Jedziemy. Myśli jeszcze skłębione wokół codzienności i napięć przed wyjazdem – przecież zawsze są jakieś napięcia przed wyjazdem. Szczególnie jeśli to wyjazd z dzieciakami. GPS kieruje nas jakąś wyjątkowo dziwną trasą – w końcu majówka, Polska zakorkowana. Jedziemy, krajobraz się zmienia stresy powoli topnieją – jak to przy dalszym wyjeździe. Ale tym razem dzieje się coś więcej.

Bo nagle drogowskazy pokazujące te mniej i bardziej znane miejscowości zaczynają wyświetlać nazwy zgoła magiczne. Gdzieś tam miga Cisna, gdzieś tam Baligród, czy Zagórz. A każde pojawienie się takiej nazwy szarpie jakąś strunę gdzieś tam w środku. I nagle zaczynam czuć się jak na peronie 9 i 3/4. Zdaję sobie sprawę, że ja naprawdę będę za chwilę w Bieszczadach. I naprawdę czuję w tym wszystkim jakąś niewiarygodność sytuacji. Którą podkreśla zaraz czający się przy drodze zając, czy sarna. Lub znaki “Uwaga, rysie!”, i “Uwaga, niedźwiedzie!”

***

Nie spędziłem całego życia w Bieszczadach. Prawdę mówiąc byłem tam kiedyś raptem trzy razy – raz jako kwatermistrz, raz jako komendant obozu wędrownego. Raz na krótki, kilkudniowy wyjazd. Potem, po latach, w 2015 roku przyjechałem na Tweetup – już z rodziną. W tym roku powtórzyłem to samo. Ale Bieszczady zawsze były gdzieś tam w mojej głowie – osoba, która związana jest z nurtem poezji śpiewanej i turystyki górskiej musi znać Bieszczady. Były dla mnie magiczne od zawsze, ale dziś ta magia jest jeszcze silniejsza. Z kilku powodów.

Kocham góry. Kocham i nie rozumiem jak można ich nie kochać. To w sumie śmieszne, gdy próbujesz to uczucie rozebrać na czynniki pierwsze. Bo czymże różni się górzysty teren od płaskiego? Dlaczego zwykłe ukształtowanie terenu tak wiele znaczy? Nie wiem. Może to właśnie górska wędrówka, która wymaga od człowieka wysiłku? Może. Choć dla mnie nigdy nie była to kwestia wysiłku, czy potu i walki ze sobą. Może to górskie widoki? Na pewno tak. Ubóstwiam je i jako osoba doceniająca piękno natury mogę gapić się godzinami na szczyty gór tonące w cumulusach, na malownicze doliny, czy bezkresne połoniny. A może to bliskość natury, której na codzień mam tak mało? Pewnie tak.

***

Jestem z Warszawy. A to oznacza, że morze zawsze oznaczało okolice Władysławowa, a góry – Tatry i ewentualnie Beskid. Sudety były za daleko, w Bieszczady z rodzicami też nigdy się nie zapuściłem. W latach 80, czy 90 była to w ogóle bardzo długa eskapada.

Nie przepadam za Tatrami. Przepraszam. Pierwsze z czym mi się kojarzą, to kwintesencja kiczu. Gdy myślę “Tatry” widzę tysiące tandetnych pamiątek, misia z Krupówek, spłyconą do granic możliwości pod turystów kulturę podhalańską. Widzę oscypka serwowanego nawet nad morzem, widzę tandetne ciupagi. Widzę tłumy ludzi na Gubałówce, tabuny na drodze do Morskiego Oka. Owszem, zgodnie z moją życiową filozofią staram się znajdywać tam to co mnie cieszy. Zeszłoroczny weekend w Kościelisku miał swoją magię, ale nie nazwałbym tego ucieczką z miasta – te okolice są bardziej zaludnione niż moje rodzime Zacisze. A do tego kwintesencja polskiej brzydoty, czyli szyldoza, reklamoza, fontoza. Pełno billboardów, szmat reklamowych, szyldów i krzykliwych napisów. Wszędobylskie, agresywne zagospodarowanie turystyczne. Nie, nie jestem w stanie zbytnio tam odpocząć. Owszem, cieszą oko alpejskie, ostre szczyty, choć prawdę mówiąc wiem, że na większość z nich nie wejdę, szczególnie z dzieciakami. Są jak ładna fototapeta.

***

Jakimś cudem Bieszczady ominęła ta fala kiczu. Nie były tak hołubione przez przedwojennych i powojennych poetów – gdy myślę o twórczości na bieszczadzki temat to od razu przychodzą mi do głowy lata 70, Wojciech Bellon i późniejsi “górscy” twórcy. Może to fakt kiepskiej sieci dróg (niedawno zmodernizowanej), wschodniego położenia? Fakt, przez całe dekady były symbolem dziczy. “A może to wszystko pieprznąć i uciec w Bieszczady?”.

Nie załapałem się wiekowo na najbardziej “klasyczny” okres turystyki kwalifikowanej w Polsce. Lata 70, czy nawet 80. No może końcówkę. Zdobywałem jeszcze odznaki PTTK – mam małą złotą OTP, małą srebrną GOT i parę innych. Na moich oczach kurczyła się liczba osób je zdobywające, a PTTK stawało się machiną do zarabiania kasy. Nie załapałem się też na “harcerskie” bieszczady, pełne stanic i ludzi w nich mieszkających nawet po kilka czy kilkanaście lat. No może na końcówkę – spałem w stanicy w Lisznej, byłem na festiwalu w Wołosatem. To se ne vrati. Załapałem się za to na festiwal Bieszczadzkie Anioły i koncery WGB, czy SDM. To pewnie też nie wróci w takiej formie jak kiedyś, chociaż nie ma co narzekać. Ta magia się zmieniła, ale ciągle tam jest.

***

Jest rok 2016. Wjeżdżam i cieszę oko. Mój wewnętrzny akumulator wymagający sporej dawki rzeczy pięknych, ładuje się momentalnie. Zero reklam. Zero szyldów. Zero krzyku. I zieleń, wszędzie zieleń. Wstęgi dróg przecinające lasy i łąki. Konie na pastwisku. Owce. Kozy. Stary sklep z ławeczką na której “bieszczadzki anioł” popija tanie wino. I drogi na których nadal spotykasz jeden samochód raz na kilka minut. Niesamowite.

Ale to już zupełnie inne warunki niż te w 1997 roku. Nie to, że nie chciałbym przespać się tam pod namiotem, ale jest już tu naprawdę gdzie dobrze zjeść (Chata Wędrowca, Kudłaty Anioł, Wilcza Jama). Jest gdzie przenocować za śmieszne pieniądze, w naprawdę dobrych warunkach – choćby Pod Wysoką Połoniną.

Ale wiesz co? To nie tylko kwestia tej dziczy. To kwestia czegoś więcej i ja nie jestem w stanie zupełnie powiedzieć ci czego. Bo to coś nieuchwytnego, coś co istnieje tylko tam. Są rejony o wiele bardziej dzikie – w Beskidzie, czy na Pogórzu Przemyskim. Rejony gdzie możesz nadal wędrować samotnie. Ale tu nie o to chodzi.

Pamiętam sytuację z 1997 roku, gdy do Baru w Wołosatem weszło dwóch dresiarskich turystów. Rzucili od drzwi:
– Dwie tequille!
Wszyscy zamarli, zrobiło się cicho, po czym rozległ się gromki śmiech i ktoś krzyknął:
– Gościu, nie ta bajka!

No właśnie. To właśnie ludzie stanowią o sile tych gór. I nie mówię tylko o ludziach tu mieszkających. Mówię o tych, którzy w Bieszczady się zapuszczają. To nie nadmorscy turyści żądni wygodnych ławek, leżaków i taniego piwa z sokiem w plastikowym kubku. To nadal plecak, gitara i zabłocone buty. Choć tequillę pewnie już tu dostaniesz :)

Jeśli więc nigdy nie byłeś w Bieszczadach, to koniecznie musisz to nadrobić. Oczywiście jeśli do szczęścia wystarcza ci piękne widoki, wspaniali ludzie i niesamowite jedzenie. Ja w tym odnajduję radość niezmierną. Większą niż w niejednym miejscu w którym znalazłem się za olbrzymie pieniądze.

“A góry nade mną jak niebo,
A niebo nade mną jak góry”

Tym bardziej, że w tym roku była to jedna wielka wyżerka. Przez pierwsze dni w ramach #tweetupx grillowaliśmy (to znaczy ja głównie jadłem) i obżeraliśmy się pod okiem Tomka Czajkowskiego z Magiczny Składnik. Dawno tyle nie zjadłem – na grillu robiliśmy nawet szparagi. A potem po prostu łaziliśmy po górach i jedliśmy w okolicznych karczmach popijając to obficie lokalnymi piwami. A dzieciaki? Czy może być co fajniejszego od zakładania “bazy” pod wielkim, rozłożystym świerkiem? Spędzały czas offline. I wchodziły z nami na połoniny, o czym niedługo napiszę na Mikemary

Wrócę. Już niedługo. Jesienią. Nigdy nie byłem tam jesienią, ale wiem po zdjęcia, że to dopiero jest niesamowita niesamowitość. I sama ta myśl będzie powodowała, że nie będę martwił się zbytnio końcem lata.

Hej, Bieszczady! Tęsknię.