Właśnie mija dwa i pół roku od kiedy przeniosłem numer z Orange do Play. Była to trudna decyzja, bo w Orange byłem od samego początku, od czasu kiedy byli jeszcze Centertelem, ba, od czasu kiedy telefonia była analogowa – tak, miałem numer zaczynający się od 090. Ja jestem dość lojalnym klientem, ale oczywiście mam swoje granice. Niestety Orange miało mega słaby zasięg na moim osiedlu, więc zdecydowałem się na zmianę. Nie wyciągałem z tego wniosków – ot, każda sieć ma gdzieś słaby zasięg, więc to po prostu kwestia indywidualna – domu nie przeniosę :)

W tym miejscu muszę wyraźnie zaznaczyć – tak, wiem, że być może masz złe doświadczenia z Operatorem X. Aż tak wielu ich nie ma, to normalne, że każdy ma gorsze i lepsze historie. To jest moja historia, nie mam żadnych badań ani statystyk. Right? To nie jest też notka sponsorowana. To znaczy jest. Sponsoruje ją mój wkurw na pewne sprawy, które w tej notce opiszę.

Postawiłem na Play. Nie ze względu na reklamy (gdyby tak było dawno byłbym w Plusie po reklamach Mumio ;) ). Ze względu na dobre ceny i dobre warunki. I od samego początku byłem zaskoczony jakością obsługi klienta.

No właśnie. Dotykamy sedna. Dla mnie najważniejsze są dwie sprawy – produkt (czyli w tym wypadku przede wszystkim zasięg czy inne sprawy w stylu zrywanie połączeń) oraz obsługa klienta. Reszta, czyli marketing i inne działania tego typu na mnie, czyli dość świadomego klienta nie wpływają.

Po kilku miesiącach w Play miałem dość jasne zdanie o trzech sieciach z których korzystałem. Zresztą opisałem to już jakiś czas temu i dużo się od tego czasu nie zmieniło. Choć trochę tak.

Play miał dość słaby zasięg i dość kiepsko działające przełączanie się między sieciami (czyli roaming). Działało to średnio, ale teraz, po 2,5 roku muszę powiedzieć, że jest o wiele, wiele lepiej. Serio. Nie narzekam, sieci przełączają się dość płynnie, jedyny problem to konieczność wylogowywania się z sieci (tryb samolotowy ON OFF) przy podróży i szybkiej zmianie stacji bazowych. Czasem muszę to robić. Ale obsługa? Serio, bajka. Bardzo szybkie połączenia na infolinii, przyjazny serwis WWW, super apka – naprawdę wszystko jak należy. Do tego naprawdę świetne ceny. Za około stówę mam właściwie wszystko no limit. Teraz za 120 zł netto mam trzy numery + jedną kartę do danych (do modemu mobilnego) a wszystko no limit (net 50 GB ale to jak no limit). Serio tak powinno to wyglądać.

Na drugim biegunie jest Plus. Mam z nim do czynienia z dwóch powodów. Po pierwsze mam kartę do danych w ipadzie, po drugie mamy telefony Plusa w Koszulkowo. I o ile zawsze chwaliłem zasięg Plusa (nadal uważam, że mają najlepszy) to cała firma nadaje się do skasowania, bo jest jakimś postkomunistycznym reliktem. Wystarczy wejść na ich serwisy – “ustaw stronę startową”, “bramka SMS” – DOC ARE WE BACK IN TIME? Do tego milion kodów (Pluskod5, Pluskod6, hasło) – do cholery, ja serio mam to wszystko pamiętać? Jeden login, jedno hasło. Uczcie się od Play! I creme de la creme – swego czasu potwierdzanie każdej usługi wymagało odpowiedzi na SMS – nieważne, że karta siedziała w iPadzie, który przecież SMS nie odbiera. Biznesowa obsługa też albo kuleje, albo źle trafiłem – centralkę PBX załatwiałem w Plusie… prawie półtora roku. Serio. A chcieliśmy zwykłe przekierowanie numerów. Handlowiec nie ogarniał. Pomimo interwencji znajomego, który jest tam dyrektorem. W końcu udało się, prawie rok później. To nie tak powinno wyglądać.

I Orange. Moje drogie Orange. Ja lubię tę firmę. Tak po ludzku. Czuję sentyment, pracuje tam ileś moich znajomych i oni robią bardzo dobrą robotę. Orange jest często mecenatem różnych wydarzeń, sponsoruje rzeczy, które robi Natalia Hatalska, czy Konrad Kruczkowski. Jako jedni z pierwszych zaczęli robić kampanie w blogosferze. Kampanie video w internecie. To są naprawde dobre rzeczy. Ale…

Ale przecież chodzi o produkt. Przecież wszystko inne jest tylko otoczką. A Orange niestety nie ogarnia prawie tak bardzo jak Plus. To duża firma, która w dodatku po połączeniu z TP dostała + 1000 do balastu. Serio, momentami nie wytrzymuję. Najgorsze jest to, że pomimo moich znajomości, wiedzy gdzie dzwonić i z kim załatwiać, po prostu nie udaje się szybko i sprawnie wszystkiego pozamykać.

Na początku 2014, po przeprowadzce starałem się założyć Neostradę, a historie, które wydarzyły się wtedy mogłyby posłużyć do napisania książki. Zupełnie jak moje stare historie z TPSA z czasów, kiedy byłem Panem Informatykiem i podłączałem internet. Ale to był rok 2004. A nie 2014. Tymczasem moje zamówienie zostało zduplikowane, potem oba zostały skasowane potem znowu coś, potem monterzy podłączając mi sieć odłączyli jednocześnie internet sąsiadowi, potem… Dobra, prawie się udało.

Prawie. Bo kupiłem telewizję w Orange – zamiast NC+. Po co kupować NC+, skoro można mieć w jednym miejscu? I niestety nie spodziewałem się aż takiego geniuszu francuskiej myśli technicznej. Otóż…. Uwaga. To będzie naprawdę mocne.

FRANCUZI ZAŁOŻYLI, ŻE W KAŻDYM DOMU TELEWIZOR STOI OBOK MODEMU.

Serio. Serio, serio. Tuner TV musi być podłączony kablem do specjalnego portu w Liveboxie, czyli ich routerze. Nie chciałem w to wierzyć, nie mogłem po prostu ogarnąć, że ktoś na górze mógł być aż takim kretynem. Serio, u mnie telewizor stoi w zupełnie innej części domu, gdzie po prostu nie mam ani gniazdka telefonicznego ani nawet gniazdka Ethernet. Zresztą nie używam już praktycznie okablowania sieciowego, wszystko idzie po WIFI. Ale przy każdym włączeniu tunera muszę podłączać go do modemu. Ciągnąc kabel przez cały dom. Słabo?!

Ale to jeszcze nic. Otóż okazało się, że nie mam części programów z mojego pakietu.
Zadzwoniłem na infolinię. Zgłosiłem. Dostałem numer. Dostałem SMS, że naprawiono. Nie naprawiono.

Zadzwoniłem na infolinię. Zgłosiłem. Dostałem numer. Dostałem SMS, że naprawiono. Nie naprawiono.

 

Zadzwoniłem na infolinię. Zgłosiłem. Dostałem numer. Dostałem SMS, że naprawiono. Nie naprawiono.

Zadzwoniłem na infolinię. Zgłosiłem. Dostałem numer. Dostałem SMS, że naprawiono. Nie naprawiono.

Zadzwoniłem na infolinię. Zgłosiłem. Dostałem numer. Dostałem SMS, że naprawiono. Nie naprawiono.

Zadzwoniłem na infolinię. Zgłosiłem. Dostałem numer. Dostałem SMS, że naprawiono. Nie naprawiono.

Zadzwoniłem na infolinię. Zgłosiłem. Dostałem numer. Dostałem SMS, że naprawiono. Nie naprawiono.

 

Serio. To już chyba moje szóste zgłoszenie. Nikt nie przyszedł, wszystko “naprawiono” zdalnie. Serio, do cholery, w jaki sposób coś takiego może przejść przez wszystkie skrypty serwisowe? Mam czasem wrażenie, że w takich firmach jak Plus, czy Orange, SYSTEM przejął władzę nad firmą, niczym HAL w Odysei Kosmicznej. Zadzwonię po raz kolejny. Po co? Dostanę numer. Dostanę SMS, że naprawiono. I co? :)

***

To nie jest żadna “notka kryzysowa”. To już tak nie działa, era spektakularnych blogerskich kryzysów chyba już się kończy, albo skończyła – może i dobrze. Mam tylko nadzieję, że jakimś cudem trafi to Tam Gdzie Powinno Trafić. Choć może te głowy zajmują się tylko liczbami zajmującymi się nowymi aktywacjami i innymi sprawami związanymi bezpośrednio z $$$$. Źle mi jest, bo Orange na wielu frontach tak bardzo się stara, ale wszystko i tak rozbija się o produkt.

Nie jestem w Play dlatego, że ściągnęli na billboardy milion znanych pysków. Nawet mnie to irytuje, bo takie kampanie są dla mnie jednak kłamstwem trochę – to nie jest tak, że te osoby przeszły do Play bo jest fajny, tylko dlatego, że im zapłacono. Ale cóż, łykamy takie reklamy jako społeczeństwo ze smakiem i jeszcze się oblizujemy, co zrobić.

Ja jestem w Play bo wszystko mi działa, bo (oprócz pojedynczych przypadków czyli włączania pewnych usług cyklicznie, a nie jednorazowo – np doładowania pakietu danych) nikt nie próbuje mnie wydymać, bo infolinia szybko odpowiada, bo jak nie ma zasięgu to przełącza się gdzie indziej, bo jest apka, bo wszystko jest szybkie i sprawne. I tego właśnie oczekuję.

Molochy ogarnijcie się. Na wolnym rynku już dawno umarlibyście. W agonii.