Kiedy zaczynałem blogować, moim jedynym czynnikiem utrudniającym pisanie, był brak weny. Ot – nie napisałem czegoś rano, to napisałem wieczorem. Podobnie działo się na wyjazdach – decyzję o przekształceniu strony ślubnej w bloga podjąłem zaraz przed podróżą poślubną. No właśnie relacja z niej zapoczątkowała podróżniczą część tego bloga. Teraz, z perspektywy czasu zazdroszczę sobie – miałem ku temu idealne warunki. Na wyjeździe bez dzieciaków jest to bardzo łatwe.

Chociaż… przeciwnikiem blogowania, robienia zdjęć, vlogowania, a już na pewno snapczatowania, czy periscopowania (czyli relacji na żywo) jest co innego. Wiecie co?

RZECZYWISTOŚĆ.

Bo to właśnie część niej poświęcamy tworząc relacje. I choć dziś normalnym wydaje się tracenie rzeczywistości po to, by zrelacjonować coś na fejsie lub Snapie, to trzeba sobie jasno powiedzieć, że tracimy w ten sposób czas, który moglibyśmy poświęcić po prostu na życie chwilą, a jeszcze częściej magię tego właśnie momentu.

Jako osoba blogująca, prowadząca częściej lub rzadziej relacje na żywo, a także nagrywająca (choć bez większego planu na to) video, mogę porównać czasochłonność a także to w jaki sposób przeszkadza to w normalnym korzystaniu z wyjazdu.

Blogowanie i zdjęcia

Blogowanie ma jedną niezaprzeczalną zaletę. Rejestrowanie materiału do blogowania dzieje się automatycznie. Naszymi oczami i mózgiem. Jedyną rzeczą, która przerywała nam sielskość podczas pierwszego wyjazdu, było robienie zdjęć. Ale zdjęcia robimy zazwyczaj i tak, więc prawdę mówiąc nie czułem w specjalny sposób, że poświęcam mój wyjazd dla dobra czytelników :) Sytuacja wyglądała następująco – planowaliśmy normalnie nasze dni – to znaczy normalnie dla nas. Chcieliśmy tylko troszkę pobyczyć się przy basenie, zobaczyć co się da z tak zwanych „zabytków” i innych dorobków cywilizacji, ale przede wszystkim wczuć się w lokalny klimat i nacieszyć oko pięknymi widokami.

Po powrocie do hotelu i zjedzeniu kolacji, siadałem do kompa i pisałem notkę opisując miniony dzień, co zajmowało mi zazwyczaj ok pół godziny. Drugie pół godziny to obróbka zdjęć. Całość offline, gdyż w pokoju nie było wifi. Rano następnego dnia uploadowałem notkę razem ze zdjęciami, co zajmowało 10-15 minut. Jeśli miałbym ocenić stopień w jakim poświęcałem wyjazd, to był on znikomy.

+Dzieci

Sytuacja skomplikowała się oczywiście wraz z pojawieniem się dzieciaków. W ciągu dnia nie było z tym problemu (ewentualnie nasz plan dnia, ale zarówno podczas wyjazdu na Teneryfę z niespełna rocznym Frankiem, Maderę z już biegającym Frankiem, czy Kos z dwójką dzieciaków, nadal staraliśmy się jeździć ile się da), problem pojawiał się wieczorami. Powód był bardzo prosty – pobyt z dzieciakami męczy o wiele bardziej i wieczorem po prostu padałem na pysk, nie mając zbyt siły na zdjęcia, czy bloga. Jednak mimo wszystko – udawało się. Udało się nawet w tym roku, kiedy wyjechaliśmy z trójką. Człowiek po prostu uczy się wykorzystywać lepiej każdą minutę :)

Kiedy byłoby to niemożliwe? Podczas wyjazdu na którym każdą wolną chwilę spędza się na piciu i imprezowaniu. Chociaż wtedy pewnie nie byłoby zbytnio czego opisywać na blogu ;)

Nagrywanie

Pierwszy wyjazd na którym zacząłem jednocześnie blogować i nagrywać materiał video, to nasz Eurotrip, czyli dwutygodniowa wycieczka po Europie. Było to na tyle duże wyzwanie, że praktycznie nie robiłem zdjęć – dałem aparat Marysi, ale ona jeszcze robiła je niechętnie.

Przed samym wyjazdem kupiłem GoPro, zechciałem coś nagrywać, ale nie miałem zbytnio pojęcia jak to ma wyglądać. Nie miałem osobnego mikrofonu, wstydziłem się trochę gadać do kamery przy ludziach – słowem nie nakręciłem jakoś specjalnie wartościowego materiału (choć wreszcie po dwóch latach go montuję, czego efekty można zobaczyć tu). Najgorsze jednak było to, że poczułem wyraźnie, że muszę poświęcić na to o wiele więcej czasu. Nie ma szans na zmontowanie materiału podczas wyjazdu, wieczory są więc wolne, natomiast w ciągu dnia trzeba zająć się zbieraniem materiału. Trudno powiedzieć na ile przeszkadza to w „normalnym” przeżywaniu wyjazdu, ale trzeba przyznać, że co chwilę zatrzymujemy się, nagrywamy, czy nawet gadamy do kamery. Chowamy chwile na później, podczas gdy to właśnie teraz można je przeżyć najlepiej. Później będą tylko filmem. Ok, ok, robimy to dla widzów :)

Posiłek w trakcie którego nagrywamy nie będzie już tym samym posiłkiem. Nie mówiąc o romantycznej kolacji. Najwięcej nagrałem chyba w trakcie naszego wyjazdu bez dzieci na La Palmę, mam nadzieję, że wreszcie zmontuję ten materiał. Ale nadal nie będzie od bardzo dobry – o tym dlaczego, za chwilę.

+Dzieci

Co z dzieciakami? W tym wypadku nagrywanie jest ważne i fajne – nawet bardziej, bo każda sekunda filmu z dzieciakami jest bezcenna po kilku latach. Ale mimo wszystko zabiera nam to kolejne chwile cennego czasu. A wcale nie musi oznaczać świetnych rezultatów. Dlaczego?

Planowa produkcja video

Kiedy gadałem ostatnio z Włodkiem Markiewiczem o tym, czy z takich półprzygodnych materiałów wideo da się zmontować sensowny materiał, który nie będzie po prostu wideoklipem muzycznym (choć te też można robić niesamowite, wystarczy zobaczyć produkcje Michała Sadowskiego), powiedział on, że do końca tak się nie da. I wiecie co, ja mam właśnie takie wrażenie – abstrahując od wyjazdów – że vlogowanie jest o wiele trudniejsze od blogowania w tym zakresie. Poczynając od sprzętu, przez czas na filmowanie, aż po samo planowanie wyjazdu. Porządna produkcja video to scenariusz, pomysł i jego realizacja. Wszystko inne jest na drugim planie. Czy da się tak wypocząć? Pewnie tak, ale to zupełnie inna bajka. Poświęcamy wtedy pewnie bardzo dużo właśnie dla tej produkcji.

+Dzieci

Czy da się tak przy dzieciakach? Pewnie tak, ale dla mnie to trochę Mission Impossible :) Dlatego też, o ile jestem w stanie na pewno pisać bloga w trakcie wyjazdów, o ile jestem w stanie kręcić to i owo GoPro aby później to zmontować (cokolwiek z tego wyjdzie), o ile jestem w stanie gadać coś tam do kamery, o tyle bardzo słabo widzę wyjazd rodzinny połączony z tworzeniem profesjonalnego video. Ale może się da, a ja po prostu jestem jeszcze leszczem? :)

Relacja na żywo

Na samym końcu na mojej liście „rzeczy, które psują sielski wyjazd” są relacje na żywo. Pisał o tym ostatnio Janek Favre – wcale nie w kategorii wyjazdów. Bo dziś lifestreaming, za pomocą aplikacji takich jak Periscope, czy Snapchat stał się czymś normalnym. I tu nie mam wątpliwości – jak cenne by dla nas nie było dzielenie się chwilą z innymi, to w tym momencie poświęcamy „TU I TERAZ” na rzecz „ZOBACZ”. Zamiast iść po targowisku i cieszyć zmysły świeżymi owocami, opowiadamy o tych owocach, nagrywając je telefonem. I mówiąc o nich ludziom. Ba, często nawet ich nie nagrywamy tylko nagrywamy własną twarz mówiącą o tym co widzi. Nie snapowałem podczas mojego ostatniego wyjazdu, choć bardzo kusi mnie, by to robić, ale wiem już, że zabierze mi to o wiele więcej czasu niż przygodne kręcenie wideo, a już na pewno wieczorne blogowanie. I pewnie doprowadzi do jakiejś kłótni – bo one jednak są, nie ma co się oszukiwać. „Zostaw już ten telefon i chodź tutaj!”. W moim przypadku o tyle bardziej lightowe, że Mary rozumie temat (co nie oznacza, że zawsze jest cierpliwa), ale w przypadku gdy druga osoba jest o wiele bardziej offline’owa, może prowadzić do niezłych spięć.

Ciekawy jestem jak radził sobie podczas wyjazdu na Islandię Maciek Budzich, który co chwilę wrzucał Snapy i organizował sesje na Periscope.

+Dzieci

Tutaj dzieciaki oczywiście mogą brać w tym udział (jeśli mamy taki plan) ale pomyślmy chwilę, czy chcemy ich uczyć tego, że najważniejszą rzeczą (nawet na wspaniałym wyjeździe) jest kontakt z telefonem, a nie z basenem, palmami, górami, widokami, czy czymś tam jeszcze.

W naszym wypadku dochodzi do tego wzajemne postanowienie, że na wyjazdach zagranicznych staramy się nie korzystać z sieci, poza momentami gdy jest to konieczne. Właśnie po to, by spędzić urlop za granicą, a nie na fejsie. Nie do końca się to udaje, bo bycie online i relacjonowanie jest wpisane w dużej mierze w naszą pasję, ale przynajmniej się staramy.

Podsumowanie

Wnioski nie są specjalnie odkrywcze – jakiekolwiek formy video zabierają o wiele więcej czasu niż pisanie, a planowa produkcja video, czy streamowanie na żywo zabiera go jeszcze więcej. To ciężka decyzja, szczególnie gdy nie wyjeżdża się co miesiąc, tylko raz – dwa razy w roku. Pewnie gdybym był znaną blogerką w dużej mierze żyjącą z fejmu i relacji, robiłbym milion snapów – obecnie staram się jak tylko mogę korzystać z wyjazdu, jednocześnie tworząc z niego relację.

Tak czy inaczej wszystko to niestety zabiera nam trochę czasu, który pewnie moglibyśmy poświęcić nieco inaczej.

A co do dzieciaków – da się, wszystko się da, choć w tym wypadku jest to znacznie trudniejsze. Nie tylko pod kątem „zabierania” przez nie czasu. Także pod kątem tego co będą pamiętały z wyjazdów. Tatę przy kamerze i telefonie, czy tatę, który spędza z nimi czas :)