ale nie musze o tym pamiętać – wołowina po burgundzku, wołowina po chińsku, kurczak po tajsku, springrollsy, codziennie czeka na mnie gotowy przepis :)

Alkohol

No właśnie. I tu zaczynają się schody. Otóż okazuje się, że alkohol jest o wiele bardziej kaloryczny niż myślałem. Pół butelki bourbona ma… 1800 kcal czyli tyle ile moja dzienna dieta! Tu muszę ograniczyć się jeszcze bardziej – od półtora roku pijam tylko w weekendy właściwie, oprócz wyjątków i mi się to udaje. Muszę jednak pamiętać, o kaloryczności – szczególnie, że rejs przede mną. Będę raczej wybierał wino. Dodatkowo często piłem różnego rodzaju drinki z colą, niestety ta zwykła ma multum kalorii.

Cheat meals

Filip cały czas mówi, że damy radę bez rezygnowania z dolce i vita. Na razie się udaje. Jednego dnia obżarłem się grillem. Po meczu wypiłem sporo bourbona. I smażona ryba była nawet. I pierogi ruskie ze skwarkami. Nie jest źle, serio.

A już za chwilę wyzwanie – Chorwacja. Ciekawy jestem jak się uda to wszystko wprowadzić na łódce. Szczególnie tak częste posiłki. Ale tam akurat z dietą nie będzie problemu – sporo owoców morza i ryb. Tłustego, bałkańskiego mięsa będę unikał. Zobaczymy! :)