Tak, lubię burgery. Bardzo. To chyba oczywiste, mam je nawet w sloganie na blogu. Stały się one ostatnio moim ulubionym pożywieniem “na mieście” (o ile nie idę do restauracji, wtedy jem naprawdę prawie wszystko), chociaż lubiłem się nimi zajadać od zawsze. Tyle, że do niedawna na mieście można było zjeść głównie “chamburgera” – czyli polskiego, odgrzewanego lub gotowanego (!) burgera wieprzowego, drobiowego lub innego pochodzenia. Z surówką i innymi dodatkami rodem z przyczep z zapiekankami. Nie byłem ich fanem, dlatego też druga połowa lat 90-tych była dla mnie okresem pożerania “chińczyka”, lata 00 – okresem kebabów. Aż nadeszła Era Burgera.

Fascynuje mnie jednak jedno – hejt na burgery. Ok, hejt to może za mocne słowo, ale kiedykolwiek jest mowa o burgerach słyszę zawsze “będziesz gruby!”, albo “cholesterol cię zabije!”, ewentualnie “hipsterska wyżerka”. Odniosę się więc z chęcią do tych punktów, bo to zazwyczaj – excuse moi – totalne pieprzenie głupot.

Najpierw o rzekomym tyciu. Przyjrzyjmy się składowi burgera.

1. Mięso.

Wiecie dlaczego dzisiejsze burgery nie są do końca fast foodem i dlaczego je tak lubię? Bo to 200 gram dobrej, chudej wołowiny. Nie będę się tu rozwodził nad tym, ale powinniście wiedzieć, że wołowina jest zdecydowanie chudsza od wieprzowiny, cielęciny, karkówy z grilla i innych rodzajów mięsa którymi się w Polsce zajadamy. Tak, jest droga. Dlatego jemy jej tak mało. Ja, mieszkając w Szwajcarii 1,5 roku i jedząc w dużej mierze wołowinę (tam jest stosunkowo tańsza), oraz jedząc regularne posiłki, schudłem 8 kg. Ot tak. Bez wysiłku.

Dlatego dziwi mnie to szczególnie w kraju w którym na potęge wpieprza się schabowe, mielone, żeberka i inne tego typu smażone na oleju przysmaki. Tłuste, wieprzowe. Jemy mało ryb (a jeśli już to pangi i inne takie), nieco chudszy drób ale w nim jest też tyle syfu, że szkoda gadać.

Dobra wołowina, często specjalnie dobierana (jak na steki w resturacjach) to naprawdę na tym tle zdrowe żarcie. Ok, nie chcę tu wchodzić w wege-konflikt bo to inny temat, jestem mięsaninem i będe jadł mięso.

2. Bułka

Kolejna “straszna” rzecz to bułka. No tak, “węglowodany”! Zło! Ludzie, plaskacz w twarz. TO JEST JEDNA BUŁKA. Ok, są osoby które nie jedzą zupełnie węgli (Dukan?), są osoby które je mocno ograniczają i jedzą np tylko ciemne pieczywo. Rozumiem. Ale bez przesady, większość z nas normalnie je pieczywo – 4 kromki, czy tam 3 bułki na śniadanie. Chleb do zupy. Pieczywo na kolację. I co, robimy aferę z powodu JEDNEJ BUŁKI? L.O.L. Tym bardziej, że w dobrych burgerowniach jest ona wypiekana na zamówienie, nie jest to gąbczasty, marketowy syf.

I jeszcze jedna rzecz. Większość z was wpieprza oporowo słodycze! Czym jest moja jedna bułka w porównaniu z tym całym cukrem który pochłaniacie? Ciasta, cukierki, pączki. W sam Tłusty Czwartek jecie więcej węgli niż ja przez rok :) Ja z założenia nie jem prawie wcale słodyczy – polecam.

3. Dodatki

Co mamy oprócz mięsa i bułki? W dużej mierze warzywa. O nich chyba nie muszę nic pisać, bo wiadomo, że to nie jest szkodliwe, a wręcz przeciwnie. Czasem bekon – ok, to rzeczywiście tłuszcz, ale to zazwyczaj jeden plasterek. Zjadam tych plasterków w ciągu roku tyle ile zjadacie ich w ciągu jednego dnia Wielkanocy :) To samo z żółtym serem. Chociaż często wybieram burgery bez bekonu. Co jeszcze? Sosy. Ok, one rzeczywiście nie są zdrowiem w płynie, ale nie jest nim też milion sosów które dodajemy do grilla, czy pizzy. Nie dajmy się zwariować.

I tyle. Wow. Jasne pieczywo, chuda wołowina, sporo warzyw i trochę sosu. O to taka afera? To takie zło i śmierć? Błagam :) No więc pohejtujecie, pohejtujecie, a jutro kanapka od Pana Kanapki w biurze. Samo zdrowie :>

Ale ale. Jeszcze jedna ważna rzecz.

4. Hipstery!

Część osób hejtuje burgery bo to amerykańskie i hipsterskie. Czyli podwójne złooooo.

Co do pochodzenia tego dania – śmiesznie to brzmi w ustach Polaka. Osoby z kraju w którym tradycyjnymi daniami są barszcz ukraiński, ryba po grecku, śledź po japońsku, sos tatarski, sałatka grecka i pierogi ruskie. Bitch, please. Open your mind.

A hipsterskość? Ja ostatnio zauważyłęm dwa zjawiska – po pierwsze ekstrapolację definicji hipsterskości na wszystko co jest mocno “miejskie”, co jest nowym trendem. Choć właśnie nie za nowym np fotografowanie jedzenia – przecież to żadne hipsterstwo, masa ludzi tak robi.

Jednocześnie wszystko co hipsterskie to złe. Ja mam swoją teorię, którą opisałem w innej, długiej notce, że miejska hipsterskość równoważy prowincjonalne dresiarstwo we wszechświecie, więc jeśli kogoś ciągle przesadnie drażni wszystko co jest niby “hipsterskie” to znaczy, że rzeczywiście ma problem z miastem i jego kulturą. Ja nie mam.

Ostrzegam. Będe wklejał tę notkę pod każdym burgerowym hejtem. A dzisiaj sobie zjem, a co! :>

P.S. Aha, jednak polski pierwiastek wkradł się do “burgerowego półświatka”. Nie bylibyśmy soba, gdybyśmy się nie kłócili :D Więc jest Stronnictwo Prawdziwych Burgerojadów które dissuje tych którzy jedzą różne burgerowe wymysły, choćby takie które serwują w Warburgerze. FU! Hipsterskie wymysły! Burger z anansem?! Muszę to znowu powtórzyć – kuchnia jest takim obszarem w którym zamykanie się na nowości jest symbolem ciasnoty umysłowej. Open Your Mind!

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: