Nie chce mi się w to wierzyć, ale za trochę więcej niż miesiąc minie 10 lat mojego blogowania. W moim życiu zmieniło się od tego czasu prawie wszystko, w blogosferze także. Jedno się natomiast nie zmieniło. Nadal bardzo, bardzo lubię pisać. Wbrew temu co sądziłem o sobie w liceum i zaraz po nim – dwie tróje z polskiego na maturze nie wróżyły kariery w jakikolwiek sposób związany ze słowem. Zbłądziłem gdzieś w stronę informatyki, po to, by wreszcie odnaleźć się jako osoba przelewająca swoje myśli na papier – ten wirtualny.

Mój pierwszy blog całe szczęście jest już niedostępny dla szerokiej publiki – był cholernie osobisty, cholernie związany z pewną rewolucją w moim życiu, która się właśnie te 10 lat temu odbywała i zupełnie nie przypominał blogowania jakie reprezentuję dziś. Zresztą mnie wtedy przez głowę nie przeszła myśl, że blogowanie może być czymś poważnym, może mieć na coś wpływ, a już na pewno, że będzie można na nim zarabiać. Bloga założyłem pod wpływem dziewczyny, która była blogerką – po prostu stwierdziłem, że też muszę jakiegoś mieć, no bo jak to? I choć do polskiego hip-hopu nigdy nie udało się jej mnie przekonać, to chyba udało jej się zrobić ze mnie blogera ;)

Blog rozpadł się razem z moim związkiem niedługo później, by odrodzić się jako nowy. W końcu by półtora roku później odrodzić się jako mikemary.pl, który to istnieje do dziś, a także plejadę innych blogów, które w końcu po wszelkich stadiach przepoczwarzenia połączyły się w tego bloga.

Nie tworzyłem żadnych planów związanych z blogiem, czy blogowaniem. Nie zastanawiałem się nad SEO, a już na pewno nad marką osobistą. Nad kanałami w których jestem. Nie optymalizowałem, nie mierzyłem, nie ważyłem.

Pisałem.

I to w dużej mierze pozostało mi do dziś. Miałem cholerną potrzebę pisania. Samą w sobie. Nie, nie chciałem nigdzie zaistnieć i pisać, po to by to się wydarzyło. Może dlatego tak bardzo gardzę dzisiaj blogoidami zakładanymi tylko po to, by już po miesiącu zarabiać? Chciałem pisać. Potrzebowałem pisać. Potrzebowałem przelewać swoje myśli, opisywać rzeczywistość i to co mnie otacza. Miałem pierwsze nieporadne pomysły, przemyślenia. Odnalazłem wreszcie sposób na oczyszczenie umysłu, na ujście mojej ekstrawertycznej energii. Odnalazłem sposób na uporządkowanie moich myśli – nawet nie wiecie jak bardzo pisanie mi w tym pomaga. W ułożeniu swoich poglądów, w ogarnięciu chaosu.

Jest rok 2015. Siedzę sobie właśnie nad morzem, po skończonej imprezie blogerskiej See Bloggers. Siedzę, zbieram myśli, sortuje w głowie prelekcje, wyciągam wnioski, trawię. Przypominam sobie tę dekadę blogowania, przeglądam stare notki. Cieszę się z tego, ze tak dużo ludzi podchodziło do mnie w trakcie imprezy, mówiło, że ceni bardzo to co piszę. Że chciało przybić ze mną piątkę. Cholernie cieszę się, że ludziom to się podoba, a jeszcze bardziej gdy dostaję wiadomości – a miałem już ich trochę – że dzięki naszemu blogowaniu na Mikemary zdecydowali się na dziecko :)

Nigdy nie aspirowałem – choć nie jestem cesarzem skromności – do miana znanego, czy wpływowego blogera. Prawdę mówiąc stosunkowo niedawno zacząłem siebie nazywać w ogóle blogerem – patrzyłem na te wszystkie osoby, które z blogowania uczyniły swą życiową oś, ilość czasu, który poświęcają na bloga, na przygotowywanie się, na analizowanie, na planowanie przyszłości. I czułem się mały. Ja po prostu pisałem. Wszystko inne było mniej ważne.

Już gdy zacząłem pracować w branży social media i współpracować z blogerami, uważałem moje blogaski za twór na tyle mało poważny, że nigdzie się nimi nie chwaliłem. Miałem po kilka tysięcy uu zasięgu miesięcznego, nie pisałem jakoś bardzo regularnie, ale nadal lubiłem to robić. Lubiłem pisać, I pisałem.

Aż w końcu zabrałem się za to nieco bardziej, spiąłem w sobie, zacząłem być zapraszany jako prelegent i panelista, a nawet znalazłem w słynnym zestawieniu Artysty Znanego Kiedyś Jako Kominek. Zasięgi doszły do kilkudziesięciu tysięcy, zaczęły się współprace, kurierzy zaczęli przywozić #darylosu. Moje notki zaczęły trafiać do różnych portali i choć nadal nie lubię tego sformułowania, rzeczywiście stałem się wpływowy.

Nadal mnie to trochę czasem zaskakuje, a nawet wywołuje zmieszanie. Nie planuję przyszłości, nawet nie śledzę jakoś bardzo statystyk. Po prostu nadal bardzo lubię pisać.

I dlatego może, gdy słyszę sformułowania w stylu „trzeba zacząć przenosić się na inne platformy“, czy też „blogów jako takich nie będzie“ albo nawet „ludzie wolę wideo od tekstu“ myślę sobie jako ten blogowy dziadek – gadajcie, gadajcie. Przeżyłem 10 lat, przeżyję jeszcze te teorie.

Wierzę w słowo pisane. Ono nie umrze. Telewizja nie zabiła książek, wideo nie zabije blogów. Może miałbym tam szanse, może miałbym tam zasięgi, może nawet by mi się to udało. Nie wiem. Spróbuję, może spróbuję, zbieram się do tego, nawet trochę nagrałem, choć ciągle biję się z tysiącem myśli – niedługo pewnie to opiszę. Ale nie przestanę pisać.

Bo pisanie nie jest dla mnie środkiem do osiągnięcie jakiegoś innego celu. Do stania się sławnym. Do stania się bogatym. Do czegokolwiek innego. Ja po prostu lubię pisać. I będę pisał.

Mam Was – moją społeczność. Nie społeczność fanowską, bo jesteście za starzy na posiadanie idoli – stosunek fan-idol to rzecz charakterystyczna dla nastolatków – o tym też niedługo napiszę. Społeczność trochę mało aktywną, może ze względu na wiek, może ze względu na moje dość surowe i despotyczne oblicze w internecie, może po prostu źle przeze mnie „prowadzoną“. Ale moim celem nie jest budowa społeczności, czy zarządzanie nią. Moim celem naprawdę jest pisanie, jest obserwowanie rzeczywistości, destylacja myśli, przelewanie ich na papier.

Jakaś tam moja próżna część zazdrości youtuberom, czy blogerkom modowym, gdy oblegają ich tłumy dzieciaków proszące o autografy. Nie hejtuję tego zupełnie – ciągle powtarzam, że to bardzo fajnie, że idolami dzieciaków nie są już jakies sztuczne twory stworzone na flipchartach, tylko normalni ludzie z krwi i kości. O wiele mniej „gwiazdorscy“ niż nasze gwiazdy z dzieciństwa.

Może by mi się udało, może miałoby to sens, może da się robić wideo dla ludzi w okolicach trzydziestki (bo taki jest mój statystyczny czytelnik), ale wiem, że kosztowałoby mnie to bardzo dużo czasu, produkcji, planowania, montowania, dopieszczania. A w pisaniu kocham to, że po prostu siadam i piszę.

Idę przez miasto, mam pomysł, zapisuję go, potem siadam i po piętnastu, trzydziestu, czy nawet sześćdziesięciu minutach, moje myśli wędrują do was. I nawet gdybyście wszyscy mieli uciec na Youtube, by oglądac filmy, czy na Snapchata, by podglądać slajdy z cudzego życia, ja będę tu siedział i pisał.

Bo kocham pisać. Nie jestem Hemingwayem, pewnie bliżej mi czasem do Coelho, nie poruszam tematów tak ambitnych jak Konrad Kruczkowski, czy Agnieszka Kaługa. Nie piszę tak perfekcyjnie jak Michał Szafrański. Nie mam tak przemyślanego i dopieszczonego bloga jak Paweł Opydo. Nie planuję swojej marki osobistej jak Paweł Tkaczyk (właściwie to zupełnie jej nie planuję i staram się być po prostu sobą), nie mam tak ambitnego i wyszukanego podejścia do wielu spraw jak Natalia Hatalska. Nie jestem takim mistrzem analiz jak Michał Stępień.

Ja po prostu piszę, bo lubię. I cholernie cieszy mnie, że to czytacie.

Do zobaczenia za kolejne 10 lat!

P.S. Trochę w ramach sentymentu połaziłem sobie po moich starych notkach, szczególnie tych dotyczących blogosfery i blogowania. Szukałem tekstów w których pisałem o tym że blogosfera jako taka nie będzie kiedyś istniała, że wszyscy będziemy twórcami. Mówił o tym dziś Paweł Opydo, a ja pisałem w 2013 i wcześniej. Prześledziłem komentarze różnych osób, które wieściły rychły upadek blogów, czy też koniec współpracy firm z blogerami. Tak bardzo chciało mi się z tego śmiać, tak bardzo chce mi się śmiać z tego dzisiaj :)

I dzieje się tak jak mówiłem – mamy erę twórców. Tych małych, piszących co dzień coś tam na Facebooku. Tych na Vine, na Snapie, na Asku, na Youtubie, Twitterze i w innych miejscach. Jedne będą bardziej popularne, inne mniej. Dziś, choć te psy nadal ujadają, choć ból tyłka tak wielu osób nadal istnieje, wylewa się jakaś zazdrość (zazwyczaj chodzi o kasę) to coraz mniej osób się tym przejmuje. A więc jeśli blogosfera umrze, to tylko w taki sposób, że rozpuści się w świecie innych narzędzi, a bloger przepoczwarzy się w twórcę, zanikną podziały, wszyscy zostaniemy twórcami mniej lub bardziej zasięgowymi. Zatrze się zupełnie granica między treścią i komunikacją. Tak jak zatarły się tak charakterystyczne dla lat 80 i 90 subkultury, czy ostre podziały muzyczne. Ale jeszcze trochę będziemy naklejać etykiety i dzielić świat na nadawców i odbiorców – do tego przyzwyczaiły nas stare media :)