Jeszcze kilka lat temu moje podejście do dyskontów nie różniło się zbytnio od tego które reprezentuje Pan Prezes Jarosław ;) Ot, tanie sklepy dla tych co lubią oszczędzać. Ja nie lubię. A więc je raczej omijałem. Tym bardziej, że kiedyś naciąłem się na jakieś strasznie kiepskie produkty z Lidla i został mi uraz. Jeździliśmy głównie do wielkopowierzchniowych marketów i ewentualnie sklepów premium typu Piotr i Paweł, czy Alma. Czasem sklep osiedlowy, ale nasz niestety nie zmienił się zbytnio od 1989 roku, więc boję się kupować w nim cokolwiek poza alkoholem i rzeczami z puszki.

Od marketów odzwyczailiśmy się mieszkając w Szwajcarii. Koło naszego domu był mały Coop oraz właśnie dyskont – Denner. Były wielkości sklepów osiedlowych, ale w Dennerze było znacznie taniej. I nawet taka osoba jak ja, która nie patrzy zbytnio na ceny i nie należy do najoszczędniejszych, zauważyła różnicę. Po powrocie do Polski kilka razy wstąpiłem do Biedronki i zdziwiłem się, pozytywnie. Niedługo później dzięki bardzo podobającej mi się reklamie Lidla w TV (serio) postanowiłem dac mu szansę i… zakochałem się jeszcze bardziej. Prawdę mówiąc 90% naszych zakupów spożywczych robimy teraz albo w Lidlu albo w Biedronce. I nie odczuwamy zbytnio potrzeby jeżdżenia gdzie indziej. A dlaczego?

1. Rozmiar sklepu

Największym problemem z zakupami w hipermarkecie jest CZAS. Najpierw szukanie miejsca parkingowego. Potem droga do marketu. Gdy to hipermarket to musisz jeszcze do niego dojść. A potem kluczenie pomiędzy korytarzami. Właściwie nie ma szans na poranne zakupy.

Dyskonty są na tyle małe, że po prostu zakupy robi się szybko. Miejsce parkingowe znajduję zawsze, w miarę blisko wejścia. Generalnie wszystkie miejsca są blisko wejścia. Nigdy nie jestem tam dłużej niż 30 minut, zazwyczaj około 15. Co więcej, układ wszystkich sklepów jest praktycznie taki sam (lub lustrzany), więc nawet w Lidlu w Sztokholmie wiem co gdzie leży.

2. Ceny

Dyskont to dyskont. Nie wszystko jest najtańsze, ale generalnie jest tanio. Wiem z drugiej strony, że dostawcy mają z tym problem, bo dyskonty wymuszają takie ceny na dostawcach, ale jako konsument tylko mogę się z tego cieszyć. Oczywiście JEST dużo produktów kiepskiej jakości, ale po prostu trzeba wiedzieć co kupować :) Pamiętam jak na samym początku przekonały mnie krewetki w bardzo dobrej cenie – tańsze od tych z dużych marketów, czy delikatesów. A później coraz więcej produktów.

No i wina! Wina w tak dobrej cenie, że szok. I to żadne Carlo Rossi, dobre wina, nie wspominając już o Port – w końcu Biedra jest portugalska. Ale i w Lidlu i w Biedronce można ich znaleźć mnóstwo i są naprawde dobre. I znowu – pewnie na stoisku z 1000 rodzajami win w hipermarkecie można by takie wyszukać (nie wiem) ale ja naprawdę nie będę jechał kawał drogi, szukał miejsca, parkował, szedł, jechał z wózkiem i potem jeszcze wyszukiwał przez godzinę :)

3. Różnorodność asortymentu

No właśnie. Tu zmieniło się najwięcej. Tu naprawdę można kupić świetne produkty. W Lidlu są steki Beef Mastera, w Biedrze – kilka rodzajów steków z Sokołowa. Generalnie oba sklepy coraz bardziej zaskakują mnie swoim asortymentem. Jest mnóstwo świeżych warzyw i ziół, wybór serów, mięsa i innych rzeczy. A najbardziej cieszy mnie tu Lidl – tygodnie z produktami z różnych krajów są po prostu genialne.

Chociaż właściwie dlaczego? W końcu żyjemy w takich czasach i w takim kraju, że to wszystko i tak można gdzieś kupić?  Dochodzimy do sedna. Znowu czas. Otóż mógłbym jechać do marketu i wyszukiwać na międzynarodowych stoiskach różnych produktów. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że ja po prostu wchodzę w tym tygodniu do sklepu i on proponuje mi “w tym tygodniu zajmiemy się Azją”. I ja zalatany, zabiegany, z myślami gdzieś tam, po prostu na to przystaję. To jak z radiem – to ono serwuje muzykę, nie układasz sam playlist, ale jeśli to dobre radio to po prostu go słuchasz.

A produkty międzynarodowe mogą być czasami naprawdę świetne i w dobrej cenie. Szynka parmeńska za 49 zł za kilogram? Heloł?! U mnie jest o tyle ciekawiej, że w targówkowych Lidlach ludzie często omijają krewety czy szynki parmeńskie i wala się ich tyle, że można zrobić zakupy na zapas :)

Owszem, wielu produktów nie ma. Ale tak szczerze – czy ja potrzebuję tych tysięcy produktów z hipermarketu? Nie. Serio. Ta różnorodność spokojnie mi wystarcza. Jeśli coś mi się znudzi, jadę do Biedry. I na odwrót. Ok, czasem wybiorę się do innego sklepu, albo zamówię coś przez net, ale ten zakres produktów spokojnie pozwala na kulinarną różnorodność.

4. Obsługa

Nie raz mówiło się o tym, że kasjerki w Biedronce są źle traktowane, że muszą przenosić ciężkie palety i harować za grosze. Nie mam pojęcia jak jest naprawdę. Ale wiem, że z punktu widzenia klienta to właśnie obsługa w tych dyskontach jest miła, uprzejma, pomocna i uśmiechnięta. W hipermarketach widzę często umęczone panie w wymiętych tshirtach z nazwą firmy dostarczającej pracowników. W Lidlu, czy Biedronce chyba NIGDY nie zdarzyło mi się, by jakiś artykuł nie miał kodu, co jest nagminne gdzie indziej. A ja muszę czekać przy kasie albo biec po drugi produkt.

To samo z kolejkami – zawsze gdy jest kilka osób w kolejce, otwierana jest kolejna kasa, nigdy nie stoję zbyt długo.

5. Serendipity

I na koniec kolejna rzecz którą określam moim ulubionym słówkiem angielskim, które oznacza “zdolność do czynienia szczęśliwych odkryć przypadkiem” (fajne słowo, nie?). Na początku drażniło mnie to, że gdzieś między mlekiem, a mięsem leżą wiertarki, ubrania, czy garnki do gotowania na parze. Patrzyłem z wyższością na ludzi szukających w koszach z ubraniem. Nieco to słabe. Dziś sam grzebię w tych koszach, choć zarabiam kilka razy więcej niż wtedy :) Dlaczego?

Dlatego że dostrzegłem, że są tam po prostu zajebiste rzeczy. Choćby ubranka dla dzieci Lupilu, które moja żona uwielbia. Dzieciaki też. A oprócz tego leży tam po prostu ileś rzeczy które pewnie byłyby gdzieś tam na stoiskach w markecie – na stoiskach na które nie mam potrzeby zaglądać. A tu nagle zestaw talerzy do pieczenia pizzy. Albo fajne silikonowe formy do muffinek. Albo stolik ogrodowy. Tak, to trochę pułapka, ale ja lubię w nią wpadać i kupić czasem fajny komplet kluczy nasadowych. A co, carpe diem ;)

***

Tak, uzależniłem się od dyskontów i dobrze mi z tym. Akurat od tych dwóch, bo je mam w okolicy. I obserwuję jak coraz bardziej walczą o klientów premium. Owszem, to nadal sklep w którym robią zakupy ludzie nie zarabiający zbyt dużo, ale mi to kompletnie nie przeszkadza. Z mojego punktu widzenia to po prostu dobre, tanie sklepy w których szybko robię zakupy. Czego chcieć więcej? Dzięki nim nie szwendam się po lokalnym sklepie Społem zastanawiając się co włożyć dziś do garnka, co jest świeże, a co nie. Nie muszę też raz na tydzień, w weekend robić rodzinnej wycieczki do marketu. Jadę tam rano, przed pracą, spędzam 15 minut i wychodzę zadowolony.

Lidl “kupił mnie” już dawno, Biedra miała swoje wpadki (opisywałem jak wnerwiła mnie śmierdzącymi wędlinami skąpanymi w czymś nieudolnie udającym dym), poza tym omijałem ją dopóki trzeba było płacić dukatami. Teraz też ją polubiłem.

 

Jestem Polakiem, który kupuje w dyskontach, Panie Prezesie. I co pan mi może zrobić? ;)

P.S. A kampania Lidla z Okrasą i Pascalem jest najlepszą kampanią ever. 100% content marketing. Kocham.

P.S.S. Nie, nadal nikt nie sponsoruje moich wpisów o dyskontach. Napisałem tę notkę szybciutko, zanim ktoś się na to zdecyduje ;)

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: