Wychowałem się w poczuciu kompleksów narodowych. Made in Poland było obciachem i nie był to wcale jakiś stan psychiczny, złudzenie, urojenie. U schyłku PRL o który udało mi się jeszcze jako tako zahaczyć, rzeczywiście wszystko co krajowe, było nędzne. Zresztą nie tylko u schyłku, co można przeczytać choćby u Tyrmanda. Komunizm produkował rzeczy mierne i nijakie. Szare i bure. Biedne kopie rzeczy zachodnich. Nikt kto nie pamięta tych czasów (lub początku lat 90, bo bylejakość nie zniknęła tak nagle) nie zrozumie miłości naszego pokolenia do „zagranicy”. Nikt nie zrozumie mojej radości, gdy jako szczeniak stanąłem w supermarkecie w Grecji i oniemiałem na widok tych wszystkich pięknych, kolorowych towarów. Namaszczenia z jakim otwierałem loda Calipso i tego z jakim go potem wysysałem, żeby nie stracić ani kropli owocowego soku.

To nie jest tak, że nie lubiłem polskich filmów. Lubiłem je i oglądałem, ale zawsze wydawały mi się one ubogimi kuzynami tych zachodnich. Szczególnie amerykańskich. Amerykańskie kino było moim kolorowym oknem na świat, moim światem równoległym, w którym żyłem, w którym wyobrażałem siebie. W amerykańskim highschoolu z metalowymi szafkami, w amerykańskim hipermarkecie z amerykańską papierowa torbą bez uszu w której nosi się zakupy, przy amerykańskim śniadaniu podczas którego je się bekon i popija sokiem pomarańczowym. Nasze filmy były spoko, choć trąciły biedą – wtedy jeszcze nie do końca wiedziałem dlaczego.

Bo one nigdy nie wydawały mi się złe od strony scenariuszy. Owszem, spora część z nich była dramatyczna jak piosenki Ewy Demarczyk, jakieś wrzaski, jakieś bójki, jakieś awantury, ale do tego przywykłem. Drażniło mnie zupełnie coś innego.

Otóż we wszystkich filmach – tych bawiących mnie od zawsze jak komedie Barei, przez późniejsze kino lat 90 z wszelkimi komediowymi Kilerami, Chłopakami, Którzy Nie Płaczą, Porankami Kojota – w tych wszystkich produkcjach kulały sprawy techniczne. Starsze produkcje właśnie w styu Vabank, czy Barei, miały przez to swój klimat, dla mnie zawsze były retro, ale te powstające na moich oczach, po prostu świeciły biedą.

Biedna była praca kamery, po której zawsze domyślałem się, że to film polski. Biedna była scenografia i choreografia (osiągająca dno gówienności w produkcjach takich jak Wiedźmin), denne było oświetlenie, a już chyba najdenniejszy był dźwięk. Dopiero lata później zrozumiałem, że od tego wszystkiego zależy klimat filmu.

Od pięknych ujęć. Od wspaniałej muzyki. Od dźwięku, który nie każe ci ściszać i pogłaśniać dwadzieścia razy w ciągu jednego filmu. Od światła i „color gradingu”, czyli rzeczy które budują klimat. Pamiętam mój zachwyt Matrixem, który dotyczył przecież zarówno treści jak i mistrzowskiej formy. A potem oglądałem coś krajowego i miało się to do zachodnich produkcji jak Bony Towarowe do Dolarów.

Ale lata mijają – pamiętam już z tzw „noughties” czyli lat 00, że zachodziłem w głowę – jak to możliwe, że amatorskie produkcje wrzucane tu i ówdzie potrafią dorównać naszym wielkim, dotowanym produkcjom. Dlaczego światło jest tak słabe, ujęcia nudne, a taśma – jak to ujęto na którymś forum – wywoływana w gównie. Dlaczego grupka pasjonatów z lustrzankami, które powoli zaczynały kręcić świetne filmy, potrafi zrobić lepszy technicznie film niż cała ekipa z jednak jakimś tam budżetem?

Dlaczego niektórzy youtuberzy robią tak dobre filmy, ba, uczą o tym jak je robić, a nasza kinematografia ma za tym nie nadążać?

I stało się. Wreszcie. Mamy rok 2015, a ja wychodzę z kina i nie nosze w sobie wstydu. Byliśmy dziś na „Żyć nie umierać” i abstrahując od samego poziomu fabuły i gry aktorskiej (mnie bardzo się podobał, uwielbiam Kota, to ostatnio jeden z lepszych polskich aktorów, a swoją drogą mój rówieśnik i sąsiad, ha!), to technicznie nie mogę temu filmowi nic zarzucić.

Oh wait, wait, nie jestem specem. To znaczy znam się na tym lepiej niż przeciętny Kazimierz czy Janusz, ale nie poczuwam się do dyskusji o detalach technicznych. Jednak patrzyłem na prace kamery, na ujęcia, na delikatnie zrobiony grading, słuchałem świetnej muzyki i myślałem – TAK. Wreszcie.

Wreszcie nie mówię: „fajny jak na polski film.”

Mówię: „fajny!”

Na to czekałem. Serio. Wiem, że nie doczekam się pewnie filmów akcji z hollywódzkim rozmachem, że będzie mnóstwo gównianych komedii dla tłuszczy w stylu „kac wawa” i „wyjazd integracyjny”, wiem, że wiele filmów będzie przypominało bardziej „zaangażowane kino holenderskie opowiadające dramat draśniętej nogi u stołu” niż porządny amerykański entertainment (tak, lubię filmy akcji i wcale się tego nie wstydzę), ale technicznie wreszcie przestaje to przypominać ubogiego kuzyna zza żelaznej kurtyny.