Jutro 1 sierpnia. Rocznika Powstania Warszawskiego. I jak zwykle mnóstwo emocji, skrajnych opinii i flejmów w necie. Może nie tak dużo jak 11 listopada, ale jednak sporo, tym bardziej że dochodzi tu dodatkowy wątek p.t. “czy cała Polska musi przeżywać święto warszawki”. No cóż, chcieliśmy wolność to ją mamy, także wolność wypowiedzi.

Ja byłem blisko wszelkich martyrologicznych klimatów przez lata. Całe swoje nastoletnie i dwudziestoletnie lata spędziłem w harcerstwie. Tam jak wiadomo zniczy, pomników, wart i tym podobnych nie brakuje. Niestety. Piszę “niestety” bo ja sam w pewnym momencie zacząłem dostrzegać przesycenie partyzanctwem, martyrologią i mruczandem nad grobami. Wszystko takie patetyczne, wzniosłe, ociekające krwią. Mocno prawicowe, mocno skupione na tym co BYŁO. Mocno romantyczne i ani trochę pozytywistyczne. Pamiętam jak zawsze tęskniliśmy do obchodów 4 lipca w USA, albo właśnie 1 sierpnia w Szwajcarii – tam to wszystko ma zupełnie inny wymiar, jest kolorowe i wesołe.

Drażniło mnie to mocno, tym bardziej, że sam zawsze byłem w odłamie dość mocno antymilitarnym, indianistycznym, spałem w tipi, smażyłem mięso na gorącym kamieniu, a nie bawiłem się w wojnę i cotygodniowe zapalanie zniczy.

WTEM! Pach. W Wiśle upłynęło nieco wody. Patrzę sobie dzisiaj na tytuły prasowe i widzę krytykę czegoś zupełnie przeciwnego. “Upopowienia” wydarzeń powstańczych i im podobnych. Podobno sa spłycane, podobno całość przypomina trochę festyn z cukrową watą, zamienia wojnę w sielankę i wesołą zabawę. I niestety muszę momentami przyznać autorom rację.

Tak, ten nurt też widziałem. Każdy z nas bawił się w wojnę będąc gnojkiem, ale dla mnie od momentu gdy zdałem sobie z tego sprawę, wojna zawsze była i jest czymś tragicznym. Wojna to nie wesołe “Róża czerwona, biało kwitnie bez”, ani dziarskie udawanie USARMY z ASG w ręku. Wojna to śmierć, głód, gwałty i inne tragedie. Dlatego gdy widzę inicjatywy powstańcze w stylu “dzieci przebrane za żołnierzy strzelają wesoło do ludzi” to krew mnie zalewa. Tym bardziej, że – wbrew obiegowej opinii – dzieci raczej nie walczyły i nie strzelały do wroga, jeśli już miały inne zadania.

Znowu jestem w potrzasku. Z jednej przesadzona martyrologia, mruczenie pieśni partyzanckich i groby, groby, groby, z drugiej wesoły festyn i wata cukrowa. Jak powinno być? Nie wiem, kurcze do końca nie wiem. Chociaż wiem, że dobrym symbolem tego co bym chciał jest Muzeum Powstania Warszawskiego. Tam nie jest ani nudno-grobowo, ani festyniarsko-watocukrowo. Jest ciekawie i merytorycznie.

Wiem też jedno. Śmieszą mnie opinie “fotelowych strategów”. Gości którzy grzejąc dupę w fotelu , a nogi w kapciach, popijając ciepłą herbatkę / zimne piwko mówią spokojnym tonem, że powstanie nie miało sensu, oni zrobiliby tak i tak, a może to zrobiliby tak. Przepraszam za dosadny ton, ale większość z was w pierwszej kolejności zesrałaby się ze strachu w majtki przy pierwszym strzale. Nie oceniajcie tych decyzji w pochopny sposób, tam było mnóstwo emocji. Ja w to nie wnikam, specjalista od tego ze mnie żaden, dokładnej historii wojny nie znam i pewnie znać nie będę (bo jak już pisałem to nie moje klimaty), ale błagam, przestańcie to robić bo się ośmieszacie.

I wiem jeszcze jedno. Jutro jak zwykle wsiądę sobie na rower albo skuter, pojadę do centrum, stanę razem z masą ludzi na Marszałkowskiej albo w Alejach i będę przeżywał ten moment – jest coś tak niesamowitego w chwili w której zamiera całe miasto, że zawsze łapie mnie za gardło. Zawsze. To jeden z najbardziej emocjonujących momentów w roku. To trzeba zobaczyć. Oczywiście to pewnie też można dissować, ale całe szczęście większość hejterów może zostać w domu. Mam nadzieję, że nie ma ich zbyt wielu.