Nie znam chyba osoby mieszkającej w Polsce, która nie znałaby jakiejś historii o PKP. Zazwyczaj z gatunku myśli, które w komiksach (żeby nie operować przekleństwami) oznacza się ciągiem znaków w stylu „@$#%#@%^#$^!!!!”. No może za wyjątkiem osób dopiero co tu przybyłych, lub takich które przespały ostatnie kilkadziesiąt lat.
PKP to tragedia. Obok Poczty Polskiej, PKO BP, ZUSu i paru innych żywych reliktów PRL, polska kolej to obiekt pośmiewisk wszystkich chyba zagranicznych gości. Ci którzy nie mówią o nich źle, albo nimi nie jeździli, albo z grzeczności milczą. I chciałbym od razu odeprzeć atak kartoflanych obrońców polskości – mam w dupie polskość, gdy myślę o naszych kolejach. Nie ma jej we mnie. Wolałbym przejechać się kolejami niemieckimi (które lada miesiąc mam nadzieję do Polski wejdą), rosyjskimi, austriackimi, czy nawet malezyjskimi. Nie twierdzę, że wszystkie tamte są lepsze (niemieckie na pewno są), ale patriotyzm schodzi tutaj zupełnie na drugi plan.
Bo jak bronić tych kolosów, tych wiecznie niezreformowanych gigantów, które w 20 lat po upadku komunizmu nadal przenoszą cię w czasie do starej epoki?
To było śmieszne kiedyś. Śmieszne i awanturnicze wręcz. Bo przecież noc w pociągu pospiesznym jadącym do Bieszczad, spędzona w korytarzu to PRZYGODA. Przygodą było też spanie koło kibla pociągowego, w skulonej pozycji, przy plecaku. Do tego gitara i jest wesoło. I pewnie gdybym jechał sobie na wesołą wycieczkę w góry to nadal by mnie to bawiło serio.
Ale nie jadę. Przynajmniej teraz. Kursuję sobie raz na jakiś czas pociągiem, głównie na trasie Warszawa – Wrocław. Los sprawił, że podróż samochodem w tamte rejony jest upierdliwie długa i żmudna (szczególnie w dni powszednie, gdy jeżdżą tam TIRy), a podróż pociągiem… też długa :] Co zrobić? Zabrać laptopa. Przecież te 5 godzin to niesamowita okazja, żeby zrobić porządki na kompie, czy napisać zaległe notki. Z netu nie korzystam, bo 20 Mbit zbyt mnie rozpieściło – internet GSM to dla mnie forma sadomasochizmu. Szczególnie podczas trasy przez polskie wsie i miasteczka.
Nie wymagam wiele. Chciałbym wygodne miejsce siedzące, możliwość oparcia komputera i… prąd. Tak, prąd. Tak sobie myślę, że zarówno Edison, jak i Tesla muszą obracać się w grobie niczym wirniki prądnic (sic!) widząc, że w Polsce, Anno Domini 2010 prąd może być towarem deficytowym. Bo jest. Przynajmniej w PKP. (Tu muszę nadmienić, że nie zagłębiam się w tajniki podziału PKP na spółki-córki, spółki-siostry i spółki-teściowe, pisząc PKP mam na myśli całe tałatajstwo poruszające się po torach, po Polsce). Aha, uprzedzam jeszcze uderzenie windziarzy – tak, prąd starcza mi w moim Macbooku na długo.Ale przy słuchaniu muzyki i na przykłąd graniu w coś, nie ma szans na 5 godzin. Sorry.
Otóż prąd teoretycznie jest. Trudno, żeby go nie było, skoro przecież to właśnie on napędza pociąg, przynajmniej na zachodnich trasach. Gorzej z jego udostepnieniem klientom.
„Przecież są gniazdka!” piszą mi niektórzy w komentarzach pod moim kolejnym pełnym oburzenia postem na Facebooku. Owszem, BYWAJĄ. Ale w miejscach niestety zupełnie nieprzewidywalnych.
NIE JEST SIĘ W STANIE kupić biletu z gwarancją gniazdka znajdującego się obok. Nie i kropka. Chyba że jest to miejsce w czteroosobowym wagonie menedżerskim, ale sorry – ten bilet kosztuje tyle ile samolot. Dziękuję.
Otóż wielka loteria PKP po prostu losuje gniazda pasażerom. Oczywiście pewnie jest sobie jakiś algorytm, jakiś schemat, czy prawidłowość puszczania danych wagonów na dane trasy. Jest on jednak zupełnie nie do ogarnięcia przez zwykłych śmiertelników. Otóż czasami można trafić na gniazdka w 2 klasie w wagonie przedziałowym, czasami (jak na przykład teraz) kupienie miejsca w 1 klasie nie gwarantuje gniazdka. Nie ma ich tam, chociaż 30 minut temu, dwie panie w informacji dworcowej zarzekały się, że „w tym pociągu SĄ na pewno gniazdka, w obu klasach”. Nie ma. Kropka.
Owszem, gniazdka są w wagonie bezprzedziałowym. Ale co drugi duży stolik, i tylko po stronie podwójnych rzędów siedzeń. Kupując bilet przez internet, mamy całkiem spore prawdopodobieństwo, że trafimy na stolik bez gniazdka, lub co gorsza dostaniemy miejsca po stronie pojedyńczych rzędów siedzeń, gdzie gniazdek w ogóle nie ma. Kupienie biletu w okienku dużo nie zmienia. „Prosze pana, ja tego nie mam w komputerze”. Koniec. Ściana. Bo co biedna pani jest winna? Nic.
Ostatnio dowiedziałem się, że wyjściem jest pójście do wagonu restauracyjnego. No cóż, po pierwsze jest tam zakaz używania laptopów – naklejka na drzwiach wejściowych – (który obecnie perfidnie i z premedytacją łamię), po drugie wcale niekoniecznie są tam gniazdka. Teraz na przykład – nie ma. Fail.
Owszem, mogę pójść do wagonu bezprzedziałowego.  Poszukać miejsca z gniazdkiem, które być może jest wolne (zapomniałem dodać, że jeśli gniazdko tam jest to zazwyczaj pojedyńcze lub maksymalnie podwójne, a przecież człowiek z laptopem to dzisiaj raczej nie jest rzadkość). Może. I co z tego, jeśli na następnej stacji znajdzie się właściciel tego miejsca? Mam znowu skakć z miejsca na miejsce? NIE. Ja nie chcę. Chcę zapłacić i móc korzystać z prądu. Obecnie natomiast zapłaciłem specjalnie za pierwszą klasę i prądu nie mam. Choć zostałem poinformowany że będzie. Mam wielką ochotę iść do kierownika pociągu i  zażądać miejsca z prądem.
***
Minęło pół godziny. Poszedłem. Miałem do wyboru dwie drogi. Pierwsza – nie powstrzymywac swoich emocji i wygarnąć obsłudze pociągu co o nich myślę. Ta wydawałaby się naturalna.
Jednak moje accounckie doświadczenie i wrodzone umiejętności dyplomatyczne kazały schować emocje do plecaka i włączyć tryb „pani Kaziu, coś mogiem zrobyć, coby siem udało?”. Udało się.
Poszedłem do kierowniczki pociągu i w krótkich żołnierskich słowach wyjaśniłem co i jak. Byłem zapewniony o prądzie, prądu nie ma i co teraz? Kierowniczka okazała się całkiem sympatyczna (znowu mówię – to nie wina ludzi, tylko systemu, to się na pewno zmieniło, kiedyś winny był i system i ludzie). Poprosiła, żebym szybko sprawdził, czy w drugiej klasie jest prąd. Jeśli jest to ona zajmie się resztą.
I wtedy prosze Państwa rozległa się muzyka z „Misia”, a na ekranie pojawiły się wyrazy „REŻYSERIA – STANISŁAW BAREJA”. Otóż okazało się, że w drugiej klasie prąd jest. W pierwszej nie ma. Co więcej, przedział 2 klasy nie różni się niczym od tego 1 (oprócz tego prądu). Jest 6-cio osobowy. Piana wystąpiła mi na usta. Przecież specjalnie zapłaciłem za 1 klasę!
Ale to nic. „Załatwi się”. Pani kierowniczka zerknęła czy nikt nie patrzy i powiedziała „drugi przedział od końca”. Drugi przedział od końca zasłonięty był zasłonkami, a po otworzeniu drzwi odurzył mnie smrodem bimbru. Otóż w przedziale tym, delikatnie ukrytym przed całym światem, siedzi sobie dwóch jadących do Kutna kolejarzy, sączących złoty trunek. Granatowe spodnie-kanty, czarne półbuty, skarpetki we wzór z węża, fryzura na bok, skórzane teczki i blezerek. Na półeczce kanapki w papierze śniadaniowym i rzeczony bimberek w kubkach. Swojsko. Nawet bardzo. Ale cóż – jest prąd.
Ale mnie oczywiście za mało. Czemu zapłaciłem za 1 klasę, a jadę drugą? Na to też znalazło się rozwiązanie. „Ja tu panu podpiszę, że pan wykorzystał bilet w drugiej, a później pan zgłosi się po refundację różnicy”. No dobra.
Drzwi otwierają się. W nich głowa „pani kerownik”. – Wie pan co – zaczyna – jest jeszcze jedna sprawa. Albo panu tutaj dokooptuje pięć osób od Kutna, albo jeszcze bym pana przesadziła. Bo u nich tam w przedziale co chwilę światło wywala, a pan chyba nie potrzebuje. Tu panowie w Kutnie wysiadają, więc ja ich tutaj dam. To jak?
Godzę się na przeniesienie. Mam całe szczęście jedną małą walizkę plus plecak, więc nie jest to dla mnie problem. Choć śmiać mi się już z tego wszystkiego chce.
Czy to rzeczywiście taka straszna sprawa? Pewnie nie. Nic takiego. Ale to po prostu nie pierwszy raz. I pewnie nie ostatni. I przecież dobrze wiecie, że prąd to w sumie taki mały pikuś. Przecież tu chodzi o zupełnie inne sprawy.
Pociągi spóźniają się nieustannie – ogarnięcie czasowego dojazdu na miejsce ciągle jest mega tajemnicą. Kible są już legendarne – obsikane, z wiecznie opadającą deską, o papierze można pomarzyć. Zimna woda i wiórki mydlane. Do tego sławetne odłączenie się składów w środku nocy („to pan nie wiedział, że ten wagon do Jeleniej jedzie?”) i inne atrakcje.
Siedzę sobie i obserwuję krajobrazy za oknem. Jestem coraz spokojniejszy. Ja naprawdę lubię jeździć pociągami. Stukot kół mnie usypia, uspokaja, nie stresuję się tak jak w samochodzie. Przypominają mi się harcerskie wypady w Bieszczady, Beskid, w Góry Świętokrzyskie, czy nad morze. W bojówkach, tshircie, z gitarą i plecakiem, mogę jechać nadal pośpiesznym, mogę myć się w zimnej wodzie. Ale chciałbym, bez płacenia za przedział menedżerski, mieć pewność, że mogę podłączyć się do prądu. O internecie nie wspomnę, bo to pewnie jeszcze jakieś 10 lat.
Chciałbym, jadąc do klienta we Wrocławiu, mieć pewność, że komputer nie wyłączy mi się w połowie przygotowywania prezentacji. Chciałbym skorzystać z dobrodziejstw XX wieku. Przynajmniej dopóty, dopóki podróż do oddalonego o 300 km Wrocławia będzie trwała 5 godzin. Czy ja chcę zbyt wiele? :)