fbpx

W poprzedniej notce o współpracy  blogerów z firmami pisałem o dwóch bardzo ważnych elementach współpracy. Po pierwsze bloger posiada własne medium, po drugie jest (zazwyczaj) wiarygodny. To odróżnia go od wszelkiego rodzaju „pysków” reklamujących różne produkty na billboardach, czy w TV. Myślący konsument dobrze wie, że Mariusz Czerkawski nie używa na codzień wody po goleniu Bond, a także że raczej nie dodaje mu ona pewności. To tylko użyczenie twarzy i copywriterskie hasełko. Choć  na target pewnie zadziała.

Dziś chciałem napisać o rodzajach współpracy. Na początku podzielmy je na trzy grupy:

  1. Wysyłka – niespodzianka

  2. Recenzje

  3. Współpraca planowana

Pierwszy punkt to wszelkiego rodzaju #darylosu, wysyłki okolicznościowe, samplingi i inne akcje o których bloger dowiaduje się już w momencie otrzymania paczki. Ja nie nazywam ich pełnoprawnymi akcjami blogerskimi, bo bloger wcale nie musi chcieć brać w nich udziału, choć odpowiednio przeprowadzone mogą odnieść sukces. O nich napiszę w następnej notce.

Drugi punkt został przeze mnie wydzielony, bo wymaga osobnego traktowania. Napiszę o nim kiedy indziej.

Trzeci punkt to współpraca na którą bloger decyduje się po poznaniu warunków. Wszystko jest dogadane i dograne (oby) i za obupólną zgodą współpraca rusza.

I tu znowu muszę wymienić dwa typy akcji

  1. Kryptoreklama

  2. Współpraca jawna

Kryptoreklama. Nie bójmy się tego słowa. Tak, jest ono negatywne. Zawsze było i nadal jest.  Według mnie wszelkie przekazy reklamowe o których nie wiadomo, że są przekazami reklamowymi to właśnie elementy kryptoreklamy. Nie, nie masz redakcji, nie masz właściciela twojego medium. Ale masz czytelników, których powinieneś szanować. I masz wiarygodność o której pisałem w poprzedniej części. Robiąc na blogu akcję kryptoreklamową po prostu tracisz swoją wiarygodność.

Kiedy Katarzyna T.  na swoim blogu pisze iż wstała rano, użyła kremu marki X, który dzięki swojemu imnowacyjnemu systemowi doskonale pomógł jej  w blablabla i pobiegła na zakupy, to w pewnym stopniu oszukuje czytelników. To nie jest prawdziwy przekaz, to przekaz opłacony. Nie powiedziałaby tego, gdyby firma nie przelała jej środków na konto. Jestem zdecydowanie przeciwny takim akcjom blogerskim, choć nie oszukujmy się, to nie blogerzy je wymyślili.

Wystarczy otworzyć niedawny numer Focusa w którym to w artykule o grillowaniu pojawia się nagle sugestia użycia konkretnej kiełbasy Krakowskiego Kredensu która jest najlepsza, obok kontekstowo oczywiście pełnostronicowa reklama tejże firmy.

Nie idźcie tą drogą. To pewnie zadziała na konsumenta. Firma też osiągnie swój cel. Ty dostaniesz jakąś tam kasę. Ale niestety twoja wiarygodność spadnie. Przy większej ilości takich akcji spadnie drastycznie. Ja wrzucam to do jednej szufladki z marketingiem szemranym (czyli agencja wpisuje się forach jako Ania18 i Zdzisiek23 zachwalając produkty).

Pamiętacie Truman Show? Tak to właśnie wygląda.

Współpraca jawna jest wtedy, gdy czytelnik w jawny sposób jest poinformowany, że treści które czyta są wynikiem współpracy. Każdy bloger oznacza to inaczej, jedni mają specjalną kategorię dla tych wpisów, inni pisza na starcie „razem z firmą x…”, lub „w wyniku współpracy z firmą x…”, „firma x poprosiła mnie o…” I tak dalej. Czytelnik o tym wie, akceptuje to (lub nie) i czyta dalej (lub nie). Sytuacja jest jasna i klarowna. Dobra akcja przeprowadzona w ten sposób zadziała, a wiarygodność blogera nadal będzie na swoim miejscu.

Jest jeszcze jeden podział o którym chciałbym dziś wspomnieć. A mianowicie podział na marki z którymi współpracuje bloger. Można wymienić trzy typy marek (nie jest to zbyt wysublimowany podział, ale to rzeczywiście prosta sprawa):

  1. Marki których ambasadorem jest naturalnie

  2. Marki do których ma obojętny, lub „lekko ciepły” stosunek

  3. Marki których nie lubi, nie poleca

Pierwsza grupa to marki które i tak uwielbiam. Piszę o nich, chwalę je – w moim przypadku to znamienne, bo piszę dużo o markach i produktach. Chwalę i ganię. W przypadku moich lovemarków współpraca byłaby po pierwsze mega przyjemna, po drugie byłbym bardzo, bardzo autentyczny.

  • Kiedy reklamowałbym KFC wszyscy moi znajomi i czytelnicy wiedzieliby że jestem prawdziwy, bo kocham KFC od 20 lat i nie kryję się z tym.
  • Peugeota 5008 którym jeżdżę i tak zachwalam wszystkim rodzinom z dziećmi, więc byłbym też przekonywujący jako ich ambasador.
  • Chwalę zawsze i wszędzie Inteligo, bo mają wiele świetnych funkcji, używam ich od lat.
  • Uwielbiam IKEA, bo 3/4 mojego domu to ich meble.
  • Jeśli miałbym kiedykolwiek promowac Assassin’s Creed, czy Cywilizację to byłbym w 100% autentyczny bo jestem maniakiem tych gier.
  • Tak byłoby też z czapkami New Era, butami New Balance, H&M, Jackiem Danielsem, Coca-Colą czy Lidlem. I tak lubię te marki, i tak piszę o nich dobrze.

BTW – zobaczcie, wymieniłem kilka marek. Oczywiście podejrzliwy czytelnik i tak powie: HA, ZAPŁACILI CI! Nie :) Ani grosza. Ja zapłaciłem mniej lub więcej za ich produkty. Ale nie żałuję. I tak, i tak bym gadał o nich ze znajomymi, i tak napisałbym o nich na fejsie, czy na blogu. Ba, nie raz i nie dwa pisałem.

Druga grupa to marki które są mi mniej lub bardziej obojętne. Tu wszedłbym we wpółpracę na określonych warunkach, ale nie szastałbym opiniami jeśli nie byłbym przekonany co do produktu, czy usługi. Czasem można to przetestować szybko, czasem nie. Uważajcie więc – czym innym wspólnie zorganizowany konkurs, czy inna tego typu akcja, a czym innym WASZA REKOMENDACJA. Nie powinniście jej sprzedawać. Niech ona pozostanie obiektywna.

Trzecia grupa to marki, których nie lubię. Nie zamykam sobie tutaj drzwi, ale widzę to słabo. Byłbym bardzo słaby w kampanii Pepsi, bo jestem od lat 80tych zadeklarowanym wielbicielem Coke. Chyba, że Pepsi rzeczywiście przekonałaby mnie i zrobiła akcję w stylu „Górecki nawrócił się na Pepsi”. Nie no, musiałby to być rzeczywiście olbrzymi budżet :D Nie opłaca się ;) A weźmy np Wartę i Saturna, którzy dostali to ode mnie przy ostatniej okazji. Czy chciałbym wziąć udział w akcji z nimi? Raczej nie. Chyba, że byłaby to akcja w stylu „zmieniamy się dla was” itp, akcja w której pokazaliby tak krytycznej wobec nich osobie jak ja, że wzięli sobie to do serca, że chcą się polepszyć, że chcą lepiej informowac swoich klientów, itp. Musiałbym być tam wiarygodny. A nie byłbym wiarygodny biorąc udział w akcji Sommersby, skoro rok temu napisałem, że mi nie smakuje. Bo mi nie smakuje, co zrobić. To oczywiście kwestia gustu, ale warto o tym pamiętać. I tak TO by było „sprzedanie się”. Plebs określa tak każdą akcję blogerską, ja oceniam tylko te z trzeciej grupy ;)

Bo – powtórzę to jeszcze raz – wiarygodność jest najważniejszą cechą blogera podczas współpracy reklamowej. I nie tylko wtedy. Nie straćcie jej.

A następne dwa odcinki o recenzjach i darach losu :)

 

Chcesz być ze mną w kontakcie? Polub mnie na Fejsie.
Obiecuję pisać same fajne rzeczy ;)
Czasem jakieś zdjęcie burgera.