Jakiś czas temu kumple znaleźli w sieci film. Goście jadący samochodem kręcili z komórki człowieka w lotniczych okularach jadącego rozwalonym samochodem. Mniejsza o film, nie będę go nawet wklejał, bo zupełnie nie o to mi chodzi. Otóż po krótkiej chwili kumple stwierdzili autorytarnie: “To fake. Przecież oni nie przeklinają”. Rzeczywiście. Cofnęliśmy film do początku. Trwa chyba prawie minutę, a nie pojawia się w nim żadne przekleństwo. Żadnego “kurwa, patrz!” albo “o ja pieeerdolę!”. Nic. I brzmi to strasznie sztucznie.

Film nie okazał się żadną akcją promocyjną brzmiącą sztucznie jak “o kurczę” w dawnych tłumaczeniach filmów gangsterskich na TVP1. Film był prawdziwy. A goście z jakiegoś mi niewiadomego powodu nie przeklinali. Dziwne.

I wtedy właśnie naszła mnie taka myśl. Dlaczego wydało mi się to dziwne? Ano dlatego że dzisiaj soczysta “kurwa” jest tak normalna jak przecinek. I nie, wcale nie w środowiskach patologicznych. Prawie wszędzie.

Na samym początku powiem od razu że nie jestem święty. Zdarza mi się raz po raz rzucić mięsem. Głównie wtedy, gdy jestem zły i gdy chcę coś mocno podkreślić. Staram się nie używać bluzgów jako przecinka. Cóż, pewnie jakieś dwie dekady temu zwróciłoby to czyjąś uwagę. Dzisiaj raczej nie. Zupełnie.

Bluzgi wchodzą do mowy potocznej. “Kurwa”, “pierdolić” i “chuj” jako ta najcięższa trójca nadal jest chyba grubą artylerią i nie użyjemy jej ani na lekcji, ani na wykładzie, ani u klienta. Chociaż… po namyśle, jeśi klient jest nam lepiej znany, to prędzej czy później jakieś słówko się sypnie.

W mniej formalnych sytuacjach to całkiem normalne. Co chwilę ktoś kogoś opierdala, coś zapierdala, coś wpierdala, albo do czegoś się przypierdala (swoją drogą ten czasownik jest niesamowity, zastępuje we wszystkich swych formach całe mnóstwo innych wyrazów :P). Wydaje mi się, że jeszcze 20, czy 30 lat temu nie było to możliwe. Nie wyobrażam sobie mojego Dziadka który rzuca w normalnej rozmowie takim bluzgiem. Ba, nawet lekka artyleria w stylu “pieprzenia”, “pierdzielenia” czy innych takich raczej nie była używana. Coś mogło “zasuwać”, można było coś “zaiwanić”, albo komuś “dosolić”. Pacanowi jakiemuś…

Bluzgi pojawiają się w telewizji, choć raczej w filmach (no czasem komuś wymsknie się coś poza rzeczywistością filmową – patrz brudny stół, czy wpadka Mellera :). A więc gdzie jest źródło tego procesu? Czy rzeczywiście chamiejemy jako społeczeństwo, czy to co innego?

Ponarzekam teraz jak stary pierdziel (sic!) ale nie wyobrażam sobie żeby dziewczyny ode mnie z liceum przeplatały swoje opowieści “kurwami”. Teraz widok dwóch dziewczyn siarczyście klnących nikogo nie dziwi. I nie są to wcale córki pobliskiej meliniary…

Żeby było jasne, nie jestem zwolennikiem teorii, że chylimy się generalnie ku upadkowi, albo że młodzież dzisiaj rozpuszczona jest – bardziej niż kiedyś. Dawien dawno, w mojej podstawówce dochodziło do różnych sekscesów, a moje koleżanki ze szkoły mają kilkunastoletnie dzieci :) W liceum było nie gorzej, też się działo się miało dziać – i na imprezach, i poza nimi. Więc to nie tak.

A może to popkultura się wulgaryzuje? Czy wyobrażacie sobie dzisiaj mainstreamowy zespół w stylu Czerwonych Gitar śpiewający o zajączku pici pici, albo o innych tego typu nieco infantylno-dziewczęcych w formie (i treści) tematach? Ja nie. Za to hip hop ze swoją (zazwyczaj, nie generalizuję, nie genrealizuję, nie generalizuję :P) cwaniacką nutą, przeplatany nierzadko “kurwami” i agresją nikogo już nie dziwi (swego czasu był przecież zapraszany na salony…)

Tak czy inaczej wzrost bluzgów wydaje mi się realny i prawdziwy. I trochę mnie to smuci, choć jak mówię, pierwszy kamieniem na pewno nie rzucę…