To nie jest tak, że odkryłem Amerykę. To o czym napiszę pewnie dla wielu z was będzie dość oczywiste, ja po prostu z pewnych względów odkrywam to na nowo. A jakich? Zaraz to opiszę.

Moi stali czytelnicy i obserwatorzy na fejsie wiedzą, że ostatnio mocno korzystam z dyskontów. Pisałem już o tym – moim zdaniem mają dobre ceny, towary dość dobrej jakości (choć nie wszystkie), ale przede wszystkim oszczędzam wiele czasu. Szybkie parkowanie, szybkie zakupy. Jednak w moim życiu coś ostatnio się zmieniło. Ba, nawet kilka rzeczy.

Nigdy nie chodziłem na bazary. Po pierwsze dlatego, że nie miałem jakoś specjalnie okazji ani możliwości. Najbliższy bazarek – o którym jeszcze wspomnę – znajduje się jakieś 10 minut drogi od mojego domu. To było dla mnie zawsze zbyt daleko. Chodziła tam moja Mama, mnie się po prostu nie chciało. Sklep koło domu, więc wszystko kupowałem tu. Były ważniejsze rzeczy do roboty.

Mijały lata, a ja nadal kupowałem głównie w sklepie osiedlowym, stopniowo przenosząc się do marketów. Sklep podupadał, nie chciałem już tam kupować mięsa, a na pewno wędlin. W międzyczasie wziąłem ślub i sam zacząłem zajmować się zakupami i gotowaniem w domu. Markety owładnęły moim życiem – można było w nich kupić wszystko. A potem pojawiły się dyskonty i pozamiatały. Wydawałem w nich mniej, mniej mnie kusiło, nie traciłem tyle czasu. Było tanio, było szybko. Mogłem też spokojnie kupować różne dziwne produkty, takie których nie znalazłbym w osiedlowym czy na bazarze. Mule, krewetki, czy ośmiornicę.

Bo wiecie ja uwielbiam bazary. Takie, które widziałem za granicą. Choćby na Wyspach Zielonego Przylądka.

Egzotyczne ryby na bazarze na Cabo Verde

Egzotyczne ryby na bazarze na Cabo Verde

Ale ten mój? Bez sensu.

Aż w końcu zachciało mi się smalcu. Własno ręcznie robionego. Więc udałem się po słoninę – przecież nie kupię jej ani w Lidlu, ani w Biedrze. A potem kiszonego ogórka. I odkryłem bazar na nowo.

Dlaczego?

Po pierwsze wracam do polskiej kuchni. Zaczęło się to podczas mieszkania w Szwajcarii gdy do niej zatęskniłem. Wcześniej lubiłem chińską, grecką, meksykańską czy włoską. Nadal ją lubię, ale to właśnie polską odkrywam na nowo. Szczególnie, że okazuje się, że może ona być naprawdę świetna i wcale nie nudna.

Po drugie dlatego, że mam teraz więcej czasu. Pracuję z domu i przecież nie muszę cisnąć co do minuty. Dzieci mają przedszkole dość blisko, mam spokojnie więcej czasu na poranne zakupy.

Po trzecie coraz bardziej zależy mi na jakości produktów i ich smaku. A rynek chyba staje się coraz bardziej przemysłowy. Nie twierdzę, że na bazarze wszystko jest najwyższej jakości, ale naprawde przypomniałem sobie jak pachnie kiełbasa.

Po czwarte chcę wspierać polski biznes. Nie za wszelkę cenę – żałują trochę, że kupiłem zmywarkę i płytę Amica, bo nie jestem z nich zbytnio zadowolony i mogłem spożytkować te pieniądze lepiej i kupić lepsze produkty. Nie jeżdżę Polonezem ani Żukiem. Nadal uważam, że gospodarczo i moralnie lepiej kupować w Biedrze, która płaci podatki w Polsce niż w polskim sklepie, który zatrudnia na pół-czarno Ukrainki (taki był u nas na osiedlu). Ale czemu nie pomóc tym ludziom? Tym bardziej, że mają dobre jedzenie. Czarę goryczy przelewa zawsze pieczywo – to z dyskontów jest przecież słabe na maksa.

Po piąte wreszcie – klimat. Tak, do tego też musiałem dorosnąć. Dziś wchodzę rano po ogórki. Pani uśmiecha się do mnie od razu. To ona czeka na mnie, a nie ja na nią przy kasie. Wyciera podłogę mopem.

– Oj, nabrudzę pani! – mówię żartem
– Dobra dobra, się wytrze! Wie pan, ten mop to świetny wynalazek. Bo w domu to ja jednak rękę przykładam mocniej i ścierką. A tu to mop. Do sklepu super! To też wynaleźli!
– No właśnie – podłapuję – a to przecież kij i trochę sznurka.
– Szymoniak ma większy – odzywa się nagle starszy pan siedzący przy wejściu na taborecie, istnym głosem Himilsbacha – taki jakiś szerszy i się wyciska go automatycznie!
– No tak, ale mie taki niepotrzebny przecież! To co dla szanownego pana?

A wczoraj wyszedłem ze stoiska z 3kg słoniny. A tak mnie pani namówiła. Brakowało mi trochę tego. No właśnie – kolejna zmiana. Siedzę w końcu teraz cały dzień na tyłku, tylko w towarzystwie Mary. Trochę pogadamy, ale każdy z nosem w kompie. Brakuje trochę dialogów.

Bazary żyją własnym życiem i to jest piękne. Można o tym poczytać choćby w „Złym” Tyrmanda.

Tak więc nadal nie mam koło siebie świetnych bazarków gdzie kupię egzotyczne produkty. Ryby, czy mięso na steki. Do Mirowskiej mam trochę daleko niestety i rano nie mam szans się tam przedostać. Nadal będę robił ileś zakupów w dyskontach. Ale obiecuję chodzić więcej na bazarek. Odkrywam go na nowo. Rychło w czas – niedługo mają go przenieść, bo staje tam stacja metra.

I wreszcie muszę wybrać się na targ rybny. Mam nadzieję, że nie jest tak napompowany cenowo jak Targ Śniadaniowy, choć też bardzo go lubię.

Marzy mi się jakiś wypasiony bazar gdzieś blisko. Ale wątpię, by było to możliwe. Chociaż…

P.S. Ten na zdjęciu to niestety nie mój. Ale zdjęcie tak piękne, że musiałem :)