Lato w pełni, czas więc zabrać się na największy alkoholowy hit tego sezonu, czyli letnie piwa, a raczej piwne napoje. Żeby jednak test przebiegł spokojnie i bez zamieszek na samym początku muszę pogonić wszelkich zatwardziałych piwoszy krzyczących, że to zupełnie nie smakuje jak piwo. TAK. To nie ma smakować jak piwo. Kto wam takich bzdur naopowiadał? Po drugie muszę pogonić wszelkie osoby które wypominają, że napojami tymi dość trudno jest się upić. Tak, to prawda. Zupełnie do tego nie służą.

Radler i shandy, czyli mieszanki piwa z lemoniadą, to napoje na bazie piwa (a raczej napój, bo to właściwie to samo tylko różnie nazwane) które pijemy w upał, w ciągu dnia. Mają mieć mało procentów, mają nas nie zmulić, ani nie zwalić z nóg, a nawet odświeżyć. Oczywiście gdy podane są odpowiednio schłodzone. Postanowiłem więc przetestować wielką trójcę trzech największych producentów piwa (Warka Radler, Lech Shandy i Sommersby) oraz dwa inne które wpadły mi w ręce.

Na pierwszy ogień poszły cytrynki, czyli Warka Radler (2%) i Lech Shandy (2,6%). Pierwszy wypuszczony jest przez Grupę Żywiec (choć pod brandem Warki) i dość wyraźnie – już na poziomie opakowania – tworzy coś zupełnie nowego. Trochę kosmicznie srebrna puszka i wielka cytryna. Lech Shandy (Kompania Piwowarska) za to mocno nawiązuje do swojej zieleni i ostatniej kampanii, okazuje się że w smaku także nie odbiega tak daleko.

To zdjęcie mogłby właściwie zakończyć test, bo widac na nim dokładnie różnicę między tymi dwoma piwami. Radler wg producenta ma 60% lemoniady i 40% piwa, Shandy – 50/50. Nawet w wyglądzie Radler jest o wiele mniej piwny, nie pieni się tak bardzo, jest mętny i mocno cytrynowy. Shandy jest bardziej piwne pod każdym względem – wyglądu, smaku i składu. Czy to dobrze? No właśnie, jednoznacznej odpowiedzi tu nie ma.

Radler w smaku przypomina mi starego, dobrego “Ptysia”. Smakuje jak lemoniada, nuta piwa jest dość mało wyczuwalna. Kiedy jest mocno schłodzony, bardzo dobrze orzeźwia. Będzie też smakował o wiele bardziej osobom, które za piwem nie przepadają – mojej żonie bardzo pasuje. Ja osobiście porównałbym go nawet prędzej do Breezera niż do piwa.

Lech Shandy jest po prostu mocniej piwny i to też może pasować części osób, choć oczywiście będzie mniej piwny od 100% piwa. Co wybieram? Chyba jednak Radlera za jego “inność”.

Ale, ale. Został nam jabłkowy Sommersby (4,5%). Chciałem go z czymś zestawić więc sięgnąłem po jabłkową Perłę Summer (5%).

I to był błąd. Rzadko wylewam coś do zlewu, bardzo rzadko czynię to z piwem. Perły nie nalałem nawet do szklanki. Jest tragiczna. Słodka, ale jednocześnie sztuczna i “techniczna” w smaku. Ohyda, serio.

Sommersby po pierwszym łyku dało radę, więc nalałem je do szklanki, jak kazano z kostką lodu a nawet dwoma. Można, a co tam!

Sommersby jest plasowane jako piwo imprezowe, a nie dzienny orzeźwiacz. W sumie racja, ma nieco więcej alkoholu (choć nieznacznie). Pieni się jak piwo, jest też dość mocno gazowane. Niestety jak dla mnie nieco za słodkie. Chyba wolę cytrusowe smaki, trochę lepiej orzeźwiają w letnie upały.

A na koniec niespodzianka. Miałem już iść do kasy gdy ujrzałem ten oto twór:

Cornelius (3%) – pszeniczne piwo… grejpfrutowe. Wziąłem, a co tam!

I tu bardzo pozytywne zaskoczenie! Piwo to przypomina najbardziej Radlera. Jest też bardzo mało piwne, mocno lemoniadowe, ale równocześnie trochę gorzkie, jak grejpfrut. Dzięki temu jest najmniej słodkie ze wszystkich testowanych i chyba przez to najbardziej orzewiające. Dlatego też rzutem na taśmę wyskakuje nawet przed Radlera! Polecam spróbować!

Werdykt jest więc następujący:

1. Cornelius

2. Warka Radler

3. Lech Shandy

4. Sommersby

5. Perła Summer (dyskwalifikacja)

O jakich piwach, czy też napojach piwnych zapomniałem?

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: