Stało się. Wiedziałem, że prędzej czy później to się stanie, choć do końca w to nie wierzyłem. Wskoczyłem na dietę. Ja – obżartuch, mięsarianin, hedonista i bon vivant. Dlaczego? Jak do tego doszło? Co będę jadł? No to po kolei.

Po co?

Nie miałem nigdy potrzeby, by odżywiać się w specjalnie zrównoważony sposób. Natura obdarzyła mnie dość dobrym metabolizmem, może aż za dobrym – przez liceum i studia dbałem raczej o to by przytyć, bo nie mogłem. Przy 172 wzrostu ważyłem grubo poniżej 60 kg, by w końcu ustabilizować się właśnie na 60. Praca przy biurku spowodowała przyrost o 10 kg w nieco ponad rok i tak utrzymywało się to przez większość czasu. Aż do ostatnich lat, kiedy wskoczyło mi kolejne 5 kg.

To nie jest dużo, pomyślicie. No właśnie tak i nie. Z jednej strony daleko mi do bycia spasionym, ale powoli ślizgam się po granicy BMI, która wcale mi nie odpowiada. Dodatkowo pomiary tłuszczu też nie są satysfakcjonujące. I w końcu obiecałem sobie, że ogarnę się fizycznie przed 40-tką, a został mi – choć sam w to nie mogę uwierzyć – tylko rok. :)

Dodatkowo po mojej operacji podniebienia schudłem prawie 4 kg i widziałem jak dużo zmienia to w wyglądzie. Niestety majówka spowodowała, że wróciłem do starej wagi, więc jest dobry punkt startowy :)

Ja na diecie?

Nigdy nie wyobrażałem sobie siebie na diecie z dwóch powodów. Po pierwsze nie lubię ograniczeń. Po drugie nie jestem osobą przesadnie zorganizowaną. To powodowało, że w jeśli chodzi o jedzenie to panowała u mnie totalna improwizacja. Pomyślałem sobie jednak, że mam teraz ku temu idealne warunki – posiłki jadam raczej w domu, ja gotuję, Mary jest bardzo chętna by jeść zdrowiej. Dzieciaki jadają śniadania w przedszkolach i żłobkach, robię im właściwie tylko kolacje. Kiedy jak nie teraz?

Dodatkowo całość zbiegła się z poznaniem przeze mnie Filipa Kowalczyka, czyli jedynego lekarza i zarazem dietetyka, którego znam. Filip jest doktorantem Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (nigdy nie przyzwyczaję się do tej nazwy), a także absolwentem SGGW, Wydziału Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji. Ja jestem dość nieufny w stosunku do wszystkich cudotwórców z internetu, cudownych diet, nowatorskich teorii (które upadają po 5 latach) i innych takich, a wierze mimo wszystko w potęgę medycyny. Filip ujął mnie też tym, że obiecał dietę dostosowaną do moich nawyków. Nie będę głodował. Będę jadł smacznie. Będę mógł chadzać do restauracji i nie trzymać się diety zawsze i wszędzie w 100%. No to lecimy :) Doktor Filip zdecydował się pomóc mi w zamian za opisywanie diety na bieżąco. No cóż – risky business, ale musi być pewien że się uda :D

Na pierwszej wizycie zostałem dokładnie zbadany i przepytany. Na tej podstawie wyliczył mi BMR, czyli moje zapotrzebowanie na kalorie i ułożył dietę. I tu od razu uderzenie ze strony netu. Za dużo! Za mało! W sam raz! Ludzie, nie można w ten sposób oceniać czyjejś diety. Dla jednego 1800 kcal to cholernie mało, dla innych to bardzo dużo. Mnie ze wzoru Harrisa-Benedicta wyszło 1681 kcal :) Do tego współczynnik aktywności i inne wyliczenia – na serio nie ma co sugerować się tym, co mają inni. Swoją drogą moje burgery i steki mogły was zmylić, ja naprawdę nie jadłem nigdy aż tak dużo. Mam lekka przepukliną żołądkową i nigdy nie jadłem zbyt dużych porcji. Od wielu lat nie słodzę herbaty, od niedawna kawy, od roku nie pijam prawie słodzonych napojów. Nie jem słodyczy.

Co będę jadł?

Największym wyzwaniem jest jedzenie według planu. Chociaż… nie do końca. Jestem w ciągu dnia na tyle zajęty, że nie miałem zbytnio czasu wyszukiwać inspiracji i decyzje podejmowałem w sklepie. Zazwyczaj robiąc coś co już wcześniej jadłem. Teraz pod tym kątem powinno być łatwiej :)

Przede wszystkim mamy jeść częściej. Śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek, kolację i… podkurek! Tak, posiłek o 21 :) Chodzimy spać o północy, więc trzeba jeszcze zjeść coś wieczorem, a ta staropolska nazwa ostatniego posiłku cholernie mi się podoba :> Jedzenie specjalnie się nie powtarza, takie były założenia – nie lubię jeść tego samego kilka dni z rzędu – dwa dni wystarczą.

Na śniadanie to owsianki i muesli własnej roboty. Trochę się tego przestraszyłem, ale dziś zjadłem płatki z jogurtem, startym jabłkiem, miodem i pestkami słonecznika i… nie zostało ani trochę. Naprawdę dobre. Na obiad kurczak w cukinii i brązowy ryż, na kolację sałatka z tuńczyka. Na mniejsze posiłki jogurt, jabłko i truskawki. Da się chyba żyć :>

Do tego woda. Piłem zdecydowanie za mało wody.

Ruch!

Oprócz tego oczywiście więcej ruchu. Codziennie rozwozimy dzieciaki do przedszkola i żłobka rowerem, w weekendy staramy się też trochę pedałować. Mam zamiar wrócić do regularnego pływania – skoro kupiłem już smartband, który to mierzy… :>

Czego się boję?

Wiem, że jestem w stanie trzymać się zasad. To jak w grach, nigdy nie miałem z tym problemu. Wiem, że mogę czasem cheatować, ta dieta to zakłada. Ale nie wiem jak często będę chciał. Najgorzej, że teraz są wakacje, a pewnie kilka razy wyjedziemy – wtedy będzie znacznie trudniej. Ale Filip obiecał wskazówki wyjazdowe. Pierwszy test już za dwa tygodnie – Chorwacja. Ale w sumie wszystko jest do zrobienia.

Plan jest prosty – najpierw rzeźba, potem masa. Odwrotnie nie chcę. Przy mojej fryzurze źle by to wyglądało ;)

Wish me luck!

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: