Jest kilka firm które przypominają nam o tym, że PRL skończył się w sumie nie tak dawno temu. Nie będe ich wymieniał, bo wszyscy je przecież znamy. Do grona moich ulubieńców dołączyło ostatnio PZU. A zapowiadało się tak dobrze – skusiła mnie oczywiście niższa składka. Co z tego…

Miałem nie korzystać z ich usług po aferze z Chopinem – głównie ze względów etycznych. Ale wiecie jak jest – etyka etyką, ubezpieczyciel powiedział mi że niższa składka to machnąłem ręką. Zapomniałem też o róznych negatywnych opiniach znajomych którzy mówili że niektóre sprawy są tam jak za komuny. A co tam. Kupiłem tam pakiet OC + AC na moją Vespę.

Do tej pory miałem właściwie dwa razy styczność z ubezpieczalniami. To znaczy oczywiście jeśli chodzi o szkody i odbieranie ciężko wpłacanych składek. Bo jeśli chodzi o polisy to mam z nimi do czynienia ciągle. Ale właśnie czasem nadchodzi ten dzień. Jaki dzień?

Ten dzień kiedy ubezpieczyciel ma PSI OBOWIĄZEK wypłacić nam pieniądze. Może się emocjonuję, ale umowa jest prosta. Ja wpłacam regularnie kwoty właśnie po to, żeby w przypadku szkody dostać kasę która pokryje szkodę. Nie, nie płacę za dodatkową zabawę w “podzwonimy sobie trochę”. NIE. Nie wykupuję dodatkowego pakietu “kotek i myszka”. Dlaczego więc do cholery większość ubezpieczalni robi wszystko żeby tylko nie wypłacić kasy? No tak, wiadomo. Howard, why? For money! Albo z drugiego powodu. Streszczę go cytatem ze znanej komedii: “Bordello bum bum”.

Ale teraz o tych dwóch razach. Pierwszy raz zostałem pozytywnie zaskoczony przez Winterthur. W Szwajcarii. Okradziono nam dom, sprawa była dość nietypowa, bo byliśmy wtedy w domu (na piętrze), więc teoretycznie mogliby się kłócić nawet rok. Nie kłócili się. Odszkodowanie było na naszym koncie po 14 dniach. Ale ok, to Szwajcaria, trochę inna rzeczywistość.

Drugi raz w zeszłym roku. Moja Vespa była ubezpieczona w Allianz. Ktoś przewrócił mi ją pod pracą – trochę się porysowała i powgniatała. Już po 10 dniach sprawa była załatwiona – prawdę mówiąc ubezpieczyciel był tak hojny że po naprawie zostało mi trochę na waciki.

13 marca

A jak było tym razem? 13 marca postanowiłem pojechać Vespą do pracy – po raz pierwszy w tym sezonie. Nie ujechałem zbyt daleko – podczas hamowania wywróciłem się prawdopodobnie na plamie oleju. Całe szczęście jechałem dość wolno i skończyło się na obtartym kolanie i łokciu. Vespa natomiast zdrowo się porysowała – postanowiłem więc uruchomić wypłatę z casco. Zadzwoniłem, zgłosiłem szkodę.

Pierwsze wrażenie było pozytywne. Pomyślałem sobie że nawet głupio nieco iż miałem myśli w stylu “stara, państwowa firma to będa problemy”. Dostałem nawet specjalny kod pin do serwisu WWW gdzie mogę śledzić postępy.

Rzeczoznawca przyjechał szybciutko, bo w przeciągu 2 dni. Też pozytywnie mnie zaskoczył – nie musiałem wypełniać opisu zdarzenia, rysować planu sytuacyjnego i innych tego typu rzeczy. Super. Całość zajęła chyba 15 minut. Na początku chciałem wariant bezgotówkowy, żeby nie przejmować się niczym, ale pani koniecznie chciała zasugerowac mi warsztat z listy. (Potem dowiedziałem się że ubezpieczyciel nie ma prawa kazać mi naprawiać pojazdu we wskazanym warsztacie.) Ja chciałem koniecznie by zajął się tym dealer Piaggio, a nie jakiś pan Heniek który zamontuje mi złe części. Przystałem więc w końcu na wariant gotówkowy.

16 marca

Pierwsze zaskoczenie przyszło gdy dostałem maila z prośbą o dostarczenie dokumentów – kopii dowodu rejestracyjnego, prawa jazdy, itp. Trochę się zdziwiłem, bo przecież rzeczoznawca zawsze robi kopie dokumentów, tak też było tym razem. Co prawda potem dodano że jeśli dokumenty zostały przekazane to mam się tym nie przejmować, ale po co w takim razie mi to wysłano? By default? Heh.

20 marca

Kontaktuję się z warsztatem i oddaję Vespę do naprawy. Proszę też o wykonanie wyceny.

22 marca

Przychodzi wycena naprawy z warsztatu. 2362 zł.

23 marca

Przychodzi wycena i przelew z PZU. 1633.59 zł. Trochę mało :] Dzwonię do warsztatu i mówię jak wygląda sytuacja. Tu podpowiadają mi, że mogę zwrócić pieniądze i powiedzieć że decyduję się jednak na wariant bezgotówkowy. Jeszcze tego samego dnia piszę maila że decyduję się na wariant bezgotówkowy. Odsyłam też kasę.

2 kwietnia

Czekam. Nic się nie dzieje. Jak w polskim filmie. Z tego co wiem teraz odbywa się żonglerka na linii warsztat-PZU. Do warsztatu musi przyjechać rzeczoznawca i ustalić wysokość odszkodowania. Ja dostaję maila z drukiem upoważnienia naprawy dla warsztatu i wysyłam go do warsztatu.

10 kwietnia

Dostaję maila o następującej treści:

“Witam,

W związku z poniższą informacją proszę o dostarczenie upoważnienia do wypłaty odszkodowania na rzecz wybranego przez Pana warsztatu naprawczego.

Kiedy mogę spodziewać się tego dokumentu?”

I znowu – PO CO? Komu mam w końcu wysłać ten dokument? Warsztatowi, czy ubezpieczycielowi? Po cholerę mi ta wiedza w ogóle? Ech, trudno. Wysyłam to też im.

12 kwietnia

Jak widac mijają dwa kolejne dni. Właściwie to już miesiąc od szkody. Miesiąc czasu jeżdżę autobusem zamiast swoim skuterem. Dostaję kolejnego maila:

“Dziękuję za informacje i przesłane upoważnienie. Decyzja o wypłacie została już przygotowana- przesyłam ją w załączeniu. Dokumenty tj. kosztorys warsztatu proszę przesyłać na adres podany poniżej.”

A w załączeniu… decyzja o wypłacie kwoty… 1633.59. Zawrzało we mnie.

Dzwonię. Pytam czemu znowu ta niska kwota, czy rzeczoznawca w ogóle był w warsztacie. Pani na infolinii oczywiście nic nie wie. Sprawdza, przełącza, myśli “loguje się do systemu” (moje ulubione). Nic. Nic konkretnego. “Przekażę, załatwię, zobaczę, odezwiemy się”.

Dodatkowo – dlaczego mam do cholery przesyłać znowu jakies dokumenty? Czy naprawa bezgotówkowa nie polega na tym, że warsztat z ubezpieczalnią ustalają wszystko między sobą?

16 kwietnia

Nadal nic. Decyduję się napisać o tym notkę. Wrzucam informację o tym na fanpage. Nie mam jednak czasu tego zrobić, odkładam to na później. Ale uwaga – podobno w PZU zaświeca się czerwona lampka z napisem “uwaga, nadchodzi kryzys blogerski”. Skąd wiem? Mam swoje wejścia, w końcu pracuję “w branży” ;) No cóż – myślę sobie – super, może wreszcie coś się ruszy.

22 kwietnia

Bynajmniej. A to już jest śmieszne. Minął tydzień i nic. Nie dość, że naprawa nadal nie posunęła się do przodu, to nikt się ze mną nie skontaktował. Ok, może nie jestem tak znanym blogerem aby wywołać aferę w stylu Kominek vs dr Oetker czy Kuras vs KFC, ale… Cmon. Na czym polegało to zarządzanie przedkryzysowe? Biegali w kółko po pokoju trzymając się za głowę i krzycząc OLABOGA?

***

Mały epilog. Od stłuczki minęło 6 tygodni. Ja nadal nie mam swojego skutera. Przede mną cieplutki tydzień, a ja zamiast jeździć sobie moim skuterem będe musiał dymać do autobusu.

FIRMO! OGARNIJ SIĘ!

Nie tak dawno pisałem artykuł o 4P. Artykuł o rzeczy banalnej, podstawowej i elementarnej. Bo miałem podejrzenia że nie wszyscy o tym pamiętają. PZU! Nie pomoże ci żadna PROMOCJA skoro PRODUKT masz do dupy! Wspaniałe kampanie z atrapami, nagrody dla agencji które to stworzyły, szmery bajery. SO WHAT? Kiedy zdejmie się pozłacany papierek widać wielką chaotyczną organizację, rodem z komuny. To właśnie wtedy załatwianie spraw trwało tak długo.

Ja nie chcę wam nic przesyłać. Ja nie chcę wiedzieć co, komu, gdzie i kiedy. Chcę żeby ktoś przyjechał, porozmawiał ze mną i za kilka dni dał mi pieniądze lub powiedział że mogę odebrać skuter. Nic więcej mnie nie interesuje. Maile, systemy, działy, potwierdzenia – to jest WASZA sprawa. Od tego jesteście. Ja mam dość swoich problemów, serio.

Czekam. Naprawdę czekam. I niestety chyba juz nic was nie uchroni od umieszczenia na mojej prywatnej tablicy z napisem “TYCH KLIENTÓW NIE OBSŁUGUJEMY”. A raczej “W TYCH FIRMACH NIE KUPUJEMY”.

***

UPDATE:

Właśnie dzwonił warsztat, że udało się dogadać z rzeczoznawcą. Oczywiście chodziło o koszty. Podważali wycenę warsztatu, trzeba było im przesyłać oficjalne cenniki Piaggio i walczyć o każdą złotówkę. ŻE-NA-DA. Nie obchodzi mnie że inne ubezpieczalnie tak mają (niektórzy tak piszą). Ubezpieczę gdzie indziej, dadza ciała – też ich obsmaruje. Za to jak któraś potraktuje mnie dobrze – na pewno o tym napiszę. Zacznijcie traktować wreszcie klientów jak klientów. Amen.