9 minut(y) czytania

O Węźle Gordyjskim pisał nie będę, bo ci czytelnicy którzy nie wiedzą co to, nie do końca są w moim targecie :P Pominę więc wstęp i przejdę od razu do sedna – czasem mam wrażenie, że nasi politycy większość problemów chcą rozwiązać właśnie tak. Ciach! I po sprawie. Bez zastanawiania się, bez rozmyślania o przyczynach i skutkach. Nieco na oślep. I nie, nie chodzi mi tylko o obecną ekipę. To raczej problem ogólny. W końcu mają ważniejsze rzeczy na głowie – trzeba walczyć z przeciwną frakcją.

Zanim przejdę do wspomnianych fotoradarów posłużę się dwoma przykładami które dobitnie ilustrują konieczność używania tego co znajduje się pomiędzy uszami i głębszego wnikania w problemy. Wyobraźmy sobie, że musimy rozwiązać problem ludzi sikających w miejscach niedozwolonych. Staje się to nagminne i rzeczywiście nie możemy sobie z tym poradzić. Jakie jest najprostsze, “gordyjskie” rozwiązanie? Podnieść kary, zwiększyć ilość patroli albo nawet zamontować monitoring. Problem z głowy. O RLY? A możeby zastanowić się DLACZEGO ci ludzie sikają? Może po prostu brakuje publicznych toalet? Zupełnie tak jak w Warszawie. Może ci ludzie po prostu nie mają gdzie sikać i w bezsilności robią to co robią? Oczywiście nie usprawiedliwiam wszystkich, ale postawienie toalet pewnie problem choćby częściowo by rozwiązało. Wtedy można zająć się drugim rozwiązaniem, choćby karaniem.

Albo weźmy na tapetę problem który prasa poruszy – jak co roku – za jakieś dwa miesiące. Psie kupy. Dlaczego ludzie ich nie sprzątają? Jest pewnie wiele powodów – czynniki kulturowe (nigdy się tego u nas nie robiło), nasze podejście do wspólnego terenu (wspólne czyli niczyje), lenistwo, ale często także… po prostu brak koszy na śmieci! W wielu miejscach (także w Warszawie) jedyne kosze na śmieci znajdują się na przystankach autobusowych. Nie wspomnę już o dystrybutorach torebek, czy akcji uświadamiającej (ciągle nie wiem czy wyrzucanie tych kup w torebkach jest ekologiczne czy nie, jest mnóstwo opinii na ten temat.) Można więc zwiększać kary, można tworzyć wymyślne kampanie z pięknymi sloganami copywriterskimi, ale można na przykład… uświadamiać ludzi, zadbać by wszędzie były kosze i dystrybutory z torebkami. Założę się, że problem zmniejszyłby się znacznie. Dlaczego? Bo w obu przypadkach doszliśmy do POWODÓW. I staraliśmy się je wyeliminować. Inaczej to wycieranie podłogi szmatą bez naprawienia cieknącej rury. Ale do tematu.

***

Fotoradary. Temat z pierwszych stron gazet. Wielka polaryzacja społeczeństwa – jedni przyklaskują pomysłowi, inni się burzą mówiąc że to bezsens. Ja – choć muszę właśnie zapłacić za spotkanie ze słynnym żółtym słupkiem przy ul. Sobieskiego – generalnie uważam, że fotoradary to dobry pomysł. Dobry, bo osoba przestrzegająca prawa nie powinna mieć z nimi problemów. A kodeks drogowy, to przecież prawo. No właśnie, GENERALNIE. Bo jest tutaj kilka “ale”.

Mieszkałem dwa lata w Szwajcarii. Kraju w którym już na wjeździe wszyscy mówią ci – “stary, przede wszystkim przestrzegaj limitów prędkości”. Kary za przekroczenie tychże są legendarne. Kilka tysięcy franków, a nawet pozbawienie wolności. Kary uzależnione od wysokości pensji. Hardkor.

Oczywiście ograniczeń przestrzegałem. W dużej mierze z powodu wspomnianych kar. Ale… nie miałem z tym żadnego problemu. Dlaczego? Dlatego, że z 90% ograniczeń prędkości w pełni się zgadzałem. Serio. Były logiczne, były sensowne. Ruch był płynny, wiedziałem dokładnie kiedy dojadę we wskazane miejsce. A u nas?

Przeprowadziłem dzisiaj eksperyment. Jechałem z Otwocka do Warszawy przestrzegając wszystkich ograniczeń prędkości. Ustawiłem limit na tempomacie i nawet jeśli mnie kusiło, to nie miałem takiej możliwości. I wiecie co? Nie spotkałem po drodze ANI JEDNEGO samochodu, który by tych limitów przestrzegał. Wszystkie mnie wyprzedzały, a przede mną pustki. Nie znam statystyk, ale jestem pewien, że – przynajmniej w dużych miastach – wszystkich ograniczeń prędkości przestrzega jakiś marny procent użytkowników. Ja wiem, że nieprzestrzeganie prawa przez innych nie jest usprawiedliwieniem. Ale HELLO! Jeśli jakiegoś prawa nie przestrzega 90% osób, to chyba coś jest nie halo? Dlaczego tak się dzieje?

Stawiam tezę, że w dużej mierze dlatego, że jesteśmy do tego przyzwyczajeni. To trochę jak z kradzieżami podczas zamieszek – wiele ludzi robi wtedy coś, czego nie zrobiłoby normalnie. Po pierwsze wszyscy tak robią, po drugie kiedy zaczynasz łamać zakazy, każdy kolejny raz jest łatwiejszy.

1.Absurdalne limity prędkości

Napisałem już o tym, że zgadzałem się z większością limitów prędkości za granicą. Serio. W Polsce co rusz widzę totalnie głupie ograniczenia. Remont dalekiego pobocza (jeszcze za chodnikiem) i limit 30 km/h na dwupasmówce. Trzypasmówka z pasem zieleni (raczej nie droga osiedlowa?!) i ograniczenie 40 km/h.

  • Ograniczenia, które zostały po remontach.
  • Ograniczenia robione chyba “na wyrost” (damy 30 km/h, to może chociaż do 50 zwolnią)
  • Ograniczenia “bo był wypadek”. W miejscu gdzie jeden pijany, nie umiejący jeździć kretyn zabił kilka osób, stawiany jest zakaz który uderza w innych, tych którzy spokojnie w tym miejscu sobie poradzą

Niebezpieczny zakręt i 30 km/h. Bo może być ślisko – mokro, albo mroźnie. Do cholery, czemu zakładamy że wszyscy kierowcy są kretynami? Przecież jest coś takiego jak dostosowanie prędkości do warunków jazdy. Kretyn i tak pozostanie kretynem, nie posłucha się znaku. Myślący człowiek musi zwolnić nawet gdy wcale nie musi. I tak dalej. I te prędkości.

50 km/h jest prędkością MIEJSKĄ. Rzeczywiście ma sens na zatłoczonych ulicach miasta. 30 km/h jest prędkością OSIEDLOWĄ. Nie mam problemu jadąc z nią przez osiedle, ale nie na wylotówce! 20 km/h jest prędkością PARKINGOWĄ. Ostatnio widziałem zupełnie nieuzasadnione ograniczenie do 20 km/h na… dwupasmówce. Absurd. NIKT, dosłownie nikt tyle nie jechał. Jeśli we w miare normalnym kraju nikt nie przestrzega jakiegoś zakazu, to chyba z nim coś jest nie tak?

2. Wieczne miasto

I nie, wcale nie chodzi mi o Rzym. Chodzi mi o to, że gdzie się nie ruszymy, to pozostaniemy w mieście. Albo w wiosce. Albo w miasteczku. Wszystkie drogi w Polsce prowadzą przez obszary zabudowane. A kierowcy naprawdę  nie jadą po to, by zdobywać Odznakę Krajoznawczą Polski, tylko po to, by gdzieś dojechać. Dla nich limit ten staje się absurdalny – muszą jechać 400 km i właściwie większość trasy zmuszeni są jechac 50 km/h. Ja rozumiem, że z punktu widzenia mieszkańców tego miasteczka to nic nie zmienia i rzeczywiście jest to dość niebezpieczne, ale ja staram się spojrzeć na zjawisko całościowo i zrozumieć kierowców. Dodajmy jeszcze wszechobecne TIR-y które jakoś trzeba wyprzedzać i rzeczywiście w pewnym momencie wciskamy gaz, by podróż nie trwała 10h, bo stanie się to absurdem. Dlaczego przez tyle lat nie mogliśmy zbudowac obwodnic? Wiem, wiem, zmienia się. Całe szczęście. Oby jak najszybciej.

3. Głupie metropolie

Jest jeszcze jeden bardzo ważny czynnik, który powoduje, że przestrzegamy przepisów w Genewie, czy we Wiedniu. Inteligente miasto. Zielone fale, synchronizacja świateł, która powoduje, że nie opłaca się jechać szybciej, bo trafię na czerwone. Światła, które zmieniają się na czerwone po przekroczeniu prędkości (jest już takie na Biskupinie, we Wrocławiu). Czy wreszcie świetny system komunikacji miejskiej, który powoduje, że po prostu na ulicach jest mniej samochodów (w Genewie nawet managerowie banków pracujący w centrum jeździli autobusami – poznawałem po garniturach :). Do tego po prostu przemyślane urbanistycznie miasta – to będzie chyba najtrudniej zmienić u nas.

***

Tak więc większość z nas jest recydywistami jeśli chodzi o przekraczanie prędkości. I dlatego fotoradary tak bardzo bolą. Postawienie ich jest wydawałoby się prostym (i dochodowym!) rozwiązaniem, przecięciem węzła jednym ciachnięciem. Niestety jak to mówi stare porzekadło “każdy, nawet najbardziej skomplikowany problem ma jedno, proste rozwiązanie. Jest ono do niczego”. I tak właśnie jest tym razem.

P.S. Na koniec jeszcze trzy moje ulubione punkty związane z prędkością o których MUSZĘ wspomnieć.

1. Wbrew temu co się powszechnie lansuje to nie “prędkość zabija”. Zabija jej niedostosowanie do warunków jazdy. Jeśli nie wierzycie, spytajcie fizyka :P A to dostosowanie nie musi być sztywno narzucane. Co więcej, najwięcej poważnych wypadków to wcale nie “pijana młodzież wracająca z dyskoteki”, tylko “kobieta w średnim wieku skręcająca na skrzyżowaniu”. Dziwne, co? Mało medialne. Ja miałem w życiu trzy stłuczki. Dwie gdy cofałem na parkingu (prędkość 5 km/h, sorry, miałem Wołgę i nie ogarniałem jej gabarytów) i jedną gdy wpadłem w poślizg na brukowanej ulicy, jadąc jakieś 15 km/h. Nie było zabójczej prędkości. Ale nie dostosowałem jej do warunków.

2. Skoro mowa o śmiertelnych wypadkach. Jakim ignorantem trzeba być, żeby porównywać śmiertelność w wypadkach w Polsce do np Niemiec, czy Francji. Wystarczy lekko wysilić szrae komórki, aby wpaść na to, że w tamtych krajach raczej nie ma zderzeń czołowych na trasach między miastami. Bo… na autostradzie to dość skomplikowane. U nas bardzo, bardzo proste. Wyprzedzanie TIR-ów i niedzielnych kierowców to nic nadzwyczajnego, to chleb powszedni na każdej trasie. Zupełnie jak droga jednopasmowa.

3. I jeszcze jedno – sławetne “przy 50 km/h prawdopodobieństwo śmierci w wypadku jest mniejsze niż przy 70 km/h”. SERIO? Ja mam kilka innych teorii. Przy 30 km/h zginie mniej osób, niż przy 50 km/h. Przy 10 km/h jeszcze mniej! I nie mówcie mi prosze, że sprowadzam sprawę do absurdu. Słyszałem już teorie o wprowadzeniu limitów 30 km/h w centrach miast. Dlaczego nie 10? Serio pytam. Kto ustalił ten złoty środek? Arystoteles?

A jeśli zabronimy jeździć w dni nieparzyste, to zmniejszymy ilość wypadków o połowę! I tak dalej. Absurd goni absurd.

Politycy, postarajcie się rozwiązywać węzły, a nie je przecinać. Życie jest nieco bardziej skomplikowane, niż proste wprowadzenie represji za nieprzestrzeganie prawa. Nie wierzę w przecinanie węzła gordyjskiego. Hough.