Zdarzyło wam się wrócić do jakiejś gry w którą graliście jakiś czas temu i oczarować się nią na nowo? Mi kilka razy. Choć zazwyczaj były to “wspominki retro”. Tym razem stało się zupełnie inaczej. Też dzięki modom, czyli czemuś o czym jako gracz konsolowy od dawna nie słyszałem.

Skyrim. Tytuł o którym mało który gracz nie słyszał. Tytuł, który potrafił wciągnąć na maksa, na kilka tygodni, jak nie miesięcy. Świat rozbudowany jak nigdy dotąd, świat, który pod wieloma względami może równać się ze światem który zobaczyliśmy kilka lat później w Wiedźminie 3. Choć oczywiście nie brakuje graczy, którym nie podpasował – albo dlatego, że nie lubią fantasy, albo dlatego, że nie lubią Bethesdy. Dla mnie – przy całym moim uwielbieniu do Ubisoftu, najlepsze otwarte światy tworzy właśnie Bethesda i Rockstar. Ale dlaczego właściwie naszło mnie, by pisać o tej grze w roku 2016?

W Skyrima zagrałem dość późno. Bałem się go kupić, bo przewidywałem, że mnie za bardzo wciągnie ;). Uwielbiam otwarte światy, wciągnęło mnie Red Dead Redemption, GTA V, wciągają mnie też tytuły Ubisoftu – cała seria Assassinów (choć bardziej klimat niż wielkość i szczegółowość świata, a nawet Watchdogs. Pożyczyłem go w końcu od kumpla w 2013, czyli w dwa lata po premierze. Problem polegał na tym, że była to wersja na PS3, a ja właśnie kupiłem PS4. A to trochę jak przesiadka z C64 na Amigę. Po prostu gry na PS3 dość szybko mi zbladły i zaczęły wyglądać średnio. Pograłem w Skyrima, ale żebym nazwał to wciągnięciem – nie, zdecydowanie nie. Zazwyczaj wygrywały inne tytuły i tylko smoki i walki z nimi były mnie w stanie czasem przekonać do tej gry. A no właśnie. Smoki. To walka z nimi była najbardziej fascynująca. Ale jeszcze chwilkę o samym świecie.

Skyrim rozgrywa się w dość sporym świecie który możemy znać z całej serii Elder Scrolls. A seria ta ma już… ponad 20 lat! To świat fantasy, jednak trochę inny od klasycznych odmian takich jakie znamy z Tolkiena, czy D&D. Choćby dlatego, że w świecie tym krasnoludy (a dokładniej Dwemerowie) to… podrasa elfów :) Świat jest naprawde olbrzymi, a questy czekają za każdym rogiem. Do wyboru mamy kilka ras, w tym mało znane Khajit czyli pół-człowiek, pół-kot, czy na przykład człowiek-jaszczur. Ale to wszystko było takie lekko drętwe i wyblakłe. Skyrim poszedł na półkę, było tak dużo gier, które aż krzyczały, by je przejść.

Aż któregoś pięknego dnia, Łukasz, mój mocno gejmingowy sąsiad, rzekł mi: “A wiesz, że jest Skyrim na PC ze wszystkimi dodatkami za 32 zł?” I ja go posłuchałem. Jaki to był błąd!

MODy. Niesamowite zjawisko.

Pisałem ostatnio o tym, że gram trochę na PC. Są to zazwyczaj gry strategiczne, których na konsoli nie uświadczę. Ale tym razem postanowiłem zakupić właśnie Skyrima. Bo to nie dodatki sa tu najważniejsze. Tylko MODy. A ja, osoba, która wyautowała się na lata z PC-towego grania, zupełnie o modach zapomniałem. Tym bardziej, że w 2008 to było zupełnie coś innego.

Jakiś czas temu odpaliłem Minecrafta na shaderach. To było niesamowite – ta sama klockowa gra zyskała nagle piękną wodę, niebo, słońce, chmury i falującą trawę. Scena MOD-owa rozrosła się niesamowicie, są całe gotowe pliki, które są zasysane do menedżerów modów. Nie ma już grzebania w plikach tekstowych, wgrywania, kombinowania. Wszystko jest tak pięknie i prosto, że żal z tego nie korzystać. Tym bardziej, że te mody… urywają tyłek. Serio.

To co mody poprawiające grafikę zrobiły z tej gry, zaparło mi dech w piersiach. Jak każdy wielbiciel sandboxów, jaram się detalami, zachodami słońca i widokami. W GTA potrafiłem wjechać Michaelem na górę i podziwiać zachód słońca. Zmodowana wersja Skyrima na maksymalnych ustawieniach to poezja. Niesamowite niebo – od wszelkich rodzajów chmur, po zorze polarne i wielkie księżyce, czy planety. Realistyczny ogień, woda, śnieg. Falująca trawa. Czary – nigdy, przenigdy nie rzucałem tak wspaniałych fireballi. To niesamowite jak rzesza graczy za darmo (!) tworzy setki dodatków upiększającą gry. W tym wypadku, gdy nie ma wersji PS4, różnica jest kolosalna. Zresztą popatrzcie sami na te widoki. Chociaż screenshoty nie oddaj samego klimatu – muzyka też jest nieziemska.

A sama gra? No cóż, przełączyłem się na pierwszą osobę (jak już nie raz pisałem – nie lubię trzeciej osoby na PC, nie lubię pierwszej osoby na konsoli) i ruszyłem w świat. I zostałem przez niego maksymalnie pochłonięty!

Baldurs Gate, tak zostałem wychowany!

Wiecie, ja wychowałem się na dungeon crawlerach. Na Eye of the Beholder w którym przemierzałem korytarze tłukąc potwory i levelując postacie. Na papierowo-kostkowym AD&D w które cięliśmy codziennie po lekcjach. Następnie Baldur’s Gate i Never Winter Nights. Później zagrywałem się w Dark Messiah. Tak, ten setting kręci mnie o wiele bardziej niż wszelkie klimaty wojenne, a nawet bardziej niż science-fiction. Dlatego nie mogłem lepiej trafić.

I tak jak grając w Wiedźmina 3, porównywałem go do Skyrima, tak teraz znowu porównałem tę wersję do Wieśka i szczerze mówiąc jest ileś elementów w których Skyrim wygrywa. Ale nie o ściganie się czy porównywanie tu chodzi.

Co mnie ujmuje w Skyrimie? Ilość wątków i misji – jest ich tak dużo, że naprawdę ciężko robić wszystkie po kolei. Immersja jest przy tym olbrzymia. Owszem, nie ma tak silnej identyfikacji z postacią jak w przypadku Geralta, ale to dlatego, że kreujesz swoją postać – wybierasz płeć, rasę i de facto klasę (w trakcie gry na podstawie tego co robisz). Nie słychać więc tekstów mówionych przez ciebie. Ale story jest naprawdę masywne i nie jest to jak w przypadku Ubisoftu (sorry Ubi) po prostu pykanie kolejnych punktów na mapie. Owszem, miasta nie są tak wypełnione ludźmi jak w Assasynach, czy w Wieśku, ale naprawde gra się przyjemnie.

Do wyboru masz multum ścieżek, a w przeciwieństwie do D&D nie musisz deklarować klasy. Gdy walczysz mieczem, dostajesz expa za kady cios. Możesz równolegle rozwijać rzucanie czarów. Albo leczenie. I tak dalej. Zaczynałem grę kilka razy – najpierw zrobiłem barba, teraz rozwijam elfiego maga. Grałem też na PS3. Za kadym razem idę zupełnie inaczej. Tu nie ma głównej misji i jakichś pobocznych. W sumie trudno określić co jest główną. A kolejność może być różna.

Inne mody i DLC

Ale jeszcze słowo o modach, bo czuję, że tłumacze Skyrima, a większość z Was go zna. Otóż mody zmieniły kilka spraw, które były słabsze lub upierdliwe. Oprócz kilkunastu modów graficznych w tym tekstur w mega rozdzielczościach, dosinstalowałem choćby przyspieszenie konia (domyślny jedzie jak muł), brak friendly fire (wreszcie mogę rzucać fireballe, wiem że to mało realistyczne, ale we wszystkich grach mogłem, a kocham to robić!), czy też automatyczne lootowanie ciał (to powinno być w każdej grze!). To po prostu poprawia komfort rozgrywki.

A dodatki, które dostałem w pakiecie (Heartfire DLC i Dragonborn DLC )? No cóż, teraz to jest Skyrsims. Możesz rozbudowywac swoje posiadłości, mieć żonę, mieć dzieci. Oczywiście są odpowiednie żony do ściągnięcia w modach :)

Słowem – nigdy w życiu nie miałem tyle rozrywki za 7,50 Euro. Tym bardziej, że po raz pierwszy od lat zostałem odciągnięty od mojego pokoju z konsolą i pykam wieczorami (i nocami) przy kompie, na myszce. Aż chyba zniosę komputer do geekroomu i podłączę go do rzutnika. To będzie jazda!

Pozdrawiam! Fus Ro Dah!