Uwielbiam płytkie, amerykańskie, popcornowe filmy akcji. Takie które są parodią samych siebie, w których główni bohaterowie rzucają kultowe one-linery, a ty co chwilę krzyczysz YEAH, GO FOR IT! Wybaczasz wtedy filmowi dużo – w końcu kino jest po to, by bawić, „entertain“ jak to określa piękne, angielskie, czy raczej w tym znaczeniu amerykańskie słowo. I wiecie co? „Jupiter Intronizacja“ definitywnie nie jest jednym z tych filmów. Definitywnie.

Prawdę mówiąc, gdybym nie wiedział, że to film Wachowskich, to nawet nie podejrzewałbym, że chociaż patrzyli na scenariusz. Serio, do tej pory nie jestem w stanie pojąć jak mogli coś takiego wypuścić. Bo jeśli myślę „kosmos, cywilizacje, brawurowe akcje“ i chciałbym porównać ten film do Strażników Galaktyki to musiałbym postawić je na przeciwległych biegunach. Bo tamten film nie ma może kilku rzeczy. Ten może kilka ma. Kilka w znaczeniu 2-3. Ech.

Zacznijmy od bohaterów. Otóż nagle okazuje się, że mieszkająca na Ziemi (oczywiście w USA) piękna Rosjanka (Mila Kunis) będąca członkiem rodzinnego klanu sprzątaczek, jest następczynią Pewnego Tronu, oraz władczynią Ziemi. To tak w skrócie – nie będę specjalnie spoilował. Choć spoilować nie ma zbytnio co – serio, Krzysiek Kotkowicz i Wapniak mi świadkami, że kilka razy mówiłem na głos co teraz będzie się działo i to się właśnie działo. A twórcy jednego z bardziej kultowych dzieł wszechświata – jakim był Matrix – sięgali po tak zużyte kalki, że moja ręka sama układała się do facepalma.

Przerwane w ostatniej chwili wesele. Kochanek pędzący na ratunek ukochanej, wbrew regułom (choć oficjalne po cichu mówią mu, że są z nim). Walka z jaszczurem wygrana przez walnięcie pięścią w ryj. I płytkie, płytkie teksty. Tak złe, że na scenach miłosnych bardzo żałowałem, że nie było przycisku Fast Forward. Serio, lubię kino akcji, nie wymagam od filmów głębi tam gdzie jest niepotrzebna, ale tu po prostu nie było ikry.

Nie będe nic mówił o dziurach logicznych, czy tego typu sprawach, nawet nie zaangażowałem podczas seansu części mózgu odpowiedzialnej za analizę tych zjawisk. Skupiłem się na DWÓCH fajnych aspektach. Latających butach oraz formie – strojach, statkach i planetach. Te zostały zrobione bardzo fajnie. Co z tego… Sytuacji nie ułatwiał fakt, że film oglądałem w kinie 4DX, a był to drugi i ostatni seans na jakim byłem w tym kinie – ale na to poświęcę osobną notkę.

Tak czy inaczej – nawet jeśli uwielbiasz filmy akcji i teksty Arnolda Schwarzeneggera, możesz się srogo zawieść. Ja się zawiodłem. No właśnie. Oneliner był jeden. JEDEN. Przynajmniej taki, który się liczy. Reszta to ckliwe dialogi – naprawde bardzo słabe.

Zarys fabuły jest do uratowania. Ale wykonanie? Minecraft wywołuje we mnie więcej emocji. I ma lepszy wątek miłosny.

Wachowscy – zawiedliście mnie bardzo. 2/10.

P.S. Jeszcze jednym fajnem aspektem w tym filmie jest tłumaczenie. inTRONizacja. TRON odgrywa bardzo ważną rolę w tym filmie. Porcelanowy :D #iykwim