Kojarzycie słodkie zdjęcia z Naszej Klasy? Wiecie, meblościanka, najlepiej jeszcze Papież Polak na ścianie. Albo Jezus. Albo Matka Boska. W rogu data na pomarańczowo – pewnie zrobione jakimś starociem. Dziubek, ostry makijaż. Albo i nie, wszystko jedno. Zdjęcie – koszmar. Ale pod nim oczywiście wiadomo co.

“Śliczna jak zwykle!”,
“Pięknie”,
“Nic się nie zmieniasz!”,
“Najpiękniejsza!”.
I tak dalej. Słodko do wyrzygania. Nieważne jaka jest prawda – komentarze oczywiście pozytywne i słodziutkie. Zero ironii, czy sarkazmu, a to przecież po nich poznaje się ludzi inteligentnych! Wiocha co? No nie. Niezupełnie. To nie oni mają problem. To ty – jeśli bierzesz w tym udział – masz problem. I społeczeństwo ma problem przez ciebie.

***

Coś się w nas spieprzyło. Zdrowo. Mówię “nas” bo to nie jest tak, że dotyczy to jakiegoś pokolenia, które nadchodzi. Siedzimy w tym prawie wszyscy i jeśli czytasz ten tekst to istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, że dotyczy to też twoich roczników. Owszem, proces zdaje się nasilać jeśli chodzi o młodszych, ale młodzież zawsze była najbardziej rozwydrzona i głośna. Taka jej rola, takie zadanie. Ale dziś wszyscy jesteśmy “pokoleniem internautów”. Tym bardziej, że w sieci zachowujemy się jak nastolatki.

Dzięki demokracji każdy ma głos. Dzięki internetowi może go wyrażać publicznie i być oglądanym przez tysiące. Problem polega na tym, że ten głos często jest szybszy niż myśli. Bo myśli potrzebują trochę czasu, aby temat przetrawić. Aby się nad nim zastanowić. Ale na to nie ma czasu. Nie ma też empatii i zrozumienia. Bo jak ją czuć przez szklany, czy plastikowy ekran? A ja stawiam tezę, że to właśnie nagłe wejście w rzeczywistość pełną komentarzy i interakcji, w rzeczywistość pełną dyskusji, powoduje, że trochę wariujemy. Bo przyszło to nagle, po tysiącach lat. I my nie możemy się w tym odnaleźć.

Prawda?

Patrzę sobie na komentarze w sieci i naprawdę sytuacja staje się zła. Nie chodzi mi tylko o klasyczny “hejt” – do niego jeszcze tu dojdziemy. Całą sprawa zaczyna się o wiele wcześniej. Otóż w sieci zapomnieliśmy o pewnej rzeczy, która towarzyszyła nam od wieków. Mówienie tego co się myśli to nie zawsze najmądrzejsza rzecz. To rzecz na którą mogą pozwolić sobie dzieci. Które powinny przestać to robić gdy staną się dorosłymi.

Czy w offlajnowej rzeczywistości zawsze mówimy prawdę?

– Cześć, strasznie grubo dzisiaj wyglądasz. Przytyłaś?
– Ta fryzura pasuje ci jak jak świni siodło, ryj ci się gruby robi!
– Ale się posunąłeś, ja pierdziele, wyglądasz jakbyś miał 50 lat.
– Co to za makijaż? Wyglądasz jak tania dziwka.

No więc wyobrażam sobie, że ktoś jest wobec mnie tak szczery. Wyobrażam sobie nawet takie dwie osoby. Może trzy. Moi najbliżsi kumple. Może dlatego, że my możemy sobie dogryzać, może dlatego, że liczę się z ich zdaniem, może dlatego, że jesteśmy na tyle blisko, że to WYPADA. Bo tak sobie ustaliliśmy. Pamiętasz to zamierzchłe słowo? Oznacza ono, że pewne zachowania są akceptowalne, inne mniej. Żeby nam się lepiej żyło.

Ale jeśli nie znam cię w ogóle, albo znam cię tylko przelotnie, jeśli nie wypiliśmy razem skrzynek piwa i nie zjedliśmy beczki soli, to za przeproszeniem gówno obchodzi mnie twoja “szczera” opinia. Chyba, że o nią pytam. Ale na pewno nie obchodzi jeśli wyrażona jest w sposób, który balansuje gdzieś na pograniczu szczerości i… prostactwa.

Nie, nie mówimy ZAWSZE prawdy. Dorosłe życie jest pełne różnego rodzaju zawiłości, a sztuka dyplomacji zawsze charakteryzowała ludzi inteligentnych. Dlaczego staliśmy się takimi prostakami?

Ale że tak sobie tylko kadzić?!

Jakiś czas temu w grupie znajomych odbywała się dyskusja na podobny temat. Wtedy jedna z osób powiedziała:
– Ej, to bez sensu, chodzi o to, żeby sobie mówić tylko miłe rzeczy?
I wtedy inny znajomy odpowiedział z rozbrajającą szczerością:
– Tak! Właśnie tak. Chodzi o to, by sobie mówić miłe rzeczy.

Tak. To nie jest tak, że cały świat czeka na twoją opinię. Że wszystkich obchodzi co masz do powiedzenia. Że od niej zależą losy świata. To, że masz taką możliwość, to, że istnieje okienko do wpisania komentarza i przycisk enter, nie oznacza, że MUSISZ ją napisać. W świecie rzeczywistym istnieje zawsze możliwość powiedzenia czegoś na głos. Jednak nie zawsze z niej korzystasz. To może być być w erze egocentryzmu i narcyzmu dziwne, ale gdy coś mówisz, to nie robisz tego tylko po to, by spełnić swoją potrzebę.

Beka i szydera

Ale to dopiero początek. Bo przecież brutalne powiedzenie prawdy w oczy, to nic takiego przy innych rzeczach, które dzieją się w sieci. Na przykład beka. Toczenie beki to wspaniały sport, który istniał od zawsze. W świecie nastolatków. Tak, sam potrafiłem wyśmiewać się z wielu spraw i wielu ludzi. Ba, byłem mistrzem szydzenia – w swoim czasie potrafiłem wyszydzić nawet kamień polny, gdyby nadeszła taka możliwość. A tematów wokół jest tak dużo. Problem polega na tym, że o ile dojrzewający nastolatek poszukujący systemu wartości, mający tony kompleksów, będzie częściowo usprawiedliwiony, o tyle osoba dwudziesto, czy trzydziestokilkuletnia – średnio.

A tematów jak pisałem nie brakuje. Jest przecież cała Polska B. Są wieśniaki, są wieśniary. Są całe grupy społeczne i rasowe z których można toczyć bekę. Są w końcu inne grupy – zawsze można wyciągnąć jakieś stereotypowe zachowanie, albo zachowanie jakiejś jednostki i ekstrapolować (trudne słowo) na całość. Gdy byłem nastolatkiem, szydziłem z innych w mechanizmie obronnym. Bo śmiano się z tego, że byłem harcerzem. Miałem to niby gdzieś, ale podświadomie buntowałem się i potrzebowałem odreagowania. Dopiero później zauważyłem, że te chłopaczki w dresach, którzy rzadko kiedy opuszczali swoje osiedle, po prostu próbują poczuć się lepsi ode mnie.

I wiecie co – gdy widzę osoby szydzące, widzę właśnie kompleksy. Widzę osoby, które za wszelką cenę próbują poczuć się od kogoś lepsi. Widzę młodych wannabe dziennikarzy, którzy skończyli dziennikarstwo i nie mogą przeżyć tego, że jakieś blogery bez wykształcenia zgarniają grupy hajs pisząc średnio lotne teksty. Widzę całe społeczności zebrane na fanpage’ach typu “beka z…”, albo “zdelegalizować…”, które niczym prymitywny lud zebrany na linczu podjudzają same siebie nawzajem. Aż trudno nie skojarzyć…

I to wszystko w prymitywnym sosie. Pisałem już nie raz, że urodziłem się w momencie, który pozwolił mi dobrze obserwować przemianę wieków. A jest ona niesamowita. O ile w latach 90, mogłeś rozpoznać po słownictwie czy masz do czynienia ze studentem wyższej uczelni, czy z robotnikiem z pobliskiej budowy, o tyle obecnie nie ma na to szans. Staliśmy się jako społeczeństwo prostakami, a może przez te szklane ekrany, za którymi się schowaliśmy, spowodowały, że to chamstwo z nas wyszło.

Ostatnio ktoś wpadł na pomysł, by napisać żartobliwy tekst (też dość prostacki swoją drogą) do człowieka nazywającego się Naapada Nabang. Bo się śmiesznie nazywa. Więc można pocisnąć…

dzicz-2

Więcej poczytacie o tym u Janka, ja tylko dodam, że to właśnie jest beka o której piszę. Prymitywna, żałosna i prostacka. Dlaczego? Osaczylibyśmy tak człowieka siedzącego w restauracji?

Zaraz zaraz. A dogryzki, krytyka i satyra?

No właśnie. Doszedłem już do takiego momentu w którym możesz powiedzieć “Ej, ej! Mówię żartobliwie prawdę, bo to taka dogryzka! Albo po prostu krytykuję, nie można tylko chwalić! Toczę bekę, bo to jest satyra! Nie masz poczucia humoru?”. To po kolei.

Dogryzać mogą mi bez ograniczeń, jak już pisałem, trzy osoby. Moich trzech dobrych kumpli. Bo się dobrze znamy. Bo jesteśmy na takim etapie znajomości. Bo sobie na to pozwalamy. Ale dlaczego mam pozwalać, by robiła to osoba, która zna mnie z netu i widziała mnie w życiu może 5 razy? A może nawet nie zna i nie widziała? Nie mam z nią żadnych głębszych relacji. Ja wiem, że dzisiaj od razu przechodzi się na “ty” i jest się ze sobą dość bezpośrednim, ale szczerze – jest spora szansa, że nie mam zamiaru wysłuchiwać od ciebie głupich dogryzek, bo po prostu nie jesteśmy ze sobą tak blisko. Nie mają one dla mnie żadnej wartości. Może dlatego, że ja sam znajduję małą przyjemność w ciśnięciu komuś co chwilę. Może dlatego, że praktycznie wyzbyłem się kompleksów?

Krytyka? Owszem. Ale krytykę przyjmuję w dwóch przypadkach.

Po pierwsze gdy osoba, która mnie krytykuje jest dla mnie autorytetem. Po drugie, gdy krytyka jest konstruktywna i coś z niej wynika. Coś więcej niż chęć popisania się przez osobę, która ją wygłasza, czy też chęć publicznego pokazania swoich kompetencji. Nie jestem niczyim manekinem treningowym, pomagającym podbudować swoje ego. I wiesz co, zazwyczaj oba punkty są ze sobą połączone. Bo osoby będące autorytetem w danej dziedzinie, potrafią konstruktywnie skrytykować – a mianowicie tak, aby coś dla krytykującego z tego wynikło. Aby uwierzył, że robi coś źle. Aby coś poprawił. Ale prawdę mówiąc ta funkcja krytykowania nie potrzebuje rozgłosu i poklasku. Nie potrzebuje publiki. Bo wtedy staje się to właśnie parodią krytyki. O jakże często widzę krytykę w jakimś komentarzu i widać tak wyraźnie, że jest ona tylko po to, by krytykujący zabłysnął swoją kompetencją. By podbudował swoje ego.

A satyra? No cóż. Satyra z założenia jest śmieszna. Ja wiem, że to kwestia bardzo względna i tak jak mnie nie śmieszyły występy polskich standuperów na których byłem, gdy opowiadali, że “i kurwa wyszedłem kurwa z tą dziewczyną kurwa, a ona jeb! I chuj.”, tak wiem, że dla niektórych będzie to fun. Mimo wszystko, aby coś nazwać satyrą trzeba więcej niż prymitywne “dojechanie” kogoś przed publiką. I tu znowu mam wrażenie, że koszarowy humor przysłonił wszystkie inne formy. Od fraszek i limeryków, które też kiedyś bywały uszczypliwe, po inteligentny humor absurdu znany choćby z Monty Pythona. Pastisz, parodia – to wszystko jest śmieszne, ale wymaga czegoś więcej niż “hyhy pacz jaki kutas!”. To NIE jest satyra. A ty pewnie nie jesteś satyrykiem.

Danie główne – hejt

A kiedy już przejdziemy przez tony dogryzających i czepiających się jak rzep psiego ogona ludzi, kiedy przebrniemy przez tysiące toczących bekę i szydzących bez litości, dochodzimy do creme de la creme. Do hejtu.

Dlaczego używam tego słowa, a nie słowa “nienawiść”? Wyjaśnił to pięknie profesor Bralczyk. Nienawidzenie jest stanem umysłu. Można kogoś nienawidzić i nigdy o tym nie powiedzieć. Hejtowanie to działanie. To przelewanie nienawiści -zazwyczaj na klawiaturę. I tu właściwie można by napisać tony tomów, chociaż tyle już zostało napisane. Hejt jest wszędzie. To co mnie dziwi, to fakt jak szybko narasta. Jak niewiedza przeradza się w nienawiść. Ignorancja w agresję. Nie rozumiemy czegoś więc zaczynamy nienawidzić. Linczujemy, wyzywamy. Zatracamy wszelkie wartości, które wynieśliśmy z domu – a może nie wynieśliśmy? Słodkie matki z dziećmi na rękach posyłają ludzi do gazu i pod karabiny. Życzą śmierci i wyzywają najgorszymi wyzwiskami. Ludzie bez żadnych granic i barier nazywają swoje matki kurwami. Znikają wszelkie bariery i hamulce. Jak u nastolatków, których rodzice wyjechali zostawiając im wolny dom i zero zasad w głowie.

Tylko, że tego nie robią tylko nastolatki. To robią ludzie dorośli. Często mający 30, czy 40 lat.

Pokolenie ukryte za ekranem

Często można spotkać krytykę młodego pokolenia. Często, często, przecież to istnieje od zawsze. Najstarsze znane ludzkości teksty o tym mówią. Tylko, że my teraz staliśmy się pod tym kątem jednym pokoleniem. To nie dotyczy ludzi urodzonych po 90, czy po 80 roku. Jesteśmy jednym pokoleniem internetu. To on wyzwolił w nas dzikie bestie.

Można czytać o tym od lat. Pamiętam artykuły na ten temat z roku 2006, pewnie pojawiały się już wcześniej, gdy na pierwszych forach, a może w usenecie, pojawiły się pierwsze trolle. Problem polega na tym, że dzisiaj słowo “troll” traci na aktualności. Mam czasem wrażenie, że większość to “trolle”.

Czytaliśmy o tym, że za ekranem komputera puszczają nam hamulce – czytaliśmy i nic sobie z tego nie robimy. I to jest najgorsze. A to jest prawda – ekran komputera i brak drugiej osoby obok, powoduje, że wyłącza nam się empatia. Że mówimy to, czego nie powiedzielibyśmy, gdybyśmy stali z tą osobą twarzą w twarz.

Bo jako dorosła osoba raczej wiemy, że powinno się myśleć co się mówi, a nie mówić co się myśli. W sieci o tym zapominamy. Że niekoniecznie trzeba dogryzać innym, bo nie mamy pojęcia jaką mają wrażliwość, zdanie o sobie i jak na to zareagują. W sieci o tym zapominamy. Że głupio osaczyć w restauracji jakąś osobę i tańczyć wokół niej prymitywny taniec z obrzucaniem jej wyzwiskami. W sieci o tym zapominamy. Że bez sensu podejść do kogoś na ulicy i wypalić w twarz: “ubierasz się jak wieśniara, skąd ty w ogóle przyjechałaś?”. W sieci o tym zapominamy.

Ale to nie monitor jest winien. Monitor jako zasłona powoduje, że znika kotara i ukazuje się nasze prawdziwe ja. Być może cholernie zakompleksione i szukające innych głów z których można się wybić i zrobić potrójne salto z trzytonowym pierdnięciem ku uciesze innych.

Zahamuj chamstwo

Chamstwo. Słowo, o którym chyba już zapomnieliśmy. I nie dlatego, że ma takie sobie konotacje i sugeruje, że takie zachowanie oznacza kogoś ze wsi. Dziś nie ma to znaczenia – równie, a czasem o wiele bardziej chamscy są ludzie z miast.

Chamskie zachowanie jest naganne, bo czyni krzywdę drugiej osobie. Chamstwo było zawsze domeną ludzi mniej świadomych i mniej inteligentnych. Nie, nie chodzi o pochodzenie, czy wykształcenie. Chodzi o pewną ogładę, kulturę osobistą i wartości.

Powiem Wam jak to jest żyć bez chamstwa. Bo dziś niestety nawet wyłączenie monitora niewiele pomaga. Ostatnio w poczekalni prywatnej przychodni spotkałem człowieka, który chamsko wrzeszczał na recepcjonistkę, bo musiał czekać nieco dłużej w kolejce.

Bez chamstwa żyłem w Szwajcarii, dziewięć lat temu Pisałem o tym nie raz – ja wiem, że to inny kraj inna historia, inne zwyczaje. Nie chcę teraz tego rozwijać. Chcę pisać o tym, że rzeczywiście życie tam tak wyglądało. Ludzie uśmiechali się do siebie. Mówili sobie “miłego dnia” i “u mnie wszystko dobrze”. Pomagali sobie nawzajem i pozdrawiali uśmiechem nawet nieznajomych. Negatywne emocje trzymali na wodzy i niekoniecznie je werbalizowali. To dla mnie specjalny moment, bo to dopiero początki Facebooka, więc nie spędzało się tyle czasu w sieci na drażliwych tematach.

I wiecie co? Da się tak żyć. Nie umiera się z przesłodzenia. Fajnie słyszy się o dobrych wieściach, ogląda ludzkie uśmiechy i radości. Fajnie żyje się wśród ludzi kulturalnych, których obowiązuję reguły savoir-vivre’u. Gdy kierowca czeka na przejściu zanim do niego dojdziesz i pozdrawia cię uśmiechem. A ty mu dziękujesz kiwnięciem głową. Tam nawet dresiarze słuchający hip-hopu pod klatką mówili mi “dzień dobry” gdy szedłem na spacer z psem. Wiem, tam żyje się lepiej. Jest im łatwiej. Ale czy to nas usprawiedliwia?

Nie chcę chamstwa. W żadnej postaci. Nie jest mi do niczego potrzebne. Ale gdy już je widzę – oceniam po zachowaniu. Widzę tony kompleksów, widzę braki w wartościach, w wychowaniu. Widzę prostactwo. Widzę próbę wywyższenia się, która kończy się pikowaniem w dół.

Zahamuj chamstwo. U siebie (bo każdy ma go mimo wszystko w sobie trochę) i u innych. Reaguj. Reaguj, bo staniemy się już do końca spędem bydła, które tylko będzie wspominać, gdy w czasach dziadków istniały jakieś zasady, reguły i dobre zachowanie.

I pamiętaj – a mówię to na łamach tak, a nie inaczej nazywającego się bloga – są obszary w których TRZEBA dorosnąć. Zasady dobrego wychowania nie zostały wymyślone przez dorosłych, po to by gnębić młodzież. One istnieją po to, by lepiej żyło nam się w społeczności. Ogarnij to. Bo jeśli czytasz ten tekst, to istnieje bardzo duża szansa, że jesteś dorosły.

P.S. Zauważ, że notkę pisałem w pierwszej osobie liczby mnogiej. Bo przecież kamieniem nie rzucam. Nie raz zdarzało mi się tak zachowywać i jeszcze zdarza. Choć coraz częściej udaje mi się użyć magicznej kombinacji klawiszy: Ctrl-A, Del. Polecam.

 

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: