Pierwsza fala opinii o tym filmie, która uderzyła mnie z Facebooka, była dość negatywna. Ale lampka ostrzegawcza zapaliła mi się w momencie w którym kilka osób napisało, że film jest przegadany.

Przegadany.

Bo wiecie, ja nie wykluczałem, że tak może być. Ale coś mi tu nie pasowało. A gdy przeczytałem że bez sensu, bo za dużo krwi, to trochę się uśmiechnąłem. Ale zanim przejdę do wyjaśnień, muszę przyznać się do jednego. Otóż nie będzie obiektywnie. Nie będzie zupełnie obiektywnie.

Jestem fanem Quentina. Totalnym. Wychowałem się na Pulp Fiction, byłem na nim w kinie. Potem łykałem jego kolejne filmy – aż po Bękarty i genialną rolę Waltza i Django, które też wskoczyło do mojego topu. Dlatego od razu pomyślałem, że mówienie iż film Quentina jest przegadany to jak…

… to jak mówienie, że film Spielberga jest pełen przygód i płytkich postaci. Albo film Almodovara jest dziwny i nierealny. A braci Coen zbyt bajkowy. Lyncha zbyt zakręcony. Von Triera zbyt surowy.

Przecież w Tarantino chodzi PRZEDE WSZYSTKIM O DIALOGI I MONOLOGI! To są najważniejsze części tych filmów, to jest sól tej ziemi. Ok, ok. Może po prostu nie znasz jego filmów, może się nimi nie fascynujesz tak jak ja.

Bo przecież wiedziałbyś, że smaczkiem Pulp Fiction jest monolog o zegarku. Dialog o masażu stóp. Scena z Big Kahuna Burgerem i Brettem. I przecież intro! Ja wiem, że to wszystko jest pięknie opakowane, ale to właśnie dialogi stanowią o geniuszu tego filmu. A krew? No dobra, tu przyznam trochę racji. Robi się tego coraz więcej. W Django rzeczywiście zużyto chyba tyle sztucznej krwi, co we wszystkich częsciach Nightmare on Elm Street, a tutaj do krwi dołączono kawałki mózgu i rzyganie. You have been warned. Rzeczywiście się krzywiłem, ale… o tym nie mówmy.

Jak miałbym scharakteryzować ten film? Dla mnie to czysty Tarantino. Ale jeśli spodziewasz się filmu akcji to srogo się zawiedziesz. Bo to zupełnie nie jest film akcji. I o ile w jego poprzednich filmach było jej momentami nawet sporo, to ten film nie przypomina ich zupełnie pod tym względem. Więc weź Tarantino, przy czym mam tu na myśli:

  • mocno zarysowane postacie (genialnie wczuł się tu Kurt Russell, oskarowa rola Jennifer Jason Leigh, którą znam z jednego z moich ulubionych filmów – eXistenZ)
  • dialogi i monologi
  • akcenty, festiwal akcentów, orgazm!
  • muzyka (Ennio Morricone!)
  • detale – to uwielbiam najbardziej, dbałość o każdy szczegół

I wymieszaj z kilkoma innymi elementami. Po pierwsze Dziki Zachód. Ale nie ten, który znacie z filmów, czyli południowy zachód, a już na pewno nie południowy wschód znany z Django. To bardziej klimaty Fargo, czyli ostra zima w Wyoming. Po drugie to Agata Christie i niemalże Orient Express. Cały film to dość statyczne i powolne rozwiązywanie zagadki poszczególnych bohaterów, którzy ze względu na śnieżycę utkwili w górskim schronisku. Po to by zakończyć się negocjacjami, których nie powstydziłoby się Dwunastu Gniewnych Ludzi.

Tak więc moi drodzy narzekanie na zbyt dużą ilość dialogów w tym filmie to jak narzekanie na zbyt krwisty stek. Albo na to, że (prawdziwa sytuacja z udziałem dość znanej gwiazdy na ostatniej gali Paszportów Polityki) w drinku Old Fashioned czuć za bardzo whisky. Goddamit! O to właśnie w nim chodzi!

Nie powiem, nie wszystkie filmy Quentina łykam w całości. Bękarty dzieją się w mojej nie do końca ulubionej scenerii czyli II Wojnie Światowej. Django, choć lubię bardzo, ma trochę nudnawy środek. Ciekawy i śmieszny początek, pełen akcji koniec, ale troszkę przegadany środek. Dodatkowo z dość mocno wykręconą fabułą. Tu fabuła jest prosta jak konstrukcja westernu, jednak podana w naprawdę mistrzowski sposób. Siedziałem przez cały seans i smakowałem ten film zupełnie jakbym jadł crème brûlée łyżeczką. E tam. Bezę jak Jolanta Kwaśniewska. Po malutkim kawałku.

W porównaniu do poprzedników jest moim zdaniem więcej śmiesznych scen, więcej fajnych postaci. Ale cały film jest jak jedna wielka partia szachów – postacie w schronisku przemieszczają się, wypowiadają i odgrywają swoje kwestie po kolei, momentami niemalże teatralnie. To wszystko jednak okraszone tak wspaniałymi dialogami i tak niesamowitymi akcentami (głównie południowymi rzecz jasna, ale nie do końca). Z podobieństw dodałbym postać Oswaldo, który przypomina nieco role grane przez Christophera Waltza – pedanta w świecie brudu i przemocy. Ale przy całej mojej sympatii do Waltza – cieszę się, że grał go Tim Roth. Waltz już trochę się opatrzył i po Bondzie wiem, że niestety gra dość podobnie. A Roth grał genialnie i wreszcie mógł wykorzystać w pełni swój piękny, londyński akcent.

Cóż jeszcze mogę dodać, by nie zespojlować filmu? Niewiele. Jest pięknie podzielony na akty, jest ładnie pokazana retrospekcja. Są nagłe zwroty akcji, które przecinają niby nudną atmosferę filmu niczym bicz.

Jeśli jesteś prawdziwym fanem Quentina – nie zawiedziesz się na pewno. Jeśli nie wiesz do końca czy jesteś – nastaw się na mnóstwo dialogów, monologów i krwi. Niby dziwne połączenie, ale taki już urok tych filmów. Ja się nie zawiodłem. Wręcz przeciwnie. Dodany do ulubionych.

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: