To było w lutym tego roku. Jechaliśmy do Wrocławia w ramach promowania Europejskiej Stolicy Kultury. Właściwie jechałem sam z dzieciakami – Mary z jakichś powodów miała dojechać na drugi dzień. Podróż z dzieciakami zajęła mnie na tyle, że nie zastanawiałem się specjalnie nad samym wyjazdem. Aż w końcu wjechałem do miasta i zaczęło ogarniać mnie dziwne ciepło. Rozglądałem się i uśmiechałem mimowolnie, trochę jakbym wrócił do domu. Tęskniłem, cholernie tęskniłem. Ja – warszawiak. Ale, żeby to zrozumieć musimy cofnąć się o dekadę.

Równo o 10 lat od dziś. Bo właśnie wtedy, 27 maja 2006 roku jechałem ze swoją dziewczyną Marysią w kierunku tego zupełnie nieznanego mi miasta. Mój poczciwy Renault Kangoo wyciskał co fabryka dała, choć podróż i tak miała być bardzo długa. To właśnie z tego powodu Wrocławia zupełnie nie znałem – leżał zawsze zupełnie nie po drodze. Mijałem go kilka razy pociągiem w drodze w Sudety, ale moja oś podróży po Polsce zazwyczaj – jak to w stolicy bywa – przebiegała od Zakopanego po Gdańsk. Czasem Poznań. Ale Wrocław?

Jechaliśmy, a ja zastanawiałem się co mnie czeka. Choć zupełnie nie myślałem o mieście. Miałem w końcu poznać moją teściową i przyszłego szwagra. Oni okazali się bardzo w porządku. A miasto? A miasto pochłonęło mnie zupełnie i nieodwracalnie. Stając się moim drugim domem.

To właśnie dlatego niecałe 10 lat później na widok Wrocławia zrobiły mi się mokre oczy. Bo przez dekadę od wjechania do miasta po raz pierwszy miałem je odwiedzać co najmniej raz na trzy – cztery miesiące. Poznać miasto zupełnie inne od mojej rodzinnej Warszawy. Zakochiwać się w tym mieście i uzależniać. I poznawać chyba najbardziej uzależnionych od swojego miasta ludzi na świecie. A potem… A potem po prostu z różnych powodów przestaliśmy tu tak często przyjeżdżać. Nie myślałem o tym jakoś szczególnie, ale właśnie wtedy miało mnie to uderzyć z tak wielką siłą. Nie widziałem Wrocławia przez rok. Zdecydowanie za długo. I zdecydowałem, że to się już więcej nie powtórzy. Bo uzmysłowiłem sobie nagle, że ja już tu wcale nie jestem turystą. Że przez te dziesięć lat zostawiłem tu serce i będzie to już na zawsze moje miasto. Wybacz Warszawo. Kocham Cię. Kocham Cię, choć to miłość momentami cholernie trudna. Ale jeśli chodzi o miasta, mogę pozwolić sobie na poligamię. Na miastopoligamię. I kochać więcej niż jedno miasto.

Wrocław był tak różny od mojej odbudowanej po wojnie Warszawy. Miasta jednej rzeki i kilku mostów. Miasta wielkiego i różnorodnego, które musisz odnaleźć, które musisz sobie skonfigurować. Miasta, które jest zupełnie inne dla każdego. Tu wyszedłem przed kamienicę i od razu zostałem porywany przez magię uliczek, parków i różnorakich zakamarków. I mostów, niekończących się mostów. To było najbardziej niesamowite – przyzwyczajony do prostego podziału na lewą i prawą stronę rzeki przez którą przerzucono kilka mostów, nie mogłem napatrzeć się na ich miliony. Próbowałem je ogarnąć, ponazywać, zapamiętać. Na próżno. Pojawiały się co chwilę i znikały, gdy już myślałem, że jestem na drugiej stronie, wyrastał przede mną kolejny. I kolejny. Duży, mały, wysoki i niski. Szeroki, wąski, tramwajowy, samochodowy, pieszy.

Pierwsze wrażenie, które odnosi warszawiak w mieście z piękną starówką to „O, jak Kraków“. Ale miasto to jest tak inne od Krakowa. I nie obraźcie się, moje krakusy, bo wasze miasto też lubię, ale będzie one dla mnie zawsze nieco bardziej zdystansowane. Może przez te wszystkie zpiwnicobaranowane opary dymu, przez to specyficzne zadęcie, a może po prostu przez tę grubą nie do przebicia warstwę pluszowych smoków Wawelskich i innego badziewia tworzącego otulinę fajansu i chłamu Podhala. Tu tego nie ma. Jakieś tam stojaki z pamiątkami poukrywane są w kamienicach na rynku (Wy mówicie chyba w rynku?), a jedynym turystycznym elementem są wszędobylskie krasnale mające o wiele świeższy rodowód niż smoki i inne bajki.

Ale najważniejszy element Wrocławia, to wcale nie te kamienice i wąskie uliczki. To nie mosty i odnogi Odry. To nawet nie parki – choć te są wspaniałe i przepiękne. To nawet nie to niemieckie budownictwo, choć ono też imponuje mi bardzo. To ludzie. To po prostu ludzie.

Po pierwsze Wrocław to nie miasto wypełnione turystami. Owszem, jest tu ich sporo, ale czuć na każdym kroku, że to nie oni są tu najważniejsi. Może dlatego nie sprzedaje się tu tyle fajansu i chały na każdym kroku? Wrocław to studenci. To miliony studentów wszystkich narodowości i właśnie to odczuwam i odczuwałem na każdym kroku. To czyni z niego miasto wieczorami lekkie i rozimprezowane. Wesołe i rozbrzmiewające polskim, angielskim, niemieckim czy hiszpańskim.

Ale Wrocław to jego mieszkańcy. I tu muszę przyznać otwarcie – nie widziałem czegoś takiego nigdy i nigdzie na świecie. Bo trudno spotkać ludzi bardziej zakochanych w swoim mieście niż wrocławianie. Otóż każdy czuje – mniej lub bardziej – lokalny patriotyzm. Pamiętam, gdy wypuszczałem serię koszulek z miastami, że mnóstwo ludzi z mniejszą lub większa dumą przyznawało się do swojego miasta pochodzenia i o nim coś mówiło. Ale wrocławianie uwierz mi, to jest zupełnie inna liga. To ludzie tak bardzo zakochani w swoim mieście, że na początku nie ogarniasz o co chodzi.

Ja w sumie też. Tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć. Kiedyś znalazłem mapkę na której zaznaczono wyniki badań „Które miasto jest według ciebie najpiękniejsze w Polsce“. Cała Polska wskazała Kraków. Prawie cała. Wrocław wskazał Wrocław :)

Śmieję się, że mają swoje miasto stosunkowo od niedawna i nie mogą się nim jeszcze nacieszyć. Ale to raczej w kategoriach dowcipu. Oni po prostu tacy są. Mogą rozprawiać o mieście godzinami, a gdy gdzieś tam w Polsce, znajdą swojego to zachowują się jakby byli z tego samego, tajnego bractwa. A powiedz tylko jakieś złe słowo o tym mieście!

Wrocław zmieniał się mocno przez te 10 lat, a ja stopniowo zostawiałem tu serce. Dekadę temu nie dało się tu wjechać od tej samej strony – wszędzie rozkopany, niekończące się remonty i duch powodzi, która zmieniła go stosunkowo niedawno. Patrzyłem jak buduje się Rondo Reagana, jak buduje się wcina S8. Jeździłem coraz to nowymi trasami – najpierw S8, potem szczątkami A2, przez Kalisz, przez Turek, przez Łódź. Widziałem jeszcze stary dworzec PKP, jak powstają i upadają różne knajpy wokół rynku. Udało mi się napić na Wyspie Słodowej i nie być spisanym. Udało mi się nawet wracać – lekko porobionym będąc – przez las. Nigdy w życiu tak bardzo nie wystraszyłem się dzikich zwierząt. Dopiero po chwili zorientowałem się, że idę wzdłuż muru Zoo.

I nagle te wszystkie wizyty, te wędrówki uliczkami, nocne powroty na Szczytnicką i Biskupin, śnieg pod nogami, na Moście Zwierzynieckim, letni rejs po Odrze, błoto na Placu Społecznym i jesienna ekstaza wizualna w Parku Nadodrzańskim, to wszystko złożyło się w jedną całość. Nie znam jeszcze wielu ulic, nie ogarniam do końca topografii miasta. Ale wiem jedno – nie jestem już tu turystą. To moje miasto.

Wroclove.

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: