Wiecie co najgorszego może ci się przytrafić, jeśli chodzi o oglądanie filmu? Złe oczekiwania. No dobra, są gorsze rzeczy – niedopasowane napisy, problemy z kodowaniem, brak kodeka… No dobra. Ale bądźmy poważni. Złe oczekiwania. Gdy idziesz na melodramat nastawiwszy się na film akcji. I vice versa. Dlatego ja – zupełnie inaczej niż inżynier Mamoń z Rejsu – uwielbiam filmy, których nie znam, zupełnie się do nich nie przygotowując (był jeden wyjątek ale o tym na końcu*)

Trudno jednak nie mieć pewnych oczekiwań wobec filmu którym zachwycili się chyba wszyscy oprócz Troyanna, a Dem przy okazji jego recenzji zjechał nowych Avengersów (shut up, you !#$@!$@%). Poszedłem więc mimo wszystko z pewnym oczekiwaniem hitu, choć na spokojnie. Dość późno, jakoś nie miałem zbyt wolnego czasu ostatnio.

Post-apo to nie jest mój ulubiony klimat, kojarzy mi się głównie właśnie z poprzednimi Mad Maxami. Ale nie na niego zwracałem uwagę, tylko na akcję, która od początku wciąga. Bo trzeba powiedzieć to jasno – jest jak u Hitchcocka, czyli najpierw wybuch bomby atomowej, a potem napięcie narasta.

Nie będę streszczał fabuły, bo strasznie bym film strywializował. Jest do opowiedzenia w kilku zdaniach. Zupełnie jak w Clerks, kiedy o Władcy Pierścieni mówią „it’s just a bunch of people walking”. No więc tu mamy „bunch of people driving”. Ale GOD DAMMIT, to jest jazda.

Przyznam się, że jakoś po godzinie czułem się wkręcony w akcję, ale mimo wszystko czegoś mi brakowało. Czułem 8/10. Ale później… później zaczęło się prawdziwe pieprznięcie. Nie oddam wam emocji słowami, powiem tylko, że jest naprawdę grubo. Trup ściele się gęsto, ale nie są to po prostu masowe strzały i padające trupy. To bomby, kolce, noże, goście na długich tyczkach, dubeltówki i setki innych narzędzi śmierci. Jest błoto, jest piach, jest pył i skały. Jest muzyka – właśnie MUZYKA! Niesamowita muzyka, która wgniata w fotel. To istne widowisko z dość małą liczbą dialogów. Nie, nie ma głebi bohaterów, nie ma wielu wątków. Jest ostra jazda. I naprawdę ani jednego momentu kiedy pomyślisz „Czy to już koniec?”. Ani jednego zawieszenia niewiary, czy dziury logicznej (przynajmniej na pierwszy rzut oka).

Czy trzeba iść na ten film? Trzeba. Oczywiście jeśli nie przeszkadzają ci flaki, trupy i dziecko wyjmowane z łona ciężarnej. Nożem. Choć muszę przyznać – nie jest przesadnie krwawo, nie widzimy zbliżeń ran, czy litrów krwi jak u Tarantino.

Na pewno będę miał na Blu-Rayu. Na pewno obejrzę co najmniej jeszcze raz. Wspaniały show.

* poszedłem kiedyś z dziewczyną na film „Czego pragną kobiety” a ponieważ na wyświetlaczu nie zmieściła się całą nazwa, okazało się, że poszliśmy na „O czym marzą faceci”. W oryginalne odpowiednio „What Women Want” i… „One night at McCool’s” ;D Przez cały film czekałem na Mela Gibsona…