fbpx

Piszę ostatnio o dymaniu nas przez firmy. Taka jest rzeczywistość, Polska nadal jest w fazie transformacji ustrojowej która potrwa jeszcze wiele lat. Mamy trochę dziki zachód, Polacy ciągle sa na kolanach i wcale nie wobec mocarstw jak to mówi PiS. Wobec firm. Niestety. Nawet moje utyskiwania odbierane są często jako „taka pierdoła a ty dym robisz”. No ale cóż, z drugiej strony jak napisze o firmie dobrze, to słysze „na pewno wziął za to kasę”. Polactwo. Z jednej strony zazdrość, z drugiej na kolanach przed zaborcą.

Dzisiaj opiszę przypadek dotyczący „branżuni” którą opuściłem, czyli branży reklamowej. Do końca jej nie opuściłem, szkolę, ale nie mam problemu z tym, żeby takie przypadki nagłaśniać. BO TRZEBA. Bo wiele rzeczy które się dzieją woła o pomstę do nieba.

Junior Brand Managerowie rządzą branżą. Niestety. To nie stanowisko, to stan umysłu. Jeden z moich ostatnich projektów który nie doszedł do skutku – ostatni właściwie – na kilka dni przed odejściem z agencji wyglądał tak, że pewna niesamowicie głupia laska wysyłała mi korespondencję w której po pierwsze było mnóstwo błędów (w każdym zdaniu jeden), po drugie zdania były nielogiczne, po trzecie miałem wrażenie, że gadam z kimś o IQ 50.

„A ile kosztuje akcja z blogerami?”
„To zależy co chcemy zrobić, jakie są cele i założenia, to sa bardzo duże rozstrzały”

„Ale mniej więcej”

„Nie da się mniej więcej, to może być 10 tys zł, może być 100 tys zł”

„Ale tak średnio”

(wysiliłem się na analogię) „To jak z samochodem, nie można powiedzieć ile kosztuje średnio, można kupić za 2 tys i za 600 tys”
„No ale widełki!”

I tak dalej. Ściana. Masakra. Czasami miałem wrażenie, że tym ludziom mniej zależy na ich własnej marce niż mnie. To był jeden z powodów dla których chciałem uciec.

Ale to jeszcze nic. Najgorsze są zasady rodem z Dzikiego Zachodu. Otóż firma organizuje przetarg, daje chore terminy (zazywczaj dlatego że ktoś w firmie dał dupy z terminami i wszystko przezimowało u niego w kącie biurka), briefuje ileś agencji po czym nie kończy w ludzki sposób.

Dla tych, którzy nie wiedza – udział w przetargu to spore koszty. To godziny pracy badaczy, strategów, kreatywnych. Często po godzinach, w weekendy. Normalka. Stworzenie dwóch, czasem trzech linii. W cywilizowanych krajach firmy często płacą agencjom za przetarg.

Co robi jedna z firm*? W ostatniej chwili odwołuje przetarg. Ot tak. To trochę jakby zrobić konkurs i w ostatniej chwili (po nadesłaniu prac) powiedzieć że jednak nie. Tylko, że to poważniejsza sprawa niż konkurs.

Wreszcie ktoś nie wytrzymał. I wrzucił na Facebooka treść listu.

List poprzetargowy

List poprzetargowy

ŻAL. Żenada. Masakra. Przyznanie się do porażki. Zmiana zasad w trakcie gry. I wiele innych spraw.

1. Po pierwsze KOMPLETNIE nie rozumiem reakcji wielu osób na ten wpis. „To normalne”. Co jest do cholery normalne? To NIE JEST normalne. To nie jest informacja o przegranym przetargu. Tu nie było wyłonienia zwycięzców. Tu po prostu zrezygnowano z wyboru! Nie widzicie tego? Ludzie! To jest kolosalna różnica! To taka różnica jak między tym „przegrałem na olimpiadzie i pyskuję” a „po tym jak wszyscy dobiegli do mety powiedziano że jednak ten bieg był bez sensu i tak jakby go nie było”.

2. Po drugie widzę już utyskiwanie branżuni. Jest przwyczajona do tego że trzeba na kolanka, że trzeba zrobić klientowi dobrze. Za wszelką cenę. MASAKRA. Obudźcie się. Sami psujecie ten rynek. Właśnie tym że klient może wszystko. Nie! Klienta nie można oszukiwać (tak jak w przypadku b2c), ale klient oszukiwać też nie może. Tym bardziej że w przypadku b2b mamy do czynienia z pewnego rodzaju partnerstwem. Narzekacie często na poziom reklamy w Polsce – a jak ma być? Jak można robić coś sensownego w takich warunkach? Ja tam cieszę się, że ktoś to powiedział głośno. Nie chcę porównywać tego bo to nie ten kaliber, ale jak Snowden powiedział głośno to co powiedział to też oburzyło się ileś głosów że to działanie przeciwko państwu. Blah blah blah. „Nie ruszaj gówna bo będzie śmierdziało”. NIE! Bardzo szanuję ludzi, którzy umieją wytknąć takie praktyki i powiedzieć to na głos.

Pamiętam – byli klienci NA POZIOMIE. Znam marketerów na poziomie. Ludzi inteligentnych. Ludzi którym zależy na własnej marce. Ludzi którzy świetnie współpracują z agencjami – przez wiele lat czasami. Współpraca partnerska, obie strony rozumieją o co chodzi, wspólnie wzmacniają markę co widać po wynikach.

Niestety jest tez mnóstwo amatorów, właśnie Junior Brand Managerów którzy mają swoją markę kompletnie w dupie, a agencje które dla nich pracują – za parobów. Gorzej że te agencje chcą być parobami i za nędzne grosze (a często ceny sa właśnie przez takie mikro agencyjki-minifabrczyki zaniżane) produkują GÓWNO. A my potem się jako konsumenci nim zajadamy.

WAKE UP!

P.S.

Dostałem właśnie informacje, które w dziwny sposób podważają zupełnie zarówno treść tego listu jak i wydźwięk całej sprawy. Podobno agencja wcale nie odwołała przetargu, a agencja ją przegrała. Czuję się dziwnie – czytam treść listu raz, drugi, trzeci i dziesiąty – widzę wyraźnie tłumaczenie „mamy tyle roboty z innymi zmianami, że nie jesteśmy w stanie teraz zmienić agencji”. Well. Poczekamy na oświadczenie, całość mi dziwnie śmierdzi.

Nie zmienia to zupełnie faktu, że to tylko jeden z przypadków takiego postępowania. To całkiem normalne, widziałem takie przypadki nie raz, więc kompletnie mnie to nie dziwi.

* Markę i tak część kojarzy, ale nie chcę nią epatować do momentu rozstrzygnięcia się sprawy.

Chcesz być ze mną w kontakcie? Polub mnie na Fejsie.
Obiecuję pisać same fajne rzeczy ;)
Czasem jakieś zdjęcie burgera.