2011. Ten rok ma przynieść sporo zmian. Większość z nich ma mieć przedrostek GEO, jak to już pisałem w ostatniej notce. Ja jestem właśnie po tygodniu intensywnego grania we wspomnianą geo-grę i pełen rozważań – co geolokalizacja zmieni w naszym życiu?

O samej geolokalizacji jako zjawisku udostępniania swojego położenia i strachów z tym związanych pisałem też ostatnio, teraz chciałbym odnieść się bardziej do drugiego zjawiska które też będzie mniej lub bardziej na ustach wszystkich, czyli gamification tłumaczonej u nas coraz częściej jako grywalizacja. Cóż to takiego? Ano dodawanie mechaniki gier tam gdzie do tej pory jej nie było. To takie uatrakcyjnianie codziennej nudy elementami współzawodnictwa – z innymi, z czasem czy czymkolwiek innym.

Mnie trend ten bardzo cieszy – mogę z czystym sumieniem powiedzieć że jestem człowiekiem GIER jeszcze bardziej niż człowiekiem technologii, internetu, czy społeczności. Fanem gier byłem od zawsze. Najpierw proste gry planszowe (magnetyczny Chińczyk którego zabieraliśmy z siostrą na każdy wyjazd), później te bardziej skomplikowane (Monopol i Magia i Miecz). W liceum RPG – Dungeons and Dragons (2 edycja). Cały czas równolegle harcerstwo, które opiera się w dużej mierze na różnego rodzaju grach – od tych prostych dla młodszych po skomplikowane gry terenowe ćwiczące taktykę, wykorzystywane przez żołnierzy (Medic Recon i inne). Sam je współtworzyłem i z chęcią w nie grałem, moi znajomi założyli nawet firmę zajmującą się profesjonalnie grami miejskimi, które organizują dla dużych firm. O grach komputerowych po prostu nie wspominam, bo były, są i będą w moim życiu. Nigdy nie rozumiałem ludzi którzy w gry nie grają. Ba, jednym z czynników doboru żony był czynnik “czy gra i lubi grać” :)

Gry kręciły mnie od zawsze i kręcą wiele osób. Teraz wydają się mieć renesans, bo przecież Foursquare ze swoim systemem plakietek to przeciez nic innego jak skautowy system sprawności wymyślony ponad 100 lat temu :))

Gry mimo wszystko stały trochę w miejscu. Było kilka sporych zmian które możemy odnotować. Pierwszą którą pamiętam była rozgrywka na kilka komputerów, czyli multiplayer. Wcześniej można było grac na dwa joysticki

http://www.youtube.com/watch?v=C6AAKPhN8m8

ewentualnie po kolei (np w tę grę :))

Multiplayer zmienił wszystko. Kiedy tylko nie było rodziców, znajomi przychodzili z kompami (to było wyzwanie logistyczne!) i montowało się sieć. Po pół dnia walki z IPX/SPX można było pociąć w Duke Nukem, czy później w Half Life. Następny duży krok to internet i od partii w wyżej wymienionych grach bez konieczności ruszania komputera, przez gry typu Diablo II aż po wielkie światy MMORPG. Całe szczęście nigdy nie dałem się mocno w te wirtualne byty wciągnąć :)

Równolegle zaczęły rozwijać się gry mobilne, choć prawde mówiąc one istniały od zawsze. Nawet w latach 80tych. Kto pamięta?

Potem był gameboy z wymiennymi kartridżami i mase następców. Później gry na komórki…

I tak właściwie minęły lata az do kolejnego kroku, czyli Wii rozwiniętego niedawno przez PS3 Move i Xbox Kinekt. Gry nabrały fizyczności. Fizyczność ta nieco jeszcze kuleje, ale na pewno JEST. W grę taką nie wygra osoba która nie ma koordynacji ruchowej, albo siły (zależy od gry). Koniec dominacji chuderlawych nolife’ów spędzających kolejne godziny na ćwiczeniu mięsni nadgarstka i palca wskazującego…

Co dalej? Dalej wydają się być gry wykorzystujące geolokalizację. Rzecz która wydaje się być błaha, rozwija gry mobilne w tak duży sposób, że zmienia to zupełnie mechanikę rozgrywki i przeplata wszystko z rzeczywistością.

Nie będe tu opisywał dokładnie gry o której chcę napisać, przeczytacie o niej w poprzedniej notce. Napiszę tylko, że gra przypomina nieco Settlersów, całość rozgrywa się na mapie nałożonej na realną mapę świata. Tak więc jeśli zbuduję mój tartak stojąc na przystanku 156 przy Metrze Słodowiec, to będę mógł go rozbudowywać TYLKO będąc tam fizycznie. Kropka. Owszem, mogę przetransportować surowce do miejca w którym jestem obecnie, ale tylko jeśli mam wolny powóz, zajmie to też odpowiednią ilość czasu (w zależności od odległości). Błahostka? Zupełnie nie.

Natrafiłem na pewnym blogu ciekawy model oceniania tego typu gier – jak bardzo wpływają one na twoje życie i jak bardzo sa w stanie zmienić twój codzienny rozkład dnia. Zanalizujmy tą grę pod tym właśnie kątem.

Cała Warszawa podzielona jest na obszary (odpowiadające mniej więcej dzielnicom), te dzielą się na kwadraty. W każdym kwadracie możesz wybudować wioskę i sprofilować ją pod kątem wydobycia danego surowca. Każdy kwadrat ma też inne ukształtowanie terenu – w jaskiniach lepiej jest założyć kopalnię rudy, na kwadracie leśnym – tartak, na bagnach – hodowlę ryżu. Swoje włości musisz regularnie odwiedzać, inaczej wkradnie się do nich korupcja. Także tylko w ten sposób możesz je rozbudowywać, jak już wspomniałem. Warto więc wybudować je tam, gdzie często bywasz. Naturalnie będzie to dom i praca, ewentualnie inne tego typu miejsca.

Moje mazowieckie włości z lotu ptaka

Tak więc w ciągu kilku pierwszych dnia “obudowałem” dom, biuro oraz przystanki autobusowe na których jestem codziennie. Zbudowałem też kilka obiektów na trasie moich wieczornych spacerów z psem. Robotnicy pracowali a ja rozbudowywałem swoje osady. Pierwsze problemy pojawiły się gdy GPS zaczął mi lekko wariować. Otóż natrafiłem na kilka ciekawych obszarów w drodze do pracy i uparłem się, aby postawić tam osadę. Niestety odbiornik GPS w iPhone nie należy do najlepszych, a sygnał w samochodzie (gdy nie trzyma się go pod szybą), czy w autobusie często się gubi. Jadąc rozpędzonym autobusem mam właściwie tylko jedną szansę kliknąć “refresh” i wcelować w moją osadę. Jeśli tego nie zrobię – zostanie ona w tyle, będę mógł do niej zawitać dopiero w drodze powrotnej do domu.

Raz GPS zgłupiał mi zupełnie a ja tego nie zauważyłem, przez co osada stanęła gdzieś zupełnie z boku, dobrych 300 metrów od przystanku. Mógłbym do niej codziennie chodzić, raz nawet próbowałem ją odszukać (przez co zboczyłem z drogi do pracy), ale stwierdziłem że to bez sensu i skasowałem ją.

Problemem też okazało się zabranie na tydzień psa przez teściów – brak wieczornych spacerów z Denisem automatycznie oznacza brak doglądania moich włości. No bo jak tu wyjść (szczególnie w ten mróz) tłumacząc żonie że idzie się… po ziemniaki, albo na fermę pstrągów? :))

Zgrywalizowałem za to mój sklep spożywczy – każde wyjście do niego to teraz automatycznie doglądanie mojej rybnej hodowli, ewentualnie upgrade budynków.

Radością napełnił mnie też fakt, że M1 w Markach w którym robimy czesto zakupy to oddzielny region bagienny (Zacisze to góry, Bielany – tereny leśno pagórkowate) gdzie mogę zasiać ryż. Teraz chęcią jeżdżę na zakupy :)

I tak całość wydaje się fajna, ale… Co jeśli zmieni się mój sposób jeżdżenia do pracy? Zima zimą, skończy się ona dość szybko a ja wtedy wsiądę na swoją ukochaną Vespę. I co? Po pierwsze będę jeździł nieco inną trasą, po drugie nie będę przecież zatrzymywał się, żeby zdjąć rękawiczki i włączyć grę…

Kumpel podrzucił mi jeszcze bardziej hardkorowy scenariusz. Co jeśli twoja firma zmienia siedzibę, albo wręcz… zmienia ciebie :) co jeśli ty zmieniasz firmę? Nie jest to olbrzymi problem na obecnym etapie, ale załóżmy że gra mocno się rozwija, wciągasz się w nią i grasz rzeczywiście sporo. Nie jest to tak mało prawdopodobne, gra pozwala zdobywac tytuły szlacheckie, zostawać np księciem Mazowsza czy Małopolski, a nawet całej Polski! Co wtedy? Jak bardzo jest to w stanie wpłynąć na twoją decyzję o zmianie pracy? :)

Jedno jest pewne – wraz z nadejściem ery gier geolokalizacyjnych, cz też ze zwiększoną geogrywalizacją życia codziennego, game-geeki będa musiały opuścić mury domów. Może wreszcie docenią fakt posiadania kończyn dolnych, może fizyczność będzie się liczyła o wiele bardziej niż teraz. Przygotuje to nas wszystkich do kolejnej wielkiej epoki, która nadejdzie prędzej czy później (choć pewnie jeszcze nie w 2011) czyli Augmented Reality. Zupełnie odmiennej od wizji z “Surogatów” gdzie wirtualni avatarzy chodzili po prawdziwym świecie – własnymi mięśnami będziemy przemierzać świat który będzie nieco zgrywalizowany i “ulepszony”, czy też “wzmocniony”. A wtedy siła nóg będzie musem. Może i lepiej? Nie trzeba będzie wybierać między ulubioną grą a lekcją WFu… :>