11 minut(y) czytania

Blogowanie, a przede wszystkim blogerzy to temat który pojawia się ostatnio coraz częściej – w różnych miejsach, w różnych kontekstach. Najpierw w artykułach o tym jak bardzo lubimy siebie wyrażać i jakie to modne. Potem w “branżowych” tekstach – których wysyp nastąpił w zeszłym roku – o tym, że z blogerami warto współpracować. Wreszcie we wpisach na fejsbuku, czy tekstach w innych miejscach sieci, prześmiewających blogerów, żądania o gifty, czy wszystko co działo się wokół “Nikongate”

Raz na jakiś czas prowadzę szkolenia z współpracy z blogerami i widzę, że jest w tej materii wiele rzeczy niedopowiedzianych i mnóstwo niezrozumienia. Jeszcze więcej niezrozumienia widzę, gdy tzw. “stare media” próbują zmierzyć się z tematem. Postanowiłem więc nieco podsumować i – subiektywnie rzecz jasna – opisać. A więc naprzód.

1. Bloger blogerowi nierówny

Już na samym początku chciałbym poddać w wątpliwość wszelkie teksty w stylu “blogerzy to…”. Tak, nawet tę notkę :) Z bardzo prostego powodu – blogosfera jest olbrzymia i niejednorodna. Dlatego wszelkie generalizacje nie mają racji bytu. Blogerką jest samotna matka z Pcimia, blogerem jest dziennikarz sportowy z Chicago który prowadzi bloga, jest nim (a przynajmniej tak twierdzi) Grzesiek Marczak, czyli właściciel i redaktor naczelny największego polskiego serwisu technologicznego / bloga (niepotrzebne skreślić), jest nim Tomek Tomczyk, czyli Kominek, są nim poszukujący prawdy smoleńskiej blogerzy z salonu24, jest nim nastolatka która chce zostać blogerką modową. To olbrzymia i niejednorodna grupa i tak należy ją traktować. Dlatego też śmieję się, gdy widze różne generalizacje i ekstrapolacje – z jednego, czy kilku przypadków tworzy się zasadę dla całej blogosfery.

To bez sensu.

2. Bloger to cewebryta

Nie będę tu rozwijał całej teorii “cewebryctwa”, bo to temat na osobną notkę, a nawet książkę (polecam książkę Michała Janczewskiego “Cewebryci, czyli sława w sieci). Fakt jest jednak taki, że blogerzy, czy video blogerzy to swego rodzaju sieciowi celebryci. Oczywiście nie wszyscy, mówię o pewnym wierzchołku, o najbardziej znanych, choć i tym pozostałym często sławy nie można odmówić.

Tu pada zawsze sakramentalne – “Phi, też mi celebryta. Ja go nie znam!”. Oczywiście że go nie znasz. Na tym polega celebryctwo dzisiejszych czasów. Jest straszliwie pofragmentaryzowane, co więcej, ten trend będzie postępować. Nie musisz go znać, zupełnie. Ja – a uważam się za osobę dość obytą z siecią – do niedawna nie słyszałem o Rocku i Rojo, gościach którzy mają dziesiątki tysięcy fanów, prawdziwych fanów przyjeżdżających na spotkania z nimi. Nie musisz znać wszystkich sieciowych celebrytów. Chociaż… czy to coś nowego? Czy znasz wszystkich niesieciowych celebrytów?

Oczywiście że nie. Ten proces zaczął się już dawno temu. To nie są złote lata kina, kiedy gwiazdy były znane prawie wszystkim. To także nie gwiazdy z Pudelka, czy Vivy albo Gali których każdy krok śledzą paparazzi. To gwiazdy świecące o wiele słabiej, jednak mające swoich wiernych fanów.

Czy znasz wszystkich tancerzy z Tańca z Gwiazdami, Gwiazdy Tańczą Na Lodzie, czy innych show w tym stylu? Ja zupełnie. Prawdę mówiąc nie do końca nawet wiem kto jest gwiazdą, a kto tancerzem. Taki los.

Blogerzy, przynajmniej ci więksi, mają swoje – całkiem spore – grono odbiorców i są dla nich bardzo dużymi influencerami, czyli osobami wpływowymi. Tak po prostu jest i jeśli tego nie rozumiesz, to niestety zatrzymałeś się nieco na starym podziale. No właśnie. Stary Podział.

Trochę jak Old Deal i New Deal. Podział ten wychodzi przede wszystkim wtedy, gdy za blogerów “zabierają się” ludzie ze Starego Świata. Dziennikarze. Gwiazdy typu Kuba Wojewódzki. Czy po prostu ludzie przyzwyczajeni do tego, że świat dzieli się na GWIAZDY i szare mychy. Ludzi z pierwszych stron gazet i ludzi którzy te gazety czytają.

Dzisiejsze gwiazdy sieci… są gdzieś pośrodku. To zwykli ludzie, którzy dzięki łatwemu dostępowi do sieci i niskiej barierze wejścia, zaczęli tworzyć i gromadzić wokół siebie społeczność. To nie sa gwiazdy obyte z kamerami, czy dziennikarzami przeprowadzającymi z nimi wywiad. Może dlatego zazwyczaj tak słabo wypadają w starych mediach? A może to po prostu strach starych mediów każe ich tak przedstawiać? :) Brak podziału na dwie strony ekranu i zrozumienie, że to pewne kontinuum jest kluczem do zrozumienia sieci.

3. Bloger to osoba prywatna

To kolejna rzecz, która nie mieści się w ramach Starego Porządku. Bloger – choć jego medium ma zasięg czasami sięgający powyżej miliona unikalnych użytkowników miesięcznie – nadal pozostaje osobą prywatną. Nie istnieje tu podział Jan Kowalski prywatnie i Jan Kowalski jako dziennikarz. Po prostu nie istnieje. Dlaczego? Ano dlatego, że bloger i jego medium stanowią całość. Blog jest własnością blogera i tylko on decyduje co się na nim znajdzie. To tak proste, a zarazem tak skomplikowane. Bo różne od tego co działo się do tej pory.

Poza przypadkami, gdzie blog jest zaplanowanym, komercyjnym bytem, blogi pozostają tubą osób, prywatnych osób z krwi i kości. Chowających się czasem (coraz rzadziej) pod pseudonimem, ale jednak zwykłych, prywatnych osób. Blogera nie obowiązuje prawo prasowe, widzimisie i linia jego redakcji, oraz inne wytyczne. Pisze to co myśli.

Oczywiście może to powodować (i często powoduje), że teksty są na słabszym poziomie niż wymuskane teksty redakcyjne. Notki blogerskie są często bardziej spontaniczne, nie sa korygowane, nie są sprawdzane. Zdarzają się wyjątki, i to wcale niespecjalnie rzadkie, istnieje mnóstwo blogów z bardzo starannie przygotowanymi notkami, zgromadzoną bibliografią, takie które biją na głowę dzisiejsze teksty w gazetach. Ale większość rzeczywiście jest bardziej amatorska, bo… pisana przez amatorów.

Oczywiście wyciągają to na światło dzienne przedstawiciele Starych Mediów, tacy jak Jacek Żakowski, choć jak juz wspomniałem linia jakości i staranności tekstów wcale nie pokrywa się z linią stare/nowe media. Szczególnie dziś, gdy na skutek cięcia kosztów poziom starych mediów pikuje niczym jastrząb.

4. Bloger może współpracować z firmami jeśli ma taki kaprys.

Moment w którym blogi zaczęły konkurować z poczytnymi dziennikami, a właściwie moment późniejszy, czyli ten w którym firmy zaczęły współpracować z blogerami, wywołał spore zamieszanie. No bo jak to – jak można? Ano można. To ja, Michał Górecki. To mój blog, to moje medium. Będę robił tu co zechcę. Jeśli będę chamsko reklamował jakieś produkty, to moi czytelnicy sobie pójdą. To ja jestem odpowiedzialny za to co robię i koniec. To wszystko, nie obowiązują mnie żadne inne zasady (przyjmuję teraz nonszalancką pozycję Artura Kurasińskiego z filmu Blogersi i mówię że nikt nas nie wyłączy! ;) )

Nonszalancka pozycja Artura ;)

Nonszalancka pozycja Artura ;)

Ten punkt jest ważny jeszcze przy jednej – dość ważnej – okazji. Przy okazji współpracy firm z blogerami. Oprócz “blogów – przedsiębiorstw”, większość blogów to, jak już pisałem, prywatne media prywatnych osób. To ich hobby, to ich zajęcie po pracy, to nie ich oś życia. Dlatego nie oczekuj jako firma, że bloger odpowie ci w godzinę na maila, ani że zawsze będzie traktował cię poważnie. Tak jak ty prywatnie (zapewnie) nie traktujesz poważnie iluś spraw. Jeśli chcesz – podpisz z nim umowę, wtedy będziesz pewien że musi wywiązać się z tego, czy owego. Bloger to nie firma.

5. Bloger pisze subiektywnie

Właściwie pisałem o tym w poprzednich punktach, ale zaznaczę to jeszcze raz. Blog z założenia jest subiektywny i związany z autorem. To zdanie powinienem pokazywać wszystkim tym, którzy komentują w stylu “mów za siebie”, “chyba ty”, “napisz, że to twoje zdanie”, itp. Do cholery, to wszystko jest moje zdanie! Notka na blogu jest zazwyczaj bardziej subiektywna od felietonu – tak już jest i koniec. To nie praca dyplomowa. To kanał jakiejś osoby, która wyraża swoje poglądy, opisuje swoje spostrzeżenia, czy wynaturzenia. Nie chcesz – nie czytaj. Nie musisz. Pozostało ci kilkaset tysięcy innych blogów. Jest w czym wybierać. A jeśli masz awersję do blogów – nie czytaj. Umiejętność wybierania kanałów w tak przepełnionym informacjami świecie jest dziś kluczowa.

6. Bloger może, ale nie musi czuć się częścią blogosfery

Jak już pisałem w pierwszym punkcie, blogosfera jest bardzo niejednorodna. Mimo to część blogerów zna się, spotyka, imprezuje, lubi. Jest to oczywiście odbierane jako “kółko wzajemnej adoracji”, “lizanie się po jajkach” i tak dalej. Ludzie, a weźcie wy duży rozpęd i uderzcie głową w coś twardego. Co w tym dziwnego, że ludzie którzy się znają, mają wspólną pasję, spotykają się, piją razem i – o zgrozo – lubią? No tak, to takie mało polskie. Lepiej gdyby się pożarli i pokłócili. “Gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania” jak mówi stare porzekadło. Czy to naprawdę takie dziwne? Think.

Rzeczywiście istnieje pewna blogerska “śmietanka”, choć to źle się kojarzy. Osoby z najbardziej poczytnymi blogami w dużej mierze znają się, czasem organizują jakies spotkania – zarówno takie bardzo merytoryczne, jak i polegające głównie na pochłanianiu procentów. UND? Nie spotkałem się ani razu z podejściem “my wielkie blogery i reszta blogoplebsu”, czy też “my blogery i zwykły lud”. Serio, to jakies mity. No może nie do końca, ale… o tym w kolejnej notce ;)

I jeszcze jedno – istnieją blogerzy, którzy zupełnie nie poczuwają się do niczego, ani nikogo. A nawet tacy – których nazywam uberblogerami :P – którzy z blogosfery szydzą i uważają się kimś ponad to. No cóż nic dziwnego. Jeszcze raz podkreślę – to olbrzymia rzesza ludzi, każdy z was może zostac blogerem (to 10 minut), w magiczny sposób nie przeniesie to na was żadnych cech. Capisci?

7. Współpraca z blogerem często się opłaca

Ten punkt też chciałbym rozwinąć w osobnej notce, gdyż jest on punktem wyjścia do zupełnie innej historii, ale napomknę tutaj – bardziej jako były strateg i obecny e-przedsiębiorca – że współpraca z liderami opinii to bardzo ważna rzecz i jeden z waznych elementów marketingu w social media. A tak własnie wyszło że to właśnie blogerzy (choć nie tylko) są często liderami opinii. To bardzo wygodna sytuacja – za stosunkowo niewielkie pieniądze docierasz do masy czytelników – z przekazem reklamowym. Nie durną reklamą z wymyślonym hasłem, tylko z prawdziwym przekazem – większość blogerów nie zrobi nic wbrew sobie, więc akcje te są bardzo ciekawe i co ważne – prawdziwe. Naprawdę nie trzeba być wielkim mózgiem, aby to zrozumieć, nalezy tylko odrzucić własne nadmuchane ego (a co blogery bendo dostawać, mnie też się należy!) i ruszyć nieco głową – mnie jako producentowi koszulek bardziej opłaca się współpracować z kimś, kto ma wpływ na setki tysięcy osób, niż z jakimś Ziutkiem który ma pięciu znajomych, right?

A co ze słynnym “żądaniem giftów”? To jakiś mit, który wyrósł na kolosa, karmiony naszą, polską zawiścią. Naprawdę nie widziałem żadnego blogera na poziomie (nie mówię o młodych szafiarkach, czy mamach zakładających blogi tylko po to by otrzymywac gifty) który w jasny, czy nawet niejasny sposób dawałby do zrozumienia, że chce coś dostać.

Widziałem za to blogerów którzy skarżą się dużym (i nie tylko dużym) firmom na to, że ktoś zrobił ich w bambuko. Tak, to mogą robić. I wiecie co? WY TEŻ MOŻECIE! To nie boli, spróbujcie. To daje efekty. A, że bloger zrobi to efektywniej, a jego firmy boją się bardziej? O rany, to takie narzekanie jak to, że ja nie mogę reklamowac szamponu, ani grać w NBA. Łolaboga. Z tą różnicą, że zwykły Kowalski może po prostu założyć bloga i stać się influencerem zamiast narzekać na tę “nierówność”. Ale jak już pisałem – o tym w następnej notce.

 

I to by było na tyle. Całkiem sporo jak na grupę która jest niejednorodna i której nie da się opisać ;) A w następnym odcinku o dwóch rzeczach związanych z rozwojem blogosfery, których nie przewidziałem. Dostanie się trochę i blogerom, i zwykłym, szarym mychom. A co :)