4 minut(y) czytania

Wiem, wiem. Ludzie są równi. Nie mówię o tej lewicowej równości tylko o tej chrześcijańskiej, czy jak ją tam zwał zwyczajnie ludzkiej. Życie ludzkie to życie ludzkie. Ale mimo wszystko czasem nie mogę się pogodzić z myślą, że giną / umierają ludzie tak wielcy, a sku*syny chodza po Ziemi. Nie mogę i już.

Są takie osoby które wyznaczają pewne kierunki w życiu. Takie które są kamieniami milowymi, mentorami, które pamięta się całe życie, bo gdyby nie one, to życie wyglądałoby inaczej. Janusz Wojcieszak był jedną z nich. Ś.P. Janusz Wojcieszak, choć te dwie litery nie mogę mi jakoś łatwo przejść przez klawiaturę. Po prostu do końca nie mogę w to uwierzyć.

Dziś przeczytałem to, czego obawiałem się od kilku dni. Znaleziono jego ciało. Poszukiwania zakończone. Niestety nie w taki sposób w jaki chciałbym aby się zakończyły. Niestety…

Pan Janusz zaginął w zeszły poniedziałek. Szukały go setki osób – powstała specjalna grupa na Facebooku, ludzie rozlepiali plakaty, zgłaszali podobne osoby, choć było to trudne – ze swoją brodą wyglądał jak wiele osób. Byłem w szoku że można aż tak bardzo zorganizować się do poszukiwań jednej osoby. Bardzo, bardzo niezwykłej osoby. Dla mnie niezwykłej wiele lat temu – dla większości poszukujących go studentów był dr. Januszem Wojcieszakiem z Iberystyki UW. Dla mnie był moim nauczycielem z liceum. Najlepszym nauczycielem jakiego miałem – żeby nie było, mówiłem o tym zanim doszła do mnie ta tragiczna wiadomość.

Są takie decyzje które decydują o wielu spraach w życiu. Dla mnie taką decyzją była decyzja o wyborze języka hiszpańskiego jako pierwszego języka w liceum. Mogłem wybrać włoski, hiszpański, francuski albo niemiecki. 6 godzin tygodniowo przez całe liceum. Ważna decyzja.

Wybrałem hiszpański, trochę impulsywnie. “W końcu cała Ameryka Południowa się nim posługuje” – pomyślałem. Całe szczęście moje liceum (I SLO) dało mi taką możliwość. Łącznie ze mną skorzytały z niej 4 osoby. Może dlatego tak bardzo się z Panem Januszem zżyliśmy?

Pamiętam bardzo dobrze pierwszą lekcję. Wszedł do nas – niewysoki, z czarną brodą. Wesoły, uśmiechnięty. Mówił cały czas po hiszpańsku. Nie mieliśmy pojęcia o co chodzi. Na koniec powiedział po polsku że to tak specjalnie, żebyśmy osłuchali się z językiem :)

Potem przyszły lata nauki. Ciężkiej? Niekoniecznie. Okres buntu, inne ciekawe zajęcia. Jestem w szoku, że pomimo tego hiszpański był osią mojego licealnego życia. Poniedziałek, środa, piątek przez cztery lata. Powinno się to nudzić. A nie nudziło.

Słuchaliśmy o Hiszpanii, o jej regionach. O zwyczajach, o usposobieniu. Historie z wyjazdów Pana Janusza (które nie raz przytaczałem przy różnych okazjach). Drinki hiszpańskie! O Cervantesie, o zespołach (Heroes del Silencio). Ech, to było w sumie 20 (!) lat temu, a ciąglę czuję jakby to zdarzyło się wczoraj.

Nigdy się na nas nie zezłościł (a było za co!) nigdy na nas nie krzyczał. Siedzieliśmy w tej małej salce pomalowanej w hiszpańskie barwy i chłonęliśmy. Skutecznie.

Zdałem maturę pisemną z hiszpańskiego (na 4 i 5), chwilę potem zdałem D.E.L.E. Chwilę przed maturą wyjechaliśmy do Hiszpanii na 3 tygodnie i okazało się że doskonale porozumiewamy się ze wszystkimi na około. Nadal po tylu latach uwielbiam Hiszpanię, hiszpański. NA Wyspach Kanaryjskich porozumiewam się bez problemu. Pamiętam nawet słowa slangowe których nas uczył. Pamiętam też że był po prostu świetnym człowiekiem. Zawze uśmiechniętym, zawsze pogodnym. Mówił że Hiszpanie tacy są – nie sa spięci, są wyluzowani, lubia “ir de juerga”. Rzadko się takich ludzi spotyka.

Nie wierzyłem że zaginął. Nie on. Nie. A jednak. Dziś dowiedziałem się najgorszego. Jego ciało zostało znalezione w Wiśle…

Adiós Señor. Myślę, że nie jestem jedyny w tym co myślę, był Pan wspaniałym człowiekiem. Hasta la vista (nie, mówił Pan, że to oldskulowe). Hasta luego! Un día seguramente se encontrará con Usted. Por supuesto.