Na naszych oczach reklama przestaje być tym czym była. Facebook odmienia jej oblicze czy tego chcemy czy nie, i choć za kilka lat sytuacja będzie pewnie zupełnie inna, to na pewno lata w których żyjemy będziemy mogli uznac pod tym kątem za rewolucyjne.

Do tej pory sytuacja drastycznie się nie zmieniała. Owszem zmieniały się teorie marketingowe – od podejścia “najpierw wyprodukujemy, a potem zastanowimy się jak to sprzedać” po “najpierw zbadamy czego ludzie potrzebują, a potem to wyprodukujemy”. Przekaz reklamowy jednak zbytnio się nie zmieniał – wymyślne hasła, wizualizacje i inne fikuśne elementy miały i mają nas przekonać do tego, że to właśnie TEN produkt jest najlepszy. Przekaz ten był i jest sztuczny, często wyolbrzymiony i jednokierunkowy. Tworzony przez artystów, których slogany i graficzne kreacje mają wytworzyć w nas chęć posiadania. No cóż, rozwodzić się nie będę – to w sumie dość oczywiste.

A teraz wchodzi Zuckerberg. Cały na biało :) (kto nie zna dowcipu ten loser). I co się dzieje? Otóż to, że każda firma dostaje swój mały stand, zupełnie niczym na targach. I to co z nim zrobi zależy tylko od niej. Co więcej – dostaje go za darmo…

Tu nie ma już dysproporcji wynikającej z różnic budżetów. Taki sam stand dostaje firma Siatex z Pcimia Dolnego, taki sam Coca Cola. Oczywiście to co na niej urządzą zalezy już bardzo od budżetu, ale też od pomysłu. Tylko tutaj przełożenie budżetu na efekty nie jest już takie proste.

Po pierwsze firmy zdecydowały się zejść na ziemię. Większość z nich zrozumiała czym jest komunikacja dwustronna, próbują pokazać ludzką twarz, próbują angażować użytkowników, wciągać ich w dyskusje. Tworza interakcje. To chyba dobrze – zawsze to jakaś odmiana.

Po drugie – nie wszystkim firmom się to udaje. Tu oczywiście widać od razu kto zajmuje się tworzeniem fanpage’y. Domy mediowe zrobią średni fanpage, ale wykupią mnóstwo reklam kontekstowych kierujących ruch na fanpage. Agencje interaktywne skupią się na designie fanpage’a zapominając, że lwia część komunikacji nie toczy się wcale tam, a w feedach użytkowników (to tu pojawiają się update’y wysyłane przez strony). Agencje BTLowe po prostu pchną w tłum worek gadżetów (kubków do kawy? :D) i będą liczyły na to, że wokół strony zgromadzi się pokaźna ilość fanów. Oczywiście wyspecjalizowane agencje…

…zupełnie jak ta w której pracuję, oferty należy kierowac na biuro@heureka.pl z zaznaczeniem, że to ja poleciłem – może dostanę premię :D…

…robią to w sposób bardziej wyważony :)))

Ale myśl która przychodzi mi do głowy jest zupełnie inna. Kiedy się tym nasycimy?

Nie oszukujmy się, istnieją właściwie trzy powody dla których mógłbym chcieć, aby marka kontaktowała się ze mną:

– jestem rzeczywiście jej fanem, słucham co ma do powiedzenia, lub z innych względów czekam na te informacje i ufam że pojawią się najpierw na Facebooku

– jest to związane z konkursem w którym chcę brać udział, Facebook grupuje w jednym miejscu wiele fajnych konkursów, więc nie pieprzcie smutków tylko mówcie co i gdzie mogę wygrać

– mam niezły ubaw z tego jak ktoś prowadzi dialog – wrzuca fajne rzeczy, takie które mnie bawią lub w inny sposób angażują, mam z tego niezły ubaw i fun, to taki FUNpage.

I to chyba tyle. Czy potrzebuję, aby kontaktowała się ze mną cała reszta marek? Czy rzeczywiście chcę obserwować co mają do powiedzenia, a raczej co mają do powiedzenia agencje które są przez nich wynajęte? Czy chcę koniecznie przeplatać to z informacjami zamieszczanymi przez moich znajomych?

Nie zrozumcie mnie źle, nie kalam własnego gniazda. Teraz jest to chyba w jakimś stopniu potrzebne i fajne. Mówię o kilku latach. Kiedy Facebook nasyci się już markami. Kiedy ta bezpośrednia forma nam się opatrzy i okaże się jednak bardziej intruzyjna od zwykłej. Początkowo reklamy też bawiły. Ba, niektóre robią to nadal (tu dobra analogia – w tradycyjnej reklamie tez często te fajne są realnie mało skuteczne…)

Kiedy w końcu znudzi mi się to, że producent stołów pyta mnie o to jaką kawę lubię pić, producent krzeseł – jakiej muzyki słucham, a producent domków Drewbud powie że mnie kocha? Czy za rok, dwa, trzy lata, nie nasycimy się tym wszystkim tak, że będziemy domyślnie blokować każdej firmy po zostaniu jej fanem, albo wręcz nie będziemy zostawać już fanem niczego?

To trochę jak z newsletterami – kiedyś przy różnych okazjach myślałem sobie “spoko, zaznaczę ten checkbox, przydadzą mi się informacje o tym produkcie”. Dzisiaj patrzą na moją skrzynkę odbiorczą i myślę sobie “O Jezusie, ile ja tu mam śmiecia! I na to wszystko sam się zgodziłem!” Po czym skrupulatnie klikam w linki z napisem UNSUBSCRIBE.

Kurcze, powiem szczerze, nie wiem czy chcę, aby gadały do mnie kolejne brand hero ukrywające się niby za markami które lubię, ale będące jednak jakimś człowiekiem, kukiełką przy której widac ręce osoby nią sterującej. Sztucznym tworem nudzącym mi się coraz bardziej… Czy chcę, by kawa gadała do mnie o muzyce, czy tak naprawdę wolę oglądać w przekazie reklamowym lekko wykręcone w kosmos osoby ja pijące (Lavazza), studentów uczących się do sesji (Nescafe), czy szczęśliwą rodzinę (Tschibo)?

Sam już nie wiem. I w tym, i w tym przypadku czuję się sterowany marketingowo, ale do przesycenia tradycyjnym przekazem chyba już się przyzwyczaiłem. Boję się dnia w którym tysięczna marka powie że jest zwykłym człowiekiem, że mnie kocha i chce zostać moim przyjacielem. Spyta jakiej muzy słucham, co mam z gegry i matmy, i której nauczycielki nie lubię. No własnie. Chyba nie lubię. Choć nie ma takiego przycisku…

A może przesadzam? Może właśnie TO jest uwolnieniem formy, wyzwoleniem z kajdan fałszu i przejaskrawionego przekazu formowanego przez tradycyjną reklamę? Może własnie TO jest szansa na to, bymi ja mógł powiedzieć marce za co ją lubię, a za co nie? Nie wiem. A WY wiecie? :)